Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

NR 227 - EKSCENTRYCZNE KURIOZUM w FALBOWIE, czyli FAJANSOWA PODMURÓWKA

Dawno, dawno temu, ale nie za górami i lasami, tylko w naszej Polsce Ludowej ludzie zaczęli stawiać charakterystyczne sześcioboki. Jak Polska długa i szeroka pojawiły się piętrowe domki z balkonem od frontu. Domki były tynkowane i z fantazją oklejane czym popadło. Najczęściej fragmentami luster. Czasem były to kawałki ceramiki. Przepiękne elewacje gmachów publicznych pokazywałam Wam w drugiej gazetce o Łysej Górze (gazetka nr 198). Dziś jednak wspominam to jak sześćdziesiąt lat temu ludzie ozdabiali domy własnym sumptem (synonimy: samodzielnie; we własnym zakresie; własnymi siłami; na własną rękę).

To naprawdę już było... Pokazywałam Wam taką ścianę na domostwie w Zalipiu, ale współcześnie dokładnie

do tego samego pomysłu sięgnięto w Pasażu Róży w Łodzi, gdzie grupa ludzi wykleja lusterkami potężną powierzchnię kamienicy. My jednak mamy blog o fajansie, więc zamiast Pasażu Róży pokażę Wam słynny przystanek PKS, który wielbiciele fajansu pokazują sobie jako ciekawostkę.

Zdjęcia pożyczyłam sobie ze strony:

http://zbokudrogi.blox.pl/2011/05/Przystanek.html

Przystanek był przy krajowej jedynce pod Włocławkiem. Czy dziś tak jeszcze wygląda? Nie wiem,

nie sprawdziłam, a przecież czasem tamtędy jeżdżę. Szkoda, że autor strony nie podał miejscowości.


1a




Sześć lat temu kupiliśmy drewniany domek na podmurówce. Nie była w żaden sposób wykończona.

Najpierw wyszykowaliśmy stodołę, potem budynek gospodarczy. Rozbudowaliśmy dom, zmieniliśmy elewację,

a na podmurówkę nie było pomysłu. Nie było to też nic pilnego, a front innych robót był bardzo szeroki. Jedynie Murarz, który kochał kamienie i ozdobił nam w tak oryginalny sposób budynek gospodarczy, powiedział,

że zobowiązuje mnie do udekorowania podmurówki w sposób szczególny. Inaczej nigdy mi nie wybaczy zepsucia wyglądu całości siedliska.

Dziś nie wiem jak narodził się pomysł. Może z miłości do fajansu? Nie potrafiłam rozstać się ze skorupkami. Każdą stłuczoną rzecz próbowałam skleić. Pamiętam też jak sześć lat temu opowiadałam Królowi o zabawie dzieci w Warszawie. Może w innych miejscowościach tak nie było, ale w latach sześćdziesiątych ruin

w Warszawie nie brakowało. W gruzach było mnóstwo kawałków porcelany i szkieł. Robiliśmy dołki w ziemi

i zasypywaliśmy "sekrety". Druga osoba palcem kręciła dołek, w którym ukazywał się kolorowy obrazek.

Albo gotowy z ceramiki, albo prawdziwe kwiatki przyciśnięte szkiełkiem. Do dziś pamiętam mój zachwyt!

Tak czy siak zbierałam skrzętnie każdą fajansową stłuczkę i szukałam kogoś kto podejmie się wykonania mozaiki na podmurówce. Rozmawiałam z kilkoma budowlańcami. Od nich dowiedziałam się, że proponują mi zastosowanie kleju do płytek. Miało się to odbywać w ten sposób, że oni położą warstwę kleju, a ja mam ją pokryć stłuczkami w ciągu 30 minut. Wreszcie w 2016 roku uznałam, że czas zacząć pierwszą ścianę. Jednak stwierdziłam, że nie święci garnki lepią i Falbanka też może spróbować gdzieś od tyłu domu jakby to szło. Kupiliśmy klej. Długo studiowałam sposób użycia, próbowałam dopytać mężczyzn czym się toto miesza. Wszystko szło dobrze. Tylko, że zamiast od tyłu domu, to rzuciłam się na głęboką wodę i przeszłam na front.

Ba, mało tego: zamiast stłuczki postanowiłam tu użyć całych pater i talerzy.

