Jacek Bartyzel:
"Ilekroć czytam lub słucham dyskusji na tematy ekonomiczne (także tutaj) to uderza mnie niedostrzeganie przez zażarcie spierających się oponentów, obrzucających się nawzajem obelgami "ty socjalisto" lub "ty liberale", że są zazwyczaj po uszy zanurzeni w tym samym sosie, dokładnie tak jak półnagie lub nawet całkiem nagie panie uprawiające zapasy w kisielu. Carl Schmitt miał świętą rację mówiąc, że kapitalista z Wall Street i bolszewik nienawidzą się wzajemnie, ale myślą tak samo. Weźmy samo pojęcie "ekonomii politycznej", wymyślone przez liberałów, a przejęte przez socjalistów, które dla klasycznego Greka byłoby absurdem, gdyby je usłyszał. Wszakże "oikonomia" dotyczy "oikos", czyli gospodarstwa domowego, a to nie ma nic wspólnego z życiem "polis", czyli politycznym. Znaczyłoby to zatem mniej więcej tyle, co "polityczna nauka o tym, co niepolityczne". Tymczasem jedni i drudzy (liberałowie i socjaliści) są całkowicie zgodni co do tego, że ekonomia musi być w centrum (jeśli nie wypełniać całkiem) polityki, tym samym zaś dialektycznie "znoszą" ich dyferencję. Cała różnica w tym, ze zabierają się do tego odmienną metodą. Liberałowie, nienawidzący polityki, jako w ich przekonaniu domeny tego, co groźne, nieokiełznane i irracjonalne, chcą ją zdepolityzować, zastępując ją przez ekonomię i etykę (dokładniej, jak głosił Croce, przez wolną grę sił rynkowych w tym, co materialne, i wolną grę koncepcji etyczności w tym, co duchowe). Polityk, będący już nim tylko z nazwy, bo w istocie jedynie administrator sfery publicznej oraz egzekutor bezosobowego prawa ("rządy prawa"), winien z taką bojaźnią i drżeniem wsłuchiwać się w to jak "reagują rynki" już na samo zajęcie przezeń urzędu, jednocześnie zaś na głos wyrażającej "etyczność" (prawoczłowieczyzmu etc.) "opinii publicznej" (czytaj: "opublikowanej"), jak książę chrześcijański wsłuchujący się w możliwe oznaki nałożenia nań ekskomuniki przez papieża. Socjaliści natomiast, postrzegający dokładnie tę samą irracjonalność, nieokiełznanie i grozę w swobodnym życiu ekonomicznym podmiotów niepolitycznych (bo nie tylko jednostek, ale rodzin, gmin, grup zawodowych, wszelkich zatem naturalnych ciał społecznych) , chcą "odekonomizować" ekonomię, zastępując ją woluntaryzmem niepohamowanej niczym woli politycznej. Tu i tam występuje przy tym dokładnie ta sama retoryka "ujarzmiania natury" (jako przeciwieństwa jej "kultywowania"), tylko w pierwszym wypadku ujarzmiana ma być "zepsuta" natura homo politicus, w drugim zaś raczej natura stworzona a uprawiana przez kogokolwiek "na własną rękę", czyli niewłaściwie, bo "nieracjonalnie". Tak czy inaczej, którąkolwiek drogą idzie świat (a od dawna idzie albo pierwszą, albo drugą, albo - najczęściej - jakąś kombinacją obu), to są to tylko, jak pisał Szafarewicz, dwie drogi ku tej samej przepaści"
Ta strona powstała 18.01.2012. Wizyt: 57.

