System prawny i sądowniczy jest przesiąknięty pojęciem pracy przymusowej. Tak bardzo szanowana
procedura sądowa opiera się na wymuszonych zeznaniach. Ponieważ dla libertarianina jest aksjomatem, że
wszelki przymus – w tym wypadku przymus pracy – oprócz wyroków w sprawach karnych, powinien być
wyeliminowany z życia społecznego, to jest dla niego również oczywiste, że zniesione powinny być zeznania
pod przymusem. W ostatnich latach sądy były wprawdzie wyczulone na piątą poprawkę mówiącą, że
podejrzany nie może być zmuszany do składania zeznań obciążających jego samego. Ustawodawca
systematycznie jednak osłabia znaczenie tej poprawki, wprowadzając przepisy dotyczące świadka koronnego
i programu ochrony przestępców zeznających przeciwko swoim kolegom. Ale przymuszanie kogokolwiek do
składania zeznań w jakimkolwiek celu oznacza akceptację dla pracy przymusowej i jest w dodatku pokrewne
porwaniu, ponieważ przesłuchiwany jest zmuszony do stawienia się przed sądem i wykonania pracy
polegającej na składaniu zeznań. Nie chodzi tu wyłącznie o konieczność zniesienia ostatnio wprowadzonych
przepisów chroniących świadka. Chodzi o wyeliminowanie wszystkich zeznań pod przymusem, włącznie z
wzywaniem świadka i zmuszaniem go do składania zeznań. W przypadku świadka nie ma mowy o
podejrzeniu go o dokonanie przestępstwa, więc używanie wobec niego siły – przeciw czemu do tej pory nikt
nie zaprotestował – jest jeszcze mniej uzasadnione niż w przypadku zmuszania do zeznań oskarżonego.
W zasadzie powinno się uchylić prawo sądu do wzywania świadków pod groźbą kary, ponieważ oznacza ono
przymus stawiania się przed sądem. Nawet oskarżony przestępca czy złoczyńca nie powinien być zmuszany
do uczestnictwa we własnym procesie, ponieważ nie został jeszcze skazany. Jeśli – zgodnie z doskonałą
wolnościową zasadą anglosaskiej tradycji legislacyjnej – do momentu udowodnienia mu dokonania
przestępstwa oskarżony jest niewinny, to sąd nie ma prawa go zmuszać do uczestniczenia w swoim procesie.
Nie zapominajmy bowiem, że jedynym wyjątkiem od zakazu pracy przymusowej, wprowadzonego przez
trzynastą poprawkę, jest „orzeczona zgodnie z przepisami kara za przestępstwo”. Podejrzenie przestępstwa
nie jest jeszcze orzeczeniem winy. Sąd może więc co najwyżej powiadomić oskarżonego, że odbędzie się w
jego sprawie proces i zaprosić go do udziału w rozprawie. Jeśli oskarżony nie zechce skorzystać z
zaproszenia, proces będzie się toczył in absentia, a oskarżony straci możliwość korzystnego dla siebie
naświetlenia sprawy.
Zarówno według trzynastej poprawki, jak i w świetle zasad libertarianizmu, wyjątek należy uczynić dla
skazanego wyrokiem sądowym przestępcy. Libertarianin uważa, że przestępca traci swoje prawa w takim
stopniu, w jakim naruszył prawa innej osoby, i może być uwięziony i zmuszony do pracy. Jednakże w
wolnym świecie inny będzie cel uwięzienia i odbywania kary. Nie będzie w nim „prokuratora okręgowego”,
który w imieniu nieistniejącego „społeczeństwa” wnosi oskarżenie i egzekwuje karę. Prokurator będzie
zawsze reprezentował indywidualną ofiarę, a kara będzie miała na celu zadośćuczynienie za wyrządzone jej
szkody. Zasadniczym celem odbywania kary będzie więc zmuszenie przestępcy do naprawienia szkody, którą
poniosła ofiara. Taki system był praktykowany w koloniach amerykańskich. Zamiast, na przykład, więzić
człowieka, który obrabował farmera, kazano mu terminować u pokrzywdzonego, czyli pracować
„niewolniczo” przez tyle czasu, ile było potrzebne do pokrycia należności za szkodę. W Średniowieczu
zadośćuczynienie ofierze było również głównym celem kary. Dopiero wraz ze wzrostem znaczenia państwa,
władcy – królowie i magnaci – zaczęli w coraz większym stopniu ingerować w zasadę kary jako
zadośćuczynienia. Kara zamieniła się w konfiskatę mienia przestępcy na rzecz suwerena, z pominięciem
interesów nieszczęsnej ofiary przestępstwa. Zadośćuczynienie ustępowało miejsca karaniu za abstrakcyjne
zbrodnie „przeciwko państwu”, a wymiar kary nakładanej przez państwo stawał się coraz surowszy.
Jak pisze profesor Shafer, „w miarę jak państwo monopolizowało wymiar sprawiedliwości, prawa
pokrzywdzonych schodziły w ustawodawstwie karnym na coraz dalszy plan”. Lub, używając słów
kryminologa z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, Williama Tallacka, „Coraz bardziej zachłanni
magnaci i dostojnicy kościelni lekceważyli w coraz większym stopniu prawa pokrzywdzonego, aż wreszcie w
znacznej mierze zawłaszczyli je sobie, nakładając na przestępcę podwójną karę. Konfiskowali mianowicie
majątek złoczyńcy na swoje dobro zamiast na rzecz ofiary oraz skazywali go na więzienie, tortury, spalenie na
stosie lub szubienicę”
Libertarianin nie sprzeciwia się wprawdzie karze pozbawienia wolności jako takiej, odrzuca jednak wiele
spośród powszechnie dziś stosowanych praktyk systemu wymiaru sprawiedliwości. Jedną z nich jest
długotrwały areszt w oczekiwaniu na postępowanie sądowe. Konstytucyjne prawo do „szybkiego procesu” nie
jest arbitralnym zapisem, lecz ma skrócić do minimum czas pozbawienia wolności przed wydaniem wyroku
za popełnienie przestępstwa. Ściśle mówiąc, poza przypadkami przyłapania na gorącym uczynku, gdy
dowody winy są oczywiste, żaden rodzaj więzienia przed wydaniem wyroku, a tym bardziej przed procesem,
nie jest usprawiedliwiony. A nawet w przypadku przyłapania na gorącym uczynku trzeba wprowadzić do
systemu zmiany, które zapewnią takie samo traktowanie policji i innych przedstawicieli władzy jak
wszystkich pozostałych osób. Jak wykażemy poniżej, jeśli wszyscy mają podlegać temu samemu prawu
karnemu, to wyłączenie spod jego działania przedstawicieli władzy daje im prawo do nagminnego stosowania
przemocy. Policjant, który zatrzymuje i aresztuje przestępcę, i sędzia lub prokurator przetrzymujący
obwinionego w więzieniu przed rozprawą i przed wydaniem wyroku – wszyscy oni muszą podlegać temu
samemu prawu. Jeśli popełnili pomyłkę i oskarżony okaże się niewinny, to powinni ponosić taką samą
odpowiedzialność jak każdy, kto porywa i więzi niewinną osobę. Nie usprawiedliwia ich wówczas
immunitet, tak jak nic nie usprawiedliwia potwornych czynów, jakich się dopuścił porucznik Galley w My Lai
podczas wojny w Wietnamie7.