No i od razu okazało się, że to nic prostego. Praca w kucki nie bardzo mi służy. Patery zaś były ciężkie i spadały. Mąż musiał natychmiast podpierać je cegłami, próbowaliśmy unieruchomić je tyczkami. Pierwszego dnia przykleiłam sześć talerzy i byłam okropnie zmęczona. Czyli już było jasne, że ta podmurówka nie powstanie

w tydzień. No i to, że nie mogę najmować nikogo do pracy, bo koszt byłby niewyobrażalny. Czekała mnie wobec tego żmudna, długotrwała koronkowa robota. Potrzebna była sucha pogoda, cierpliwość, upór i konsekwencja.





Zanim pokażę Wam konkretne prace, to muszę napisać o czymś co wydarzyło się dwa miesiące później.

Otóż we wrześniu zadzwonił do mnie kurier, że zostawia mi pod domem paczkę. Nie mogłam sobie przypomnieć co kupiłam, ale to się zdarza. Po pracy zobaczyliśmy dużą paczkę w charakterystycznym opakowaniu. To Król przysłał mi fajans z Galerii Stary Świat. Zdziwiłam się, bo byłam umówiona na odbiór osobisty, no i przecież zakupy nie zmieściłyby się w jedno pudło. Próbowaliśmy zgadywać. Mąż zasugerował, że to może prezent imieninowy, ale przecież obchodzę je w połowie października. Mąż spróbował obrócić pudło wierzchem do góry

i usłyszeliśmy charakterystyczny chrzęst, którego nigdy nie chcemy słyszeć. Coś się wewnątrz potłukło! Zakolebaliśmy ponownie... Chrzęści. Tylko,że tak jakoś bardzo mocno. W tym momencie olśniło mnie:

TO STŁUCZKI!!! Tak, to wspaniała niespodzianka! Tylko, że właśnie już kończyłam dekorowanie 10 metrów frontu domu. Jednak fakt otrzymania tajemniczej przesyłki zmotywował mnie do podjęcia się klejenia kolejnych

7 metrów drugiej ściany. Te prace zajęły mi kolejne półtora miesiąca. Dlatego w gazetce będziecie widzieli przemiennie zdjęcia z obu ścian. I z tej ze stłuczkami, i z tej z fajansem w całości.





Pierwszym ruchem na drugiej ścianie też było przyklejenie całych pater. Tym razem mniejszych, więc nawet

Mąż nie musiał mi pomagać, bo nie spadały. Jednak we wrześniu jego pomoc była bardzo, bardzo duża. Spieszyliśmy się, żeby skończyć przed zimą. Rozrabiał mi klej, potem tynk, nakładał je na ścianę.

Ja tylko cyzelowałam.

(cyzelować - drobiazgowo, perfekcyjnie coś wykańczać, opracowywać)





Teraz słówko o technologii. Wspominałam wyżej, że osoby zorientowane w temacie radziły mi użycie mrozoodpornego kleju do płytek. Musiałam nauczyć się go przyrządzać. Rzeczywiście to akurat nie było skomplikowane. Nakładanie grzebieniem na ścianę również. Ale na tym koniec sukcesów. Ściana była umazana nierówną warstwą kleju, która po zaschnięciu okazała się delikatna i krucha. W domyśle będzie chłonęła wodę. Czyli klej wymaga przykrycia kolejną substancją, ale czym? Mało tego, fajans nie jest płaski jak płytki ceramiczne. A przecież kawałki fajansu nie mogą sterczeć z podmurówki. Z tego powodu też trzeba elewację wymodelować.





Doszłam do wniosku, że nie uniknę nałożenia tynku.

Na poniższych fotkach zobaczycie tynk wokół pater. Jest gładki i jasny.








A gdyby tak uprościć sobie pracę i przyklejać stłuczki na sam tynk? Ostatecznie jakoś przecież w PRL-u

te ozdoby przyklejano, a klej do płytek nie istniał. Spróbowałam. Nałożyliśmy na fragment podmurówki grubą warstwę tynku i... klops! I to kompletny! Tynk utworzył elastyczną powierzchnię, w którą absolutnie nic nie dało się zatopić. Napięcie powierzchniowe było za duże. Wszystko odpadało. Z furią wciskaliśmy najbