Ostatnio: 26.09.2012

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Opowiadanie "Puszka"

Część I

Pieprzyć to wszystko! Moja żona nie żyje, nie wiem co się stało z dziećmi. To już czwarta zima, którą spędzam w samotności. Poderżnęli jej gardło na moich oczach, nie mogłem niczego zrobić... A może jednak mogłem, może powinienem coś? Nie, nie było szans... Ciągle widzę ten wieczór, kiedy siedzieliśmy w wieczornym blasku świec, choć wokół panował chaos, wierzyliśmy, że w naszym zaciszu nie dosięgnie nas gangrena rewolucji. Ale stało się, wpadli do naszego domu dopiero przed północą. Wiedziałem co się święci, byliśmy z żoną na poddaszu naszego domu, usłyszałem krzyk z dołu. Nie odpowiadałem, bo wiedziałem co robią rewolucjoniści z takimi jak ja... Wyższa klasa? Phi, odziedziczyłem ten dom po śmierci mego ojca, był już strasznie zaniedbany, ojciec zmarł w samotności, a ja wróciłem tu, licząc na fortunę, a ostałem popękane ściany, przeciekający dach, mnóstwo przestrzeni i wielką pustkę. Jednak to było dużo lepsze miejsce na ułożenie sobie życia, niż ciągle zmieniane wynajmowane mieszkania w mieście. Więc ostałem tutaj, na uboczu, na zgliszczach fortuny ojca. Tutaj też założyłem rodzinę.

Zabrano mi wszystko... Kiedy wtedy wpadli do naszego domu myślałem, że zginę. Lepiej gdybym zginął. Podparłem drzwi od salonu ciężką dębową ława, chyba jako jedyna w tym domu była naprawdę szlachetna, ale to nie wystarczyło. Rewolucjoniści napierający na drzwi przezwyciężyli ten opór. Chwyciłem za broń, lecz zaraz cofnąłem dłoń. Cóż znaczy mój pistolet przy karabinach w każdej dłoni? Postanowiłem ratować życie. Pozwoliłem im na wszystko, zabrali z domu meble, resztki kosztowności, które zostały nam na ciężkie czasy, nikt nie myślał, że przed takimi czasami właśnie znikną, oraz mój jedyny samochód. Chcieli jednak jeszcze pierścionek mojej żony, który zauważyło chciwe oko jednego z nich. Nie pozwoliła go oddać, więc próbowali go zabrać siłą. Skoczyłem na pomoc żonie uderzając na nich z ostatnim krzesłem które mi zostało. Noga krzesła pękła na głowie , a zaraz nieomal pękła moja czaszka uderzona kolbą karabinu. Zaczęli okładać mnie leżącego na podłodze, żona w szamotaninie porwała jednemu z nich pistolet z kabury i wypaliła w nogę. Krew popłynęła wartkim strumieniem. Lepiej gdyby pozwoliła im mnie zabić. Wtedy na moich oczach, w tym salonie w którym stoję, poderżnięto jej gardło. Liczyłem, że ostatnie lata życia spędzę w spokoju. W moim domu pozostałem ja, na skraju śmierci, krzesło, rozpadająca się szafa, której nie byli w stanie wynieść i krew mojej żony. Całe życie pamiętam jak przez mgłę, a najokropniejsze wspomnienia są żywsze niż teraźniejszość. A teraz ja Karol Gerner kilka lat później , zostawiony sam w smutku, mam 63 lata i nie będę ani roku starszy. Wygląda na to, że czas skończyć ze sobą. Przygotowałem już sznur, przywiązałem pod dachem, mając nadzieję, że belka nadżarta próchnem wytrzyma mój ciężar. Sznur naoliwiony, aby się zbytnio nie męczyć. Wszystko gotowe, wchodzę na krzesło, trzęsie się straszliwie na drewnianej podłodze ze swoją dosztukowaną nogą, właściwa pękła na głowie mordercy. Ni jest zbyt stabilne, lecz w tej chwili może to być co najwyżej pomocne w podjęciu decyzji... Wokół w lekkim blasku księżyca unoszą się kurzowe pyłki, stoję w strasznej ciszy, tak strasznej, że boję się oddychać, a za chwile będzie już tylko cisza. Spojrzałem przez oko pętli myśląc, że zobaczę śmierć, ale zobaczyłem coś innego. Na szafie jakiś zabrudzony kształt, który mimo braku niezwykłości jakoś zwrócił moją uwagę spośród spiętrzonej graciarni na szafie. Boże, że to stare pogięte badziewie jeszcze się nie załamało pod ich ciężarem. Właśnie, Boże, jeszcze chwila... Zdmuchnąłem bowiem kurz, którego kolejne tumany wzbiły się w powietrze. Spod jego chmury wyłoniła się puszka, ta sama puszka którą, ponad 30 lat temu dał mi jakiś dziwny mężczyzna i o której 30 lat temu zapomniałem... Szedłem wtedy ulicą, aby kupić pierścionek zaręczynowy, dla Beaty... Ten nieszczęsny pierścionek. A on zatrzymał mnie. Nie mam pojęcia skąd znał moje nazwisko. Wyciągnął zza długiego płaszcza niedużą puszkę i powiedział: "Na jesieni życia w blasku zimnym otworzysz i staniesz się innym ", Dziwne, chociaż zapomniałem, to teraz znów pamiętam jakby to stało się niedawno. Pamiętam też, że nie chciałem tego wziąć, myślałem, że to jakiś naciągacz, tylko że on znał moje nazwisko i nie chciał pieniędzy. Obejrzałem ją, niemal perfekcyjnie sześcienną z zapieczętowanym wieczkiem i dziwnymi wzorami na ściankach. Wtedy byłem jednak zajęty kupnem pierścionka, więc gdy wróciłem do domu ze zdobyczą, wrzuciłem puszkę wprost na szafę i całkiem o niej zapomniałem. A teraz, patrzę na nią, w pokoju jest półmrok, przez odsłonięte okno wpada do pokoju blask księżyca, a ja mam ze sobą skończyć. "na jesieni życia w zimnym blasku..." . Cokolwiek to nie jest, czekało na ten moment trzy i pół dekady. Więc biorę puszkę do ręki, wycieram resztki kurzu, widać metal nierdzewny... jest taka sama jak wtedy gdy ją dostałem. Lecz nagle krzesło się zachwiało, sfatygowana noga zsunęła jak źle dobrana proteza z kikuta, a ja upadłem wprost na głowę. Cud jakiś, że nie skręciłem karku, a i ma głowa minęła pętlę dyndającą obok o kilka cali. Mało brakowało, a ostatnia zagadka w moim życiu okazałaby się zagadką wieczną.. Co tam może być? Może złoto, albo jakieś mądrości spisane przez tego dziwaka, który mi to wręczył. Wziąłem więc nóż, duży kuchenny... Nóż, a obok wypukły parkiet, napuchł od krwi, a ja z nożem... Nie ważne, wieko puściło! Sam zdziwiony, lecz pojawił się na ten fakt pierwszy od lat uśmiech na mej twarzy. Patrzę do wnętrza a tam... Czarny proszek... Kawa? To do cholery kawa! Dał mi puszkę kawy a ja czekałem 35 lat, żeby przed śmiercią otworzyć puszkę z mieloną kawą! Swoją drogą to nawet zabawne. Mistyk cholerny. Toż to slogan do reklamy kawy "na jesieni życia w zimnym blasku, otworzysz i staniesz się innym". No no, gorąca kawa na ożywienie w zimny jesienny wieczór! Los się ze mnie naśmiewa, ale tym razem mogę zaśmiać się razem z nim, w końcu cóż mi teraz pozostało? No to kawka przed śmiercią, na żywsze wejście w zaświaty! Szkoda, że mimo zamknięcia przez ten czas całkowicie straciła aromat. Wyjąłem ze skromnej zastawy trzymanej w szafie jedyny nie wyszczerbiony kubek, taki ładny, biały ze złotym falowanym wzorkiem u krawędzi. Udało mi się nawet zagotować wodę nad moją prymitywną kuchenką zrobioną z kilku gratów i palnika. Zalałem, usiadłem na krześle bez jednej nogi. Mdła... Tak jak koniec mojego życia, o dziwo nie było mułu... czyżby rozpuszczalna? Więc to tyle, wchodzę na stołek i ... Ciemność...