Zwolnienie z aresztu za kaucją jest jakąś próbą rozwiązania problemu pozbawienia wolności przed procesem.
Ma ono jednak tę wadę, że dyskryminuje biednych. Ta dyskryminacja utrzymuje się, pomimo że powstały
instytucje pomagające w zebraniu odpowiedniej kaucji. Argument mówiący, że sądy są przeciążone i nie
mogą zapewnić szybkich procesów, nie jest oczywiście żadnym usprawiedliwieniem tego systemu.
Przeciwnie, immanentna niewydolność państwowego sądownictwa stanowi doskonały argument za jego
zniesieniem.
Wyznaczenie kaucji zależy całkowicie od decyzji sędziego, który ma olbrzymią i prawie niekontrolowaną
władzę w zakresie przetrzymywania ludzi w areszcie, zanim jeszcze w ich sprawie zostanie wydany wyrok.
Jest to szczególnie groźne, gdy w grę wchodzi obraza sądu. Okazuje się bowiem, że sędzia ma niemal
nieograniczoną władzę wtrącania ludzi do więzienia. Działając jako prokurator, sędzia i ława przysięgłych w
jednej osobie, formułuje oskarżenie, „stwierdza winę” i ogłasza wyrok na oskarżonego, z pogwałceniem
wszelkich reguł dotyczących przedstawiania dowodów, prowadzenia procesu i z naruszeniem podstawowej
zasady prawa, mówiącej, że nie można być sędzią we własnej sprawie.
Reformy wymaga jeszcze jeden kamień węgielny systemu sądowniczego, który do tej pory umknął uwadze
nawet libertarian. Jest nim obowiązek zasiadania w ławie przysięgłych. Jakościowo nie różni się on znacznie
od poboru wojskowego, choć oczywiście w każdym z tych przypadków inna jest skala zjawiska. W obydwu
wypadkach mamy do czynienia z niewolnictwem, z wykonywaniem przez jednostkę pracy na rzecz państwa i
na polecenie państwa. W obydwu wynagrodzenie jest na poziomie niewolniczym. Tak jak brak chętnych do
służby wojskowej wynika z oferowania wynagrodzeń poniżej poziomu rynkowego, tak niewspółmiernie
niskie płace dla członków ławy przysięgłych nie mogą zapewnić zainteresowania tą pracą, nawet gdyby
zdecydowano się na „wolny nabór” przysięgłych. Ponadto przysięgli są nie tylko zmuszani do uczestniczenia
w rozprawach i posiedzeniach ławy, ale niekiedy są zamykani na wiele tygodni i trzymani bez dostępu do
aktualnych informacji z zewnątrz. Jak inaczej to nazwać niż przymusową pracą niewinnych ludzi?
Tu podniosą się głosy, że funkcja przysięgłego ma bardzo ważne znaczenie społeczne. Zapewnia bezstronny
wyrok, którego nie gwarantuje sędzia. Sędzia jest bowiem częścią systemu państwowego, a więc ma
skłonność do brania strony prokuratora. To wszystko prawda, ale właśnie dlatego, że ta funkcja jest taka
ważna, powinna być pełniona przez ludzi, którzy podejmowaliby się jej z chęcią, dobrowolnie. Nie
zapominajmy, że dobrowolnie wykonywana praca daje więcej satysfakcji i jest wydajniejsza niż praca
niewolnicza. Zniesienie niewolnictwa przysięgłych powinno być jednym z założeń każdego programu
libertariańskiego. Ani sędziowie, ani obrońcy nie podlegają poborowi. Nie powinni mu również podlegać
sędziowie przysięgli.
Nie jest chyba przypadkiem, że w całych Stanach Zjednoczonych z obowiązku zasiadania w ławach
przysięgłych wyłączeni są prawnicy. Ponieważ przepisy są ustalane niemal wyłącznie przez prawników,
czyżbyśmy tu mieli do czynienia z przywilejem klasowym?
Sądy
Przypuśćmy więc, że sędzia lub sędzia polubowny orzekł, iż wina w sporze leży po stronie Smitha, który
zaatakował Jonesa. Jeśli Smith zgodzi się z tym orzeczeniem, to dla libertarianina jest obojętne, jakie zapłaci
odszkodowanie i jaką odbędzie karę. Co się jednak stanie, jeśli nie zaakceptuje wyroku? Albo weźmy inny
przykład. Jones zostaje okradziony. Zleca swojej policji dochodzenie w celu znalezienia sprawcy. Policja
stwierdza, że kradzieży dokonał niejaki Brown. Co wtedy? Jeśli Brown przyzna się do winy, wówczas znów
problem zostaje zamknięty i sąd nakłada odpowiednią karę, kierując się zasadą, że należy zadbać przede
wszystkim o zadośćuczynienie ofierze przestępstwa. Ale co się stanie, jeśli Brown zaprzeczy oskarżeniu?
Analiza tych przypadków przenosi nas już z dziedziny zagadnień dotyczących ochrony policyjnej do równie
ważnej problematyki związanej z ochroną, jaką są usługi sądownicze, czyli zapewnienie możliwie
najlepszych metod sądzenia, które będą zgodne z ogólnie przyjętymi procedurami i które pozwolą na
wskazanie w przypadku dowolnego przestępstwa i sporu, kto jest przestępcą lub kto złamał umowę. Wiele
osób, nawet wśród tych, które dopuszczają możliwość prywatnego rynku konkurencyjnych usług policyjnych,
wzdraga się przeciwko pomysłowi całkowicie prywatnych sądów. Jakim cudem sądy mogłyby być prywatne?
