Ostatnio: 13.04.2016

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Izrael – chłopiec do bicia



Dla zachodniego establishmentu do przyjęcia jest wyłącznie brak reakcji Izraela na agresję Hamasu, cierpliwe i spokojne znoszenie ataków na swoich obywateli, na swoje miasta i wsie - pisze Agnieszka Kołakowska

Parę dni temu wróciłam z Izraela, gdzie znów mamy sytuację. Przedtem też była sytuacja, ale skoro była tylko jednostronna – Palestyńczycy atakowali miasta izraelskie – nikt nie zwracał na nią uwagi. Dopiero gdy Izrael – po ośmiu latach – zareagował, zaczęto mówić o wojnie. Wojna przecież musi być obustronna, inaczej nie jest wojną. Tak więc wojny wybuchają między Izraelem a innymi państwami, tylko gdy Izrael odpowiada na ataki.

A zatem – tak na ogół się rozumuje – to Izrael wywołuje wojny. Inaczej mówiąc, Izrael zawsze jest atakującym. Co ma pokazać, że wszystkiemu jest winna, jak zawsze, izraelska agresja. I tak oto kończymy tam, gdzie chcemy, to znaczy na przesłance, od której zaczęliśmy. Proste jak drut, jasne jak słońce. Elementami błędnego koła, jakie zawiera ta logika, nie będziemy się przejmować.

Przewidywalne potępienie

Rozumowanie to jest powielane przez międzynarodową prasę. Ze zdumieniem przeglądałam w Internecie tytuły: Świat protestuje przeciw agresji Izraela; Izraelska agresja; Niewspółmierna reakcja. Moje zdumienie nie wynikało z naiwności: spodziewam się tego rodzaju tytułów w gazetach zachodnich, takich jak londyński Guardian albo Independent – gazetach lewicowego establishmentu, dla którego potępianie Izraela przy każdej okazji i we wszelkich okolicznościach jest obowiązkowe, niezależnie od faktów.

Ale nie spodziewałam się ich w Polsce – zwłaszcza w Rzeczpospolitej. W Polsce zasada nakazująca poparcie dla Palestyńczyków i potępienie Izraela nie stała się jeszcze obowiązującą częścią ideologii poprawności politycznej. Modny nowy antysemityzm do Polski jeszcze nie dotarł.

Treści artykułów w Rzeczpospolitej niewiele mam do zarzucenia; jak dotąd rzetelnie i w sposób wyważony przedstawiały główne fakty. Dlatego podejrzewam, że tytuły te są wzorowane na zachodniej prasie. Rozumiem, że gazetę trzeba sprzedawać i że tytuł Niektóre kraje trochę się przejmują izraelskim atakiem na Gazę, ale nie za bardzo pozostawia nieco do życzenia. Świat protestuje przeciw agresji Izraela jest z punktu widzenia gazety tytułem o wiele lepszym.

Przyznaję, że o niewspółmiernej reakcji w Rzeczpospolitej na razie nie było (choć możliwe, że umknęło to po prostu mojej uwadze). Mimo to chciałabym przy okazji o niej wspomnieć – dla przestrogi. Jest to bowiem zwrot, który w wyżej wymienionych gazetach, i w bardzo wielu innych, niechybnie występuje, w każdym komentarzu o jakiejkolwiek reakcji Izraela w jakimkolwiek konflikcie między Izraelem a Arabami. Jest przewidywalny jak wschód słońca, wstawiany automatycznie. Wątpię, by którykolwiek z dziennikarzy, którzy się nim posługują, nawet przez chwilę zastanowił się, co on znaczy.

Osiem lat bombardowań

Można by więc się zastanowić, czym byłaby współmierna reakcja Izraela w sytuacji, w której Hamas od ośmiu lat, a szczególnie intensywnie w ostatnim roku, z krótką przerwą na rozejm (podczas której pociski wysyłał Islamski Dżihad), bombarduje rakietami izraelskie miasta. W ciągu tych lat spadło na Izrael 7 tysięcy pocisków. Jeśli mało kto wie, co w tym czasie się działo na południu Izraela, to dlatego, że media, nie mówiąc o organizacjach humanitarnych i miłośnikach pokoju, na ten temat milczały.

Czy więc „współmierną” reakcją byłoby takie samo bombardowanie rakietami cywilnej ludności miast Gazy? Rakietami wycelowanymi w domy, szkoły, przedszkola, przystanki autobusowe? Wyobrażam sobie, jaka by była reakcja świata, gdyby Izrael to uczynił. Jakiego rodzaju reakcja ze strony Izraela byłaby więc do przyjęcia? Czy w ogóle jest taka, której świat by nie potępił? Wydaje się, że nie.

Do przyjęcia, jak zawsze, jest tylko brak reakcji, cierpliwe i spokojne znoszenie ataków na swoich obywateli, na swoje miasta i wsie. A zatem samo słowo niewspółmierność w odniesieniu do reakcji Izraela trzeba rozumieć jako sugestię, że Izrael w ogóle nie powinien się bronić.

Byłam w Izraelu przed rozpoczęciem bombardowania Gazy – kiedy rozmawiało się głównie o tym, że sytuacja ludności południowych miast Izraela, zwłaszcza Aszkelonu, Aszdodu i Sderot, stała się nie do wytrzymania – i przez kilka dni po rozpoczęciu drugiej, lądowej fazy izraelskiej ofensywy. Miasto Rehovot, w którym mieszkałam, znajduje się na południe od Tel Awiwu, zaledwie kilka kilometrów na północ od Jawne – dotąd najbardziej północnego wśród bombardowanych z Gazy miast – i kilkanaście od Aszdodu, gdzie palestyńskie pociski zaczęły spadać z początkiem izraelskiej defensywy. W Aszkelonie i Sderot natomiast już od bardzo dawna spadały one z monotonną regularnością.

Źródło: http://www.rp.pl Ciąg dalszy artykułu


Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst 2pya0suvrs:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.