Czesc II

Jezuuuu... Moja głowa. Ten straszny ból, znowu spadłem ze stołka? Nawet skończyć ze sobą nie potrafię, choćbym miał wskoczyć w tę pętlą, to to zrobię. Cholera, nie mogę wstać, cały jestem zakrwawiony, boli już nie tylko głowa ale całe ciało... Jak mogłem się tak obić spadając z pięćdziesięciu centymetrów? Leżę tak chwilę... czuję jakbym miał zaraz wyzionąć ducha, po upadku ze stołka? To byłoby, żałosne, niemożliwe. Już to widzę... Zabił się, próbując się zabić. Zarechotałem, tylko to mi zostało, i wyplułem trochę krwawej śliny. Przekręcę się chociaż na plecy, jeśli wtedy przyjdzie śmierć nie będzie aż tak żałosna. Patrzę na swoją pętlę dyndającą pod sufitem. Zaraz, gdzie jest ta pętla? Dach jest powinna być i pętla! Czyżbym zerwał ją upadając? Na szyi jej nie mam. Siadam z trudem na podłodze słysząc chrzęk kości. Zaraz, zaraz, coś tu nie tak! Gdzie jest stołek? Nie miał nogi, ale był. Wstałem i rozglądam się po pokoju. Stołek i urwana noga leżą w kącie pokoje. musiałem zdrowo pieprznąć, tylko gdzie ta lina? O mój Boże! Krew pod drzwiami, w tym samym miejscu co... Nie to nie możliwe... Mam omamy, to pewnie jakieś halucynacje, krew jest tylko w mojej głowie, nie może jej być tam... To się stało 4 lata temu, to jest nie możliwe. Wstałem jednak i zobaczyłem, krew była całkiem świeża, czułem nawet jej zapach, tak jakby to stało się przed chwilą. Przed śmiercią postradałem zmysły? Ten wieczór tak wrył mi się w pamięć, że pewnie teraz mi się odtwarza. No cóż... Aha, puszkę mam przy sobie! Czyli to wszystko urojenia! Mocna kawa! To otrzeźwi mój umysł... palnik z szafy... zaparzona! Cholera to w ogóle nie smakuje jak kawa, chociaż w sumie to ostatni raz piłem kawę jeszcze w mieście. Ohydne, ale skoro ma mi pomóc w przywróceniu zmysłów. Siekiera z czterech łyżeczek, to musi mnie postawić na nogi... Ciemność

Jest mi ciepło, ciepło i przyjemnie. Na całym ciele. Delikatne promienie świecą mi w oczy, znaczy minęła noc, a ja wciąż żyję, dlaczego jest tak miękko i ciepło? Otworze oczy, ale co teraz się stało, może lepiej pozostanę w tym cieple jeszcze moment jeszcze trochę, jeszcze chwila przyjemności. Wstawaj! Co jest, o co chodzi? Ten głos, słyszę głos... "wstawaj" To głos Beaty! Nie, to omam, sen. Mamroczę,to sen sen... WSTAWAJ! Czuję ciepły dotyk na twarzy. Otwieram oczy i nie mogę uwierzyć temu co widzę, moja żona leży obok mnie, jesteśmy w naszym łóżku, w białej pościeli pod tą wspaniałą puszystą pierzyną, którą przecież też nam zabrano. Cholera, co tam pierzyna! Beata, Beata jest ze mną! Mówię: kochanie, moja kochana, całuję ją przytulam Beato, Beatko, a ona zaskoczona nie wie do końca o co chodzi. Mówi, oj Karolu Karolku, tak czy inaczej musisz wstać! Chociaż z drugiej strony... Czułem się wspaniale, znów byłem z żoną. Czy to halucynacje? A czy to teraz ważne, skoro widzę ją, czuję jej ciało, w cholerę, jeśli to halucynacje to pragnę w nich trwać! Tego dnia nie wyszedłem, z łóżka do południa. Żona skwitowała, że jeśli chciałem jej