Jaką siłą dysponowałyby sądy w świecie pozbawionym rządu? Czy z tego nie wynikłyby niekończące się
konflikty i „anarchia”?
Przede wszystkim monopolistyczne sądy rządowe borykają się z tymi samymi poważnymi problemami, są tak
samo nieskuteczne i tak samo pogardzają konsumentem jak wszelkie inne instytucje rządowe. Wiadomo, na
przykład, że sędziowie nie są wybierani na swoje stanowisko dlatego, że są mądrzy, uczciwi i sprawnie
obsługują klientów, lecz są politycznymi najemnikami, wyłonionymi według kryteriów politycznych. Sądy są
ponadto monopolami. Jeśli w jakimś mieście sądy są skorumpowane, przekupne, nieskuteczne i opresyjne, to
obywatel nie ma od nich ucieczki. Poszkodowany mieszkaniec Deep Falls w stanie Wyoming musi zwrócić
się ze swoją sprawą do rejonowego sądu w Wyoming albo w ogóle jej nie wnosić. W społeczeństwie
wolnościowym będzie wiele sądów i sędziów, którym będzie mógł powierzyć swoją sprawę. W tym
przypadku również nie ma powodu, by zakładać, że mamy do czynienia z „naturalnym monopolem” na
mądrość sądowniczą. Mieszkaniec Deep Falls mógłby się zwrócić, na przykład, do miejscowego oddziału
firmy Prudential Judicial.
W jaki sposób sądy w wolnym społeczeństwie byłyby finansowane? Jest wiele możliwości. Każdy mógłby
płacić miesięczny abonament za usługi sądowe i skorzystać z nich w potrzebie. Albo – ponieważ usług sądów
potrzebowano by zapewne rzadziej niż policji – mógłby wnosić opłatę w momencie złożenia pozwu, a
następnie otrzymać jej zwrot od przestępcy lub osoby winnej złamania umowy. Jeszcze innym rozwiązaniem
byłoby wnoszenie opłat przez agencje ochrony, które składałyby wnioski o rozstrzygnięcie sporów. Mogłyby
też powstawać przedsiębiorstwa „usług zintegrowanych” zapewniające obsługę zarówno policyjną, jak i
sądową. W firmie Prudential Judicial mógłby istnieć dział policyjny i sądowniczy. O tym, które z tych metod
byłyby najwłaściwsze, decydowałby wyłącznie rynek.
Wszyscy powinniśmy nauczyć się korzystania z prywatnego arbitrażu, nawet w dzisiejszych warunkach.
Państwowe sądy są już tak przeciążone, nieskuteczne i rozrzutne, że coraz więcej ludzi zwraca się o
rozstrzygnięcie sporu do tańszych i znacznie sprawniejszych prywatnych sędziów polubownych. Prywatny
arbitraż rozwija się i stał się w ostatnich latach wysoce opłacalnym zajęciem. Dzięki temu, że arbitraż ma
charakter dobrowolny, jego zasady mogą być ustalane błyskawicznie przez same strony sporu, bez potrzeby
odwoływania się do ociężałego, skomplikowanego systemu prawnego, przeznaczonego dla wszystkich
obywateli. Arbitraż pozwala więc, by sprawę rozstrzygali polubownie eksperci z branży, której spór dotyczy.
Amerykański Związek Arbitrażowy, którego motto brzmi „uścisk dłoni jest silniejszy niż pięść”, ma 25 biur
rejonowych w całym kraju i zatrudnia 23 000 sędziów polubownych. W roku 1969 związek przeprowadził 22
000 postępowań rozjemczych. Oprócz tego firmy ubezpieczeniowe załatwiają rocznie 50000 roszczeń drogą
dobrowolnego arbitrażu. Z powodzeniem rozwija się również arbitraż w sprawach o odszkodowania
komunikacyjne.
Można podnieść zarzut, że chociaż postanowienia sądów rozjemczych mają coraz większe znaczenie w
sądownictwie, to muszą być zatwierdzane przez sądy, bo dopiero wtedy ugoda między stronami sporu staje
się prawnie wiążąca. Tak jest rzeczywiście, ale tak nie było przed rokiem 1920 i w latach 1900 – 1920
sędziów polubownych przybyło tylu, ilu przybyło przez wszystkie lata od tamtego czasu do dziś. Właściwych
początków nowoczesnego arbitrażu należy szukać w Anglii w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej, kiedy
kupcy coraz częściej odwoływali się do rozstrzygnięć dobrowolnego arbitrażu „prywatnych sądów”, mimo że
ich decyzje nie miały mocy prawnej. Do roku 1900 dobrowolne sądy rozjemcze rozpowszechniły się w
Stanach Zjednoczonych. Cały system prawa handlowego w średniowiecznej Anglii rozwinął się w
prywatnych sądach kupieckich, a nie w byle jak działających sądach rządowych. Sądy kupieckie były
instytucjami całkowicie dobrowolnego arbitrażu i ich orzeczenia nie miały mocy prawnej. Dlaczego więc
cieszyły się takim powodzeniem?
Dlatego, że kupcy od Średniowiecza aż do roku 1920 polegali wyłącznie na systemie ostracyzmu i bojkotu ze
strony miejscowych handlarzy. Inaczej mówiąc, jeśli jakiś kupiec nie akceptował decyzji sądu rozjemczego,
albo ją ignorował, inni kupcy rozpowszechniali tę wiadomość w kręgach handlowych i odmawiali robienia
interesów z takim opornym przedstawicielem swojego stanu, doprowadzając go do rychłego upadku.
Wooldridge przytacza przykład takiego bojkotu:
Sądy kupieckie mogły działać dzięki temu, że kupcy umówili się, że będą akceptować ich orzeczenia.
Kupiec, który złamał tę umowę, nie szedł wprawdzie do więzienia, ale wkrótce przestawał być
kupcem, ponieważ zgodne współdziałanie jego kolegów i ich pełna władza nad losami jego towarów
okazywały się nie mniej skuteczne niż przymus fizyczny. Weźmy na przykład Johna z Homing, który
zajmował się hurtowym handlem rybami. Kiedy John sprzedał większą ilość śledzi zapewniając, że ich
ilość odpowiada trzem baryłkom, a tymczasem – jak ustalili inni kupcy – były one wymieszane z
„ciernikami i gnijącymi śledziami”, odczuł dotkliwie skutki ekonomicznego ostracyzmu3.
W czasach współczesnych ostracyzm jest jeszcze skuteczniejszy i przewiduje również, że ten, kto zlekceważy
wyrok sędziego polubownego, nigdy już nie będzie mógł skorzystać z usług sądów arbitrażowych.
Przemysłowiec Owen D. Young, szef General Electric, podsumowuje zagadnienie, mówiąc, że potępienie
moralne ze strony innych przedsiębiorców jest sankcją znacznie skuteczniejszą niż wyrok sądowy. W
dzisiejszym świecie, gdy dysponujemy nowoczesną technologią, komputerami i rankingami wiarygodności,
ogólnokrajowy ostracyzm powinien być jeszcze bardziej skuteczny niż dawniej.
Jednakże nawet jeśli dobrowolny arbitraż będzie wystarczający do rozstrzygania sporów handlowych, to co
zrobić ze sprawami o charakterze czysto kryminalnym, takimi jak napady, gwałty, włamania do banków?
Trzeba przyznać, że w tych przypadkach ostracyzm nie byłby prawdopodobnie wystarczający – nawet jeśli
oznaczałby, jak pamiętamy, że prywatni właściciele ulic odmawialiby kryminalistom wstępu na swój teren. W
sprawach karnych konieczne byłyby sądy i egzekucja prawa.
W jaki sposób działałyby sądy w wolnościowym społeczeństwie? W szczególności – jak byłyby
egzekwowane ich wyroki? Tym bardziej, że musiałyby przestrzegać nadrzędnej libertariańskiej zasady, iż nie
wolno używać siły wobec osoby, która nie została uznana za przestępcę. Gdyby policja lub sądy łamały tę
zasadę, to same byłyby uznane za napastników, jeśliby się okazało, że osoba, wobec której użyto siły, jest
niewinna. W przeciwieństwie do obecnie panujących zasad żaden policjant ani sędzia nie miałby specjalnego
immunitetu pozwalającego mu na użycie siły w zakresie przekraczającym granice obowiązujące każdego
innego członka społeczeństwa.
Przyjrzyjmy się teraz przykładowi, o którym była mowa wcześniej. Pan Jones zostaje okradziony, wynajęta
przez niego agencja detektywistyczna dochodzi do wniosku, że kradzieży dopuścił się niejaki Brown, a
Brown odmawia przyznania się do winy. Co teraz? Przede wszystkim musimy wziąć pod uwagę fakt, że nie
istnieje obecnie ogólnoświatowy sąd lub rząd, który egzekwowałby swoje ustawy. A jednak, choć żyjemy w
stanie „międzynarodowej anarchii”, to rozstrzyganie prywatnych sporów między obywatelami dwóch różnych
państw nie nastręcza niemal żadnych trudności. Wyobraźmy sobie, na przykład, że właśnie teraz pewien
mieszkaniec Urugwaju zarzuca jakiemuś obywatelowi Argentyny, że tamten go oszukał. Do którego sądu ma
się udać? Do swojego, czyli do sądu właściwego dla kraju zamieszkania poszkodowanego lub powoda.
Rozprawa odbywa się przed sądem w Urugwaju, a wyrok jest honorowany przez sąd argentyński. Tak samo
się stanie, jeśli Amerykanin uzna, że został oszukany przez Kanadyjczyka itd. W Europie, po upadku
Cesarstwa Rzymskiego, gdy różne plemiona germańskie żyły na sąsiadujących ze sobą terenach, jeśli
Wizygot uznał, że został obrażony przez Franka, wnosił przeciwko niemu sprawę do swojego sądu. Wyrok
tego sądu był powszechnie respektowany przez Franków. Wnoszenie sprawy do sądu powoda zgodne jest
również z logiką libertariańską, ponieważ powód lub ofiara przestępstwa jest stroną pokrzywdzoną i jest
naturalne, że zwraca się do swojego sądu. A zatem, w naszym przypadku, Jones zwróci się do firmy
Prudential Court, by osądziła Browna za kradzież.
Może się zdarzyć, że Brown jest również klientem Prudential Court i wtedy sprawa jest prosta. Orzeczenie
firmy Prudential obejmuje obie strony i staje się wiążące. Istotne jest, by nie został złamany warunek, że
wobec Browna nie wolno zastosować żadnego przymusowego środka prewencyjnego, ponieważ dopóki nie
zostanie skazany, musi być traktowany jako niewinny. Ale Brown będzie mógł się stawić w sądzie
dobrowolnie, gdyż otrzyma zawiadomienie, że toczy się przeciwko niemu postępowanie w takiej to a takiej
sprawie i że on lub jego pełnomocnik jest zaproszony do stawienia się na rozprawie. Jeśli się nie stawi, to
będzie sądzony in absentia, co spowoduje, że sąd nie weźmie pod uwagę jego stanowiska. Jeśli Brown
zostanie uznany za winnego, sąd i jego egzekutorzy doprowadzą Browna siłą i dopilnują wykonania
orzeczonej kary. Oczywiście celem kary będzie przede wszystkim zadośćuczynienie poszkodowanemu.
Co się jednak stanie, jeśli Brown nie zechce respektować orzeczeń sądu Prudential? Jeśli jest klientem firmy
Metropolitan Court? Wtedy sprawa się nieco komplikuje. Najpierw poszkodowany Jones zakłada sprawę w
sądzie Prudential. Jeśli Brown zostaje uznany za niewinnego, oznacza to zakończenie konfliktu. Załóżmy
jednak, że oskarżonemu Brownowi dowiedziono winy. Jeśli Brown nie zaprotestuje, wyrok zostanie
wykonany. Przypuśćmy jednak, że Brown zwraca się z tą samą sprawą do sądu Metropolitan, oskarżając sąd
Prudential o nieudolność lub przekupstwo. Wówczas sprawa zostaje rozpatrzona przez sąd Metropolitan. Jeśli
Metropolitan również uzna Browna za winnego, to sprawa jest zakończona i Prudential zajmie się egzekucją
wyroku. Co jednak będzie, jeśli Metropolitan oczyści Browna z zarzutów? Czy oba sądy i ich uzbrojeni
egzekutorzy rozpoczną strzelaninę na ulicach?