udowodnić, że kryzys wieku średniego mnie nie dopadł, to zrobiłem to znakomicie. Wieku średniego? Nie zrozumiałem na początku, jaki średni, kiedy jestem po 60-tce? Chociaż chwila, dlaczego mogłem do południa, dlaczego ciało mojej żony było tak jędrne. Żona mówi: Ledwo skończyłeś czterdziestkę a jakbyś dziesięć lat odmłodniał. O Boże, piękny sen! Sen czy wspomnienie? Pamiętam ten dzień! Dzień wcześniej świętowałem 40-te urodziny. Co się wczoraj działo kochanie? Żonka się zaśmiała, nie dziwota że nie pamiętasz, dziwne, że teraz głowa cię nie boli. Pamiętałem świetnie ten dzień, jednak wtedy nie wyszedłem do południa z łóżka z powodu kaca a nie przypływu potencji... Słyszę warkot samochodu pod domem. Chwila, pamiętam też, że chwilę po pierwszej przyjechała do mnie moja córka, zginęła na początku rewolucji, moich 2 synów zostało zabitych niedługo przed matką kiedy rewolucjoniści chcieli ich wcielić do swoich szeregów. Moje dzieci, moja córeczka... Tak, wtedy właśnie przyszła. I znowu zobaczyłem ją, piękną młodą dziewczynę, rzuciłem się jej na szyję. Przytuliłem wycałowałem, była trochę zaskoczona. Tato, przecież nie było mnie ledwo tydzień, tak się stęskniłeś? Przytuliłem ją jeszcze raz a potem usłyszałem kroki na schodach i wiedziałem kto to będzie... Adrian i Romek, moi synowie! To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu, byli równie zaskoczeni moim powitaniem jak córka wcześniej. Zatraciłem się całkowicie, kazałem opowiadać, o pracy, przyjaźniach miłościach, ich koledzy którzy, według nich, jeszcze wczoraj mnie denerwowali, teraz wywoływali fale radości. Tak wiele wspomnień, dobrych i złych, bardziej dobrych! To działo się naprawdę! Tak jakbym wrócił z długich wakacji, ale przecież to mogły być jedynie halucynacje. Zeszliśmy na dół, i w rodzinnym gronie zjedliśmy obiad. Wtedy dzieci powiedziały, że muszą na moment wyjść. Patrzyłem przez chwilę na swoją piękną żonę. Nagle usłyszałem śpiew. Już od progu dochodził dźwięk ich śpiewu, sto lat sto lat! Przyniosły mi prezent, pięknie zapakowany... serwis do kawy. Cholera, wszystko wróciło, panika, przeciaż mam 63 lata i, i miałem ze sobą skończyć, to musi być halucynacja, wtedy na kacu pokłóciłem się z córką a ona wyjechała tego dnia i już jej nie widziałem. Nie dostałem też żadnego serwisu.... chwila, ten kubek ze złotym wzorkiem na brzegu... Musiała go wtedy zostawić matce i wyjechać. Łapię za kieszeń, a tam puszka... Dzieci zaczęły się pytać czy nie podoba mi się prezent. Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, powiedziałem, że jest piękny, ale muszę na moment do łazienki. Cholera, skoro to tylko omamy, to skąd te kubki? tego nie wiedziałem... Ta kawa, albo raczej ten proszek musiał mnie wprowadzić w ten dziwny stan i przypominam sobie fragmenty swojego życia. Ale dlaczego one się zmieniają? Rozejrzałem się i nie zauważyłem niczego dziwnego, nie wyglądało to ani na sen ani na omamy. Cóż miałem robić, wróciłem na urodziny i bawiłem się do późnej nocy nie szczędząc alkoholu!