Jak stwierdziliśmy wcześniej, takie zachowanie ze strony sądów byłoby całkowicie irracjonalne i
autodestrukcyjne. Istotnym aspektem ich usług sądowych jest zapewnienie sprawiedliwego, bezstronnego i
pokojowego sposobu orzekania, który jest najlepszą drogą do ustalenia obiektywnej prawdy o tym, kto
popełnił przestępstwo. Gdyby sąd ogłosił wyrok, a następnie przeszedł do bezładnej strzelaniny, klienci
uznaliby zapewne, że jego usługi są nic niewarte. Istotną pozycją w ofercie sądów byłaby usługa polegająca
na prowadzeniu postępowania odwoławczego. Wszystkie sądy zobowiązywałyby się do honorowania
wyroków sądów apelacyjnych. Do takiego sądu apelacyjnego zwróciłyby się teraz Metropolitan i Prudential z
wnioskiem o arbitraż. Sędzia apelacyjny podejmuje decyzję i wynik tego trzeciego procesu staje się wiążący
dla skazanego. Sąd Prudential przystępuje do wykonania wyroku.
Sąd apelacyjny! Ależ to chyba oznacza ponowne ustanowienie przymusowego monopolu rządowego? Nie,
ponieważ nie istnieje żaden powód, żeby sądem apelacyjnym miał być tylko jeden sąd albo jedna osoba.
Obecnie Sąd Najwyższy jest jedynym sądem w Stanach Zjednoczonych, do którego można wnieść ostateczne
odwołanie. Sędziowie Sądu Najwyższego są więc ostatnimi rozstrzygającymi, bez względu na to, czy powód i
pozwany sobie tego życzą, czy nie. W systemie libertariańskim, inaczej niż w obecnym, poszczególne
konkurujące ze sobą prywatne sądy będą mogły zwrócić się do dowolnego sędziego apelacyjnego, którego
uznają za sprawiedliwego, kompetentnego i obiektywnego. Żaden pojedynczy sędzia ani żadna grupa sędziów
nie będzie społeczeństwu narzucana pod przymusem.
W jaki sposób będzie finansowana działalność sędziów apelacyjnych? Jest wiele możliwości, ale
najprawdopodobniej byliby oni opłacani przez różne sądy podstawowego szczebla, które pobierałyby od
swoich klientów opłaty za prowadzenie postępowań odwoławczych w formie składek lub honorariów.
Ale Brown może się upierać przy kolejnych apelacjach. Czy odwołując się bez końca, nie uniknie
odpowiedzialności? Oczywiście w żadnym społeczeństwie postępowanie sądowe nie może być kontynuowane
bez ograniczeń. Musi być jakiś sposób na jego przerwanie. W obecnym społeczeństwie etatystycznym, w
którym rząd ma monopol na usługi sądowe, instancją przerywającą postępowanie jest Sąd Najwyższy. Taka
granica musiałaby również istnieć w społeczeństwie libertariańskim. Ponieważ w każdej sprawie karnej i
cywilnej występują tylko dwie strony – powód i pozwany, to wydaje się najrozsądniejsze, żeby kodeks
postanawiał, iż orzeczenie, na które godzą się jakiekolwiek dwa sądy, ma moc wiążącą. Dotyczyłoby to
zarówno sytuacji, w której sądy powoda i pozwanego wydają ten sam werdykt, jak i sytuacji, kiedy sąd
apelacyjny rozstrzyga spór pomiędzy sądami pierwszej instancji.
Prawo i sądy
Teraz widzimy, że w wolnościowym społeczeństwie konieczne będzie ustalenie kodyfikacji prawnej. Ale jak?
Jak jest możliwy kodeks, system prawny bez rządu, który by go ogłosił i który wyznaczyłby sędziów lub
powołał władzę ustawodawczą do opracowania przepisów? A przede wszystkim, czy idea kodyfikacji prawnej
nie kłóci się z libertariańskimi zasadami?
Odpowiadając na ostatnie pytanie, trzeba jasno stwierdzić, że kodyfikacja byłaby niezbędna do określenia
ogólnych zasad, którymi powinny kierować się prywatne sądy. Jeśli sąd A wyda orzeczenie, że wszyscy rudzi
są z natury źli i należy ich ukarać, to będzie to wyrok sprzeczny z zasadami libertarianizmu, ponieważ będzie
naruszał prawa przysługujące rudym. Tego typu orzeczenie będzie w świetle wolnościowych zasad nielegalne
i nie uzyska aprobaty społecznej. Powstaje więc konieczność opracowania kodeksu praw, który byłby
powszechnie akceptowany i do którego przestrzegania zobowiązałyby się wszystkie sądy. Kodeks zawierałby
po prostu libertariańską zasadę zabraniającą naruszania nietykalności osobistej i własności, określałby prawa
własności zgodnie z pryncypiami wolnościowymi, ustalałby reguły dopuszczania dowodów (podobne do
obowiązujących obecnie) w postępowaniu zmierzającym do wskazania winnych oraz wyznaczałby
maksymalne kary dla poszczególnych przestępstw. Poruszając się w obrębie takich ustaleń kodeksowych,
sądy konkurowałyby między sobą stosując najbardziej skuteczne procedury; rynek decydowałby, które z tych
procedur – sądy, sądy przysięgłych itd. – zapewniają najlepszą obsługę w dziedzinie wymiaru
sprawiedliwości.
Czy takie niezmienne i jednolite kodeksy są w ogóle możliwe? Czy wystarczy, że konkurujący ze sobą
sędziowie będą je sami interpretować i stosować, nie odwołując się do pomocy rządu lub władz
ustawodawczych? Otóż taki kodeks praw jest nie tylko możliwy, ale najlepsze elementy obecnego systemu
prawnego zostały wypracowane z biegiem czasu właśnie w taki sposób. Władza ustawodawcza, podobnie jak
królowie, bywała zmienna, zaborcza i niekonsekwentna. Wprowadzała tylko do systemu prawnego anomalie i
despotyzm. Rząd ma tak samo nikłe kwalifikacje do ustanawiania i stosowania prawa, jak słabe są jego
kwalifikacje do świadczenia jakichkolwiek innych usług. Tak jak oddzielona została religia od państwa i jak
należy oddzielić od niego gospodarkę, tak też można uczynić z każdym innym aspektem działalności
państwa, nie wyłączając policji, sądów oraz samego prawa!
Jak już wskazywaliśmy, całe prawo handlowe zostało stworzone nie przez państwo ani państwowe sądy, tylko
przez sądy kupieckie. Rząd odebrał sądom kupieckim możliwość rozwijania kodeksu handlowego znacznie
później. To samo miało miejsce w przypadku całego systemu prawa morskiego, dotyczącego żeglugi
handlowej, ratownictwa itd. Tą dziedziną państwo też nie było zainteresowane. Państwowa jurysdykcja nie
miała zastosowania do pełnego morza i dlatego przewoźnicy morscy sami podjęli się nie tylko stosowania,
lecz także wypracowania w swoich prywatnych sądach całego systemu prawa morskiego. Dopiero później
rząd przejął kontrolę nad prawem morskim i sprawy z tego zakresu rozstrzygane są w rządowych sądach.
Wreszcie, zasadnicza część prawa anglosaskiego, prawo zwyczajowe (common law) rozwinęło się przez wieki
dzięki temu, że konkurujący sędziowie kierowali się w orzekaniu zasadami uświęconymi tradycją, a nie
zmieniającymi się dekretami władz państwowych. O tych zasadach nie decydował arbitralnie król ani władza
ustawodawcza. Wyrosły one z upływem wieków na gruncie racjonalnych – bardzo często wolnościowych –
metod orzekania w sprawach sądowych. Rozwój idei orzekania na podstawie precedensu nie stanowi ślepej
uległości wobec przeszłości, lecz jest wynikiem tego, że wszyscy sędziowie stosowali w przeszłości
powszechnie przyjęte prawa zwyczajowe do rozstrzygania konkretnych spraw i problemów. Powszechnie
uważano, że sędzia nie tworzy prawa (jak to się często dzieje dzisiaj); rolą sędziego, jego zadaniem było
znalezienie odpowiedniego prawa wśród zasad prawa zwyczajowego i zastosowanie go do konkretnych
przypadków albo do nowych warunków technicznych i instytucjonalnych. Wspaniała wielowiekowa tradycja
prawa zwyczajowego jest najlepszym potwierdzeniem skuteczności takiego systemu.
Sędziowie stosujący prawo zwyczajowe działali na podobnych zasadach jak sędziowie polubowni. Byli
specjalistami w zakresie prawa i rozstrzygali spory między prywatnymi stronami, które zgłaszały się do nich.
Nie istniał narzucony arbitralnie „sąd najwyższy”, którego decyzje byłyby wiążące. Precedensy były
wprawdzie szanowane, ale również nie miały automatycznej mocy wiążącej. Włoski prawnik libertariański
Bruno Leoni pisze:
(...) Sądy orzekające w Anglii nie mogły stosować własnych arbitralnych reguł, gdyż nie miały ku
temu nigdy bezpośrednich uprawnień, to znaczy możliwości stałego, władczego rozstrzygania spraw
na wzór ustawodawcy. Ponadto sądy w Anglii były tak liczne i tak zawistne wobec siebie nawzajem,
że aż do niedawnych stosunkowo czasów nie przestrzegały nawet znanej zasady wiążącego
precedensu. Nie wydawały też orzeczeń w sprawach, które nie były im uprzednio przedstawione przez
prywatne osoby. I wreszcie, rzadko się zdarzało, żeby ktoś występował do sądu z prośbą o podanie
zasady, którą sąd kierował się przy rozpatrywaniu ich sprawy4.
A tak pisze na temat braku „sądów najwyższych”:
(...) Nie można zaprzeczyć, że praktyka sądowa lub prawo precedensowe może przybierać formę
ustawodawstwa wraz z niepożądanymi tego skutkami. Dzieje się tak, gdy prawnicy lub sędziowie
mają uprawnienia do wydawania ostatecznych wyroków. (...) W dzisiejszych czasach skutkiem
działania mechanizmu precedensu w krajach, które mają „sąd najwyższy”, jest narzucenie
subiektywnych poglądów członków składu sędziowskiego (albo większości sędziów tych sądów)
wszystkim osobom zainteresowanym, jeśli tylko w sprawie występuje zasadnicza różnica stanowisk
między sądem a tymi osobami. Jednakże (...) taka ewentualność nie wypływa z natury praktyki
sądowej lub prawa precedensowego, lecz stanowi raczej jej wypaczenie (...)5.
Pomijając te odstępstwa, możliwość narzucenia subiektywnych poglądów sędziów była ograniczona do
minimum przez to, że: (a) sędziowie mogli wydawać orzeczenia tylko wówczas, gdy prywatne osoby
zwracały się do nich z wnioskiem o rozpatrzenie sprawy, (b) każde orzeczenie sędziego odnosiło się
wyłącznie do konkretnej sprawy, (c) sędziowie i prawnicy, opierając się na prawie zwyczajowym, odwoływali
się zawsze do precedensów z wielu wieków. Jak podkreśla Leoni, w przeciwieństwie do władz
ustawodawczej i wykonawczej, które liczą się wyłącznie ze zdaniem przeważającej większości lub grup
nacisku kosztem lekceważonej mniejszości, sędziowie ze względu na swoją rolę są zobligowani do
wysłuchania i porównania wagi argumentów każdej ze stron sporu. „Strony są wobec sędziego równe, to
znaczy mają takie samo prawo przedkładania argumentów i dowodów. Nie tworzą grup, w których
mniejszości o odmiennych poglądach muszą ustąpić zwycięskiej większości (...)”. Leoni zwraca uwagę na
analogię między tym zjawiskiem a gospodarką wolnorynkową: „Argumenty mogą mieć oczywiście większą
lub mniejszą siłę, ale fakt, że każda ze stron ma prawo je przedstawić, można porównać do wolnego rynku, na
którym każdy samodzielnie konkuruje z innymi w celu sprzedania lub kupienia jakiegoś dobra”6.
Według profesora Leoniego w dziedzinie prawa prywatnego sędziowie w starożytnym Rzymie działali w taki
sam sposób jak sądy prawa zwyczajowego w Anglii:
Sędzia rzymski był kimś w rodzaju naukowca; celem jego dociekań było znajdowanie rozwiązań
przypadków, które przedstawiali mu do rozpatrzenia obywatele. Podobnie przedsiębiorca może się w
dzisiejszych czasach zwrócić do fizyka albo inżyniera o pomoc w rozwiązaniu problemu technicznego
związanego z jego zakładem lub procesem produkcyjnym. Prywatne prawo rzymskie było więc
przedmiotem opisania lub odkrywania, a nie czymś, co należało uchwalić. Było światem rzeczy
istniejących, częścią wspólnego dziedzictwa wszystkich obywateli Rzymu. Nikt nie mógł tego prawa
uchwalać; nikt nie był go w stanie z własnej woli zmienić (...). Taka jest odwieczna koncepcja lub,
jeśli ktoś woli, rzymska koncepcja pewności prawa7.