Część III

Budzę się. Po co wczoraj usypiałem, teraz to wszystko musiało prysnąć, a ja leżę na podłodze... tak czuję jej twardość i jej zimno... Ten piękny sen, który dopiero co się toczył, teraz prysnął. Chcę usnąć, chcę wrócić do tego snu! Jednak nie mogę usnąć. Otwieram oczy. Ból głowy... czyli wróciłem do tego momentu z którego wystartowałem? Patrzę, jest przede mną stołek, ten nieszczęsny stołek który nie ma... chwila, jednak ma, moment. Wstaję z trudem, kręci mi się w głowie. Okazuje się, że budzę się obok zastawionego stołu, ten ból głowy to kac! O mój boże, jak dobrze jest mieć kaca! Chociaż boli... Tak się upiłem poprzedniego dnia, że usnąłem na podłodze! Znów jest cudownie znów jest wspaniale. Przychodzi żona, widać, że ona jednak nie jest aż tak szczęśliwa jak ja, z racji mojego pijaństwa. Ale widząc moje zachwianie i uśmiech, żartuje, że mi się lata młodości przypomniały na dobre. Mówiła, że piłem poprzedniej nocy bez opamiętania, tak że moi synowie musieli pójść spać, a raczej zwlec się do gościnnego na kanapę. Ona natomiast zostawiła mnie kiedy zacząłem pieprzyć coś o rewolucji i o tym, że ją obronie... Zapytałem, czy nie mówiłem coś o magicznej kawie? Żona się dziwnie na mnie spojrzała. I spytała czy aby na pewno wytrzeźwiałem. Ufff, całe szczęście nie powiedziałem o wszystkim. Powiedziała, żebym lepiej dzisiaj nie szedł do pracy. Cholera, był poniedziałek, a ja miałem prace... Odzyskałem swoje stare życie. "tak bardzo chciałbym cofnąć czas" no i cofnąłem! Ale co mi tam! Iść do pracy, tak po prostu, teraz? To by było bez sensu abym odzyskiwał życie i nie korzystał z niego. Zapowiedziałem żonie że nie idę i cały dzień zostanę z nimi a po południu pojadę z synami na ryby. Poszedłem do łazienki, wyjąłem ukrytą wcześniej za sedesem puszkę i przyjrzałem się jej dokładnie. Taka sama, bez znaczenia czy w przeszłości, przyszłości, czy też teraz. Otworzyłem, aby przypatrzeć się dokładniej proszkowi. Teraz już nie wydawał się być kawą, był jakby jaśniejszy niż wcześniej, było go jeszcze 2/3 puszki. Kim był ten człowiek w płaszczu? Spotkałem Boga? A może diabeł bawi się moim żywotem. Usłyszałem słodki miękki głos żony z kuchni. Jak to się stało, że tu wróciłem? Nie ważne, ważne że jestem. Żona pytała się czy stek w sosie z borowików będzie mi smakować. Czy będzie? Spojrzałem na patelnię, na soczysty kawał mięsa w bulgoczącym sosie i poczułem aromat rozchodzący się z parą unoszącą się nad patelnią. Ostatnie lata życia spędziłem głównie wyjadając żarcie z puszek. Mimo nadal lekko trzymającego kaca poczułem wielki apetyt. Zasiadłem do stołu, znów przy całej rodzinie.Stół przykryty zwykłym białym obrusem z lekkimi koronkowymi zakończeniami, nie był duży, ale spokojnie mieściła się przy nim nasza piątka, wystarczyło tylko nie rozpychać się łokciami. Poczułem ponownie ten zapach, zapach który spowodował, że momentalnie poleciała mi ślinka. Bezceremonialnie dorwałem sztućce i zabrałem się za stek. Ugryzłem kawał mięsa, poczułem jak ciepły sos rozpływa mi się w ustach, pobudzając kubki smakowe, a przez łagodny smak borowików po chwili przebija się intensywny smak soczystego steku. Co za cudowne uczucie, smak prawdziwego jedzenia, którego nie doświadczyłem tyle lat. Promienie słońca padają na moją skórę, czuję ich miły żar. Jest wiosna, to miłe wiosenne ciepło, a za oknem ptaki, ptaki! Słyszę śpiew ptaków, świergot skowronka, który zabłąkał się gdzieś pod oknem. Znów stałem się jak małe dziecko, dla nich to wszystko było normalne, codzienne, a ja dostrzegałem i pochłaniałem tyle ile mogłem. Jak kiedyś mogłem tak wiele pomijać? Nigdy jeszcze nie odczuwałem tak