Dzięki swojej wiedzy o tym, jak działało prawo w starożytności i prawo zwyczajowe, profesor Leoni mógł
odpowiedzieć na następujące żywotne pytanie: kto w społeczeństwie wolnościowym „będzie mianował
sędziów (...), których zadaniem byłoby definiowanie prawa?”. Odpowiedź profesora brzmi: ludzie, tak jak
ludzie zwracali się w przeszłości do sędziów mających najlepszą opinię, o najwyższych kompetencjach,
największej mądrości i wiedzy w sprawach dotyczących stosowania podstawowych zasad prawa
zwyczajowego obowiązującego w społeczeństwie.
Rozstrzyganie zawczasu, kto będzie wyznaczał sędziów, byłoby bezzasadne, ponieważ – w pewnym
sensie – może to zrobić każdy. Przecież tak się w pewnym stopniu dzieje, gdy ludzie zwracają się do
prywatnych sędziów polubownych z prośbą o rozstrzygnięcie sporów między sobą. (...) Wyznaczanie
sędziów nie jest tak trudne, jak dajmy na to „wyznaczanie” fizyków, lekarzy lub innych
wykształconych i doświadczonych specjalistów. Tylko z pozoru pojawienie się w społeczności
dobrych fachowców zawdzięczamy urzędowemu mianowaniu. W rzeczywistości opiera się ono na
powszechnej aprobacie klientów, kolegów z branży i ogółu społeczeństwa. Bez tej aprobaty
mianowanie nie może być skuteczne. Ludzie mogą się oczywiście mylić co do trafności swojego
wyboru, ale problemy związane z wyborem są nieuniknione w przypadku każdej selekcji8.
Oczywiście w wolnościowym społeczeństwie przyszłości podstawowe zasady prawne nie będą się opierać na
bezkrytycznie przyjmowanych obyczajach, z których wiele może się kłócić z libertarianizmem. Kodeks praw
musiałby się wspierać na przyjęciu podstawowej zasady libertarianizmu, zakazującej agresji wobec innych
osób i ich własności. Za podstawę miałby więc rozum, a nie samą – choćby zasadniczo zdrową – tradycję.
Dzięki temu, że możemy wykorzystać zasadnicze elementy gmachu prawa zwyczajowego, stojące przed
rozumem zadanie wprowadzenia niezbędnych poprawek będzie znacznie łatwiejsze niż próba budowania
gmachu uporządkowanych zasad prawnych de novo, z niczego.
Najbardziej spektakularny przykład społeczeństwa, w którym działały libertariańskie prawo i sądy, aż do
niedawna pozostawał niezauważony przez historyków. W społeczeństwie tym nie tylko sądy i prawo były w
dużym stopniu libertariańskie, ale działały w czysto wolnościowym, bezpaństwowym środowisku. Chodzi o
starożytną Irlandię, która kroczyła po wolnościowej ścieżce przez ponad tysiąc lat, aż do XVII wieku, kiedy
podbili ją Anglicy. W przeciwieństwie do wielu innych, pierwotnych plemion zorganizowanych na podobnych
zasadach (takich jak Ibos w Afryce zachodniej i liczne plemiona europejskie) Irlandia przed panowaniem
angielskim nie była w żadnej mierze społeczeństwem „prymitywnym”. Społeczeństwo to miało bardzo
złożoną strukturę; przez wieki było najwyżej rozwiniętym, najmądrzejszym i najbardziej cywilizowanym
społeczeństwem Europy Zachodniej.
Przez tysiąc lat starożytna celtycka Irlandia nie miała państwa ani żadnej podobnej do niego struktury. Jak
pisze największy autorytet w dziedzinie prawa starożytnej Irlandii: „Nie było władzy ustawodawczej,
urzędników sądowych, publicznie wykonywanych wyroków. (...) Nie było śladu państwowego wymiaru
sprawiedliwości”9.
W jaki sposób egzekwowano sprawiedliwość? Podstawową jednostką polityczną starożytnej Irlandii było
tuath. Wszyscy „wolni” obywatele, którzy posiadali ziemię, wykonywali jakiś zawód lub byli rzemieślnikami,
mieli prawo zostać członkami tuath. Członkowie każdego tuath zbierali się raz do roku i uzgadniali wspólną
politykę, decydowali o wypowiedzeniu wojny lub zawarciu pokoju z innymi tuatha oraz wybierali lub
usuwali „króla”. Istotne jest, że – w przeciwieństwie do plemion prymitywnych, nikt nie był na stałe
przypisany do konkretnego tuath – ani ze względu na więzy pokrewieństwa, ani w sensie terytorialnym.
Poszczególni członkowie mogli swobodnie opuszczać jedno tuath i dołączać do konkurencyjnego. Często
zdarzało się, że dwa lub więcej tuatha postanawiały połączyć się w jedno o większej sile. Jak twierdzi
profesor Peden, „tuath stanowiło grupę złożoną z osób, które dobrowolnie się zjednoczyły ze względu na
korzyści społeczne. Jego terytorium stanowiły wszystkie grunty należące do poszczególnych członków
łącznie”10. Nie mieli więc państwa – w jego współczesnym znaczeniu – które rościłoby sobie pretensje do
panowania nad jakimś terytorium (zwykle coraz większym) i które byłoby niezależne od praw do własności
ziemskiej swoich poddanych. Przeciwnie, tuatha były dobrowolnymi związkami, które składały się wyłącznie
z gruntów należących do jego członków. Według historyków w Irlandii występowało zwykle jednocześnie od
80 do 100 tuatha.
Ale jaka była rola wybranego „króla”? Czy on nie stanowił namiastki władzy państwowej? Król sprawował
głównie funkcje religijne, jako arcykapłan przewodniczył obrzędom tuath, które odgrywało rolę organizacji
społecznej i politycznej, ale także dobrowolnej wspólnoty religijnej. Władza królewska była dziedziczna,
podobnie jak w przypadku duchowieństwa w innych przedchrześcijańskich społecznościach. Zasadę
dziedziczności przejmie później chrześcijaństwo. Króla wybierano spośród członków rodu królewskiego
(derbfine), któremu przysługiwały dziedziczne uprawnienia kapłańskie. W dziedzinie politycznej król miał
jednak bardzo ograniczoną władzę. Był zwierzchnikiem wojskowym tuath i przewodniczył zebraniom tuath.