intensywnie... Czułem, że to wszystko się dzieje, ale wiedziałem też, że może w każdej chwili minąć. Wysysałem każdą chwilę do ostatka. Spojrzałem na żonę, a ona na mnie ze zdziwieniem. Powiedziałem, że pięknie wygląda w nowej fryzurze. Tego nie zauważyła nawet moja córka. To wszystko co czułem było tak proste, ale tak pełne i wspaniałe. Zacząłem, czuć że żyję. Żyłem teraźniejszością żyjąc w przeszłości. Po obiedzie zabrałem żonę do sypialni. To wspaniałe, ma taką gładką skórę, jest taka młoda i piękna, a ja mogę... Mogę nie tylko to, ale wszystko czego pragnę. Prawdopodobnie nie wyszedłbym z łóżka, ku uciesze żony, do samego wieczora, ale obiecałem już synom wyjazd na ryby. Wyjazd na ryby, jak za starych dobrych lat, oj nawet nie mięli pojęcia jak starych...

Więc wyszedłem z domu, otwieram szopę i wyciągam z niej swój stary... nie, mój nowy sprzęt. Wędki przynęty, wszystko kupione niedawno, wołam Romka i Adiego, pomagają mi załadować resztę sprzętu na pickupa... Tego samego którego mi zabrano... Ahh, nie ważne, teraz jest ważne, a teraz wsiadam z moimi wspaniałymi synami do samochodu i wyruszamy nad jezioro. Droga mija w milczeniu, słuchamy radia, jest po prostu miło i spokojnie. Stara drewniana łódka zacumowana w zaroślach już na nas czeka, nie jest to może statek godny takiej załogi, lecz złowiliśmy już na nim wiele pokaźnych sztuk i przynosił nam szczęście. W gruncie rzeczy, to mała łupinka ledwie przekraczająca 3m długości. Odbijamy od brzegu, tutaj jest zbyt płytko i za dużo zarośli, więc niczego nie da się złowić. Ciekawe czy dzisiaj będą brały? odpłynęliśmy jakieś 15 metrów od brzegu, czes zarzucić przynętę... czekamy tak kilkadziesiąt minut, w międzyczasie pytam się synów o wszystko o co się tylko da. Kiedy wchodzę na tematy miłosne są trochę speszeni, że tak ich wypytuję, jednak po chwili Adrian ośmielony moją otwartością przyznaje, że jest taka jedna kobieta... Jest zakochany w znajomej z pracy i wyznaje mi, że planuje się jej oświadczyć, ale jeszcze nie kupił pierścionka. Jestem w niebo wzięty, nie ważne, że ryby nie biorą... Ważne, że będę miał synową, będę mieć wnuki... Zaraz, zaraz, przecież ja nigdy nie miałem wnuków, Adrian się nigdy nie ożenił, a może mi o tym nie powiedział? Nie ważne, tamte rzeczy się w ogóle nie zdarzyły! Słońce powoli zachodzi nad horyzontem, wygląda na to, że będzie trzeba wracać... wracać z 2 rybami na pokładzie? Ehhh... Patrzę w oddali, plusk wody, a za moment parę kolejnych. Przy brzegu, jednak blisko drugiego brzegu są ryby. Złapałem więc za wiosła i powoli płyniemy. Nagle jednak, czuję że dno łódki w coś uderza, owadziliśmy o coś wystającego i teraz stoimy. Jednak co to takiego? Do brzegu jeszcze jakieś 10 metrów, nie ma mowy o mieliźnie. Szarpię mocniej wiosłami, ale dalej stoimy. No nic, trzeba będzie bujnąć łódką aby zsunęła się z przeszkody. Bujnęliśmy się do przodu, coś chrupnęło i ... i toniemy! Łódź nabiera wody. Przebił ją... maszt żaglówki, która musiała osiąść na dnie w mule, która też tu zatonęła. To co się działo potem było straszne, stara łódka z dziurą nie mogła unieść się na wodzi, drewno było zbyt namoknięte. Panika, strach. Jest ciemno, nie widzę ich, woda przestała chlapać, krzyczałem, żeby płynęli do brzegu, ale nie słyszałem odpowiedzi. Tego wieczoru sen prysnął, a raczej zmienił się w koszmar. Szukałem ich długo, jednak... utonęli... Kurwa mać! Dlaczego znowu straciłem bliskich? Boże, teraz nawet nie zdążyli... nie zdążyli żyć. Byli tacy młodzi, wtedy zdążyli o wiele więcej, Romek miał żonę, a Adrian prowadził bogate życie, podróżował... Teraz zginęli, ledwo zdążyli zacząć swoją pierwszą pracę...