Jeśli prowadził rozmowy dotyczące wojny lub negocjacje pokojowe, to działał tylko jako przedstawiciel
uczestników zebrania tuath i w żadnym razie nie był suwerenem ani nie miał władzy sądowniczej nad
członkami tuath. Nie miał też władzy ustawodawczej i jeśli sam był stroną w sprawie sądowej, to musiał
oddać swoją sprawę w ręce niezależnego sędziego.
Jak stosowano prawo i wymierzano sprawiedliwość? Przede wszystkim samo prawo opierało się na starych,
odwiecznych obyczajach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie w formie ustnej, a następnie pisanej,
przez grupę fachowych prawników, zwanych brehons. Brehoni nie byli w żadnym sensie urzędnikami
państwowymi lub rządowymi. Strony konfliktu wybierały ich po prostu jako arbitrów w sporze, biorąc pod
uwagę ich mądrość, wiedzę dotyczącą prawa zwyczajowego i sprawiedliwość ich wyroków. Jak pisze
profesor Peden:
„(...) strony sporu zasięgały rady u zawodowych prawników, żeby się dowiedzieć, co mówi prawo w
ich konkretnym przypadku. Ci sami prawnicy rozstrzygali często spór polubownie. Przez cały czas
pozostawali prywatnymi osobami, a nie urzędnikami; w swojej pracy polegali wyłącznie na
znajomości prawa i nieposzlakowanej opinii sprawiedliwych sędziów11.
Brehoni nie mieli żadnych związków z poszczególnymi tuatha ani koneksji z ich królami. Byli całkiem
zwykłymi obywatelami, a ich działalność miała zasięg ogólnokrajowy. Z ich usług korzystały zwaśnione
strony w całej Irlandii. Co więcej – i co bardzo istotne – inaczej niż w systemie prywatnych prawników
rzymskich, brehoni stanowili cały wymiar sprawiedliwości; poza nimi nie było w starożytnej Irlandii innych
sędziów ani żadnych „powszechnych” sądów.
Brehoni mieli wykształcenie prawnicze i uzupełniali prawo oraz dostosowywali je do zmieniających się
warunków. Nie istniał żaden rodzaj monopolu prawniczego; przeciwnie: działało kilka konkurencyjnych szkół
prawniczych, które starały się zdobyć uznanie Irlandczyków.
W jaki sposób egzekwowano orzeczenia brehonów? Służył temu wyrafinowany, oddolnie wypracowany
system „ubezpieczeń” lub rękojmi. Ludzie byli powiązani między sobą różnymi rodzajami poręczeń, które
dawały gwarancję, że wyrządzone zło zostanie naprawione, a sprawiedliwe wyroki brehonów będą
przestrzegane. Sami brehoni nie brali udziału w wykonywaniu wyroków. To należało do zwykłych obywateli
powiązanych siecią rękojmi. Istniały poręczenia wielu różnych rodzajów. Udzielający rękojmi mógł na
przykład ręczyć własnym majątkiem spłatę czyjegoś długu i wspólnie z powodem dopilnować by wyrok w
sprawie zwrotu należności został wykonany, gdyby dłużnik odmawiał zapłaty. W takim przypadku dłużnik
musiałby zapłacić podwójnie: pierwotnemu kredytodawcy zwróciłby dług, a poręczycielowi zapłaciłby
odszkodowanie. Taki system stosowano do wszystkich rodzajów przestępstw, zarówno rabunków, napadów,
jak i umów handlowych. Były nim objęte – jakbyśmy dziś powiedzieli – sprawy z zakresu prawa „cywilnego”
i „karnego”. Wszyscy przestępcy byli uważani za „dłużników”, winnych zadośćuczynienie i odszkodowanie
swoim ofiarom, które były ich „wierzycielami”. Poszkodowany zwracał się o pomoc do swoich poręczycieli i
chwytał przestępcę albo ogłaszał publicznie, że domaga się, by oskarżony oddał się w ręce sprawiedliwości.
Przestępca mógł zareagować, przysyłając swoich poręczycieli w celu negocjacji warunków ugody lub zgodzić
się na rozstrzygnięcie sporu przez brehonów. Jeśli tego nie zrobił, cała społeczność uznawała go za „wyjętego
spod prawa”. Nie mógł już się zwracać z własnymi skargami do sądów i był przez wszystkich uważany za
okrytego hańbą12.
Zdarzały się, oczywiście, „wojny” w tysiącletniej historii celtyckiej Irlandii, ale były to niewielkie potyczki o
nieporównywalnie mniejszym znaczeniu niż wyniszczające wojny, które przeorały pozostałą część Europy.
Jak podkreśla profesor Peden, „bez państwowego aparatu przymusu, który za pomocą opodatkowania i
poboru może zmobilizować olbrzymie ilości broni i ludzi, Irlandczycy nie byli w stanie utrzymywać w
pogotowiu większych sił zbrojnych przez dłuższy czas. Według standardów europejskich (...) irlandzkie
wojny były żałosnymi bójkami, awanturami o stado bydła”13.
Pokazaliśmy, że zarówno w teorii, jak i z historycznego punktu widzenia, możliwe jest stworzenie skutecznej
i uprzejmej policji, kompetentnych sądów z mądrymi sędziami, uporządkowanego systemu powszechnie
akceptowanego prawa i że żadna z tych rzeczy nie musi być dziełem stosującego przemoc rządu. Rząd, który
uzurpuje sobie prawo do monopolu na zapewnienie bezpieczeństwa w granicach pewnego obszaru
geograficznego i który uzyskuje swoje dochody przy użyciu siły, może nie mieć w ogóle nic wspólnego z całą
dziedziną bezpieczeństwa. Rząd nie jest potrzebny do zapewnienia ochrony bardziej niż do zapewnienia
czegokolwiek innego. Nie wspomnieliśmy jeszcze o istotnym fakcie dotyczącym rządu, mianowicie o tym, że
obowiązkowy monopol na stosowanie środków przymusu popchnął rządy do wywołania nieskończenie
większych rzezi i wprowadzenia nieskończenie groźniejszych tyranii i systemów ucisku, niż byłaby to w
stanie zrobić jakakolwiek niezależna, prywatna agencja ochrony. Gdy przyjrzymy się dokonanym w
przeszłości masowym mordom, wyzyskowi i tyranii narzucanej społeczeństwom przez rządy na przestrzeni
wieków, to bez żalu rozstaniemy się z państwowym lewiatanem, by... zakosztować wolności.
Ta strona powstała 27.11.2011. Wizyt: 27.