Wróciłem do domu, Beata wybiegła mi na powitanie, bardzo się martwiła bo nie mogła się do nas dodzwonić. Uśmiech na mój widok ustąpił, gdy zauważyła , że ociekam wodą. Zapytała, gdzie Adrian? Gdzie Romek? A ja padłem na twarz, nie mogłem powstrzymać łez, ryczałem, że przepraszam, to moja wina... Niewinna sielanka znów zamieniła się w koszmar. Do Beaty jeszcze nie dotarło, co się stało, powoli jednak łzy pociekły po jej twarzy. Po krzykach i rozpaczy poszedłem ,a górę, aby zmienić ubranie, wziąć latarkę i ruszyć szukać synów. Wiedziałem, że już nie żyją, ale nie mogłem tka się z tym pogodzić. Wszedłem powiedzieć żonie że jadę. Otworzyłem do pokoju i patrzę a tam stołek. Stołek leży, a nad niem... Nad nim nogi. Nie! Podbiegam , łapię za nogi i krzyczę, wołam córkę. Patrzę jednak na twarz Beaty, całkiem siną twarz, widzę że nie ma w niej życia. Moja córka przybiega, staje jak wryta w drzwiach, krzyczę aby wzięła nóż! Wyciąga szybko z szuflady nóż... Nóż, teraz to nóż miał ją uratować... Odcięliśmy linę, ona jednak nie oddycha. Próbuję reanimować, córka krzyczy, wyje, wyrywa włosy z głowy.Nie udało się, Beata odeszła. Córka becząc pyta się, dlaczego. Leżę na podłodze, jak mam jej powiedzieć co się stało? Przemogłem się, kiedy usłyszała, zrobiła się blada i padła na ziemię. Zemdlała. Wstałem, czuję, że kręci mi się w głowie, robi mi się niedobrze... To dla mnie za wiele, 2 raz tracę wszystkich. Może dobrze, że córka straciła przytomność, póki się nie ocknie mogę przywrócić siebie do życia. Pędzę do łazienki, mało nie zabijając się o próg. Padam na kolana, wymiotuję do sedesu, płaczę, wyję i rzygam oparty o muszlę. Moja ręka przypadkiem trafia na... Na puszkę! Puszka to jedyna szansa! Ręce strasznie mi się trzęsą, idę po nóż. Próbuję otworzyć nim puszkę, córka budzi się patrzy co ja robię. Nóż omsknął mi się i boleśnie zaciąłem się w rękę. Córka krzyczy na mnie, jak ja mogę teraz pić kawę. Nie mam czasu jej wyjaśniać, i tak zaraz będzie tylko wspomnieniem. grzeję wodę, teraz jest już dla mnie nie realne. To wszystko już jest iluzją, widzę to ale wiem, że zaraz zniknie, to nie istnieje naprawdę. Piję kawę, teraz jakby smaczniejsza. Za chwilę to się nigdy nie zdarzy. Padam na plecy, córka podbiega do mnie, przychyla się. Widzę jej czerwoną od płaczu twarz, kapie na mnie jej łza i... i ciemność...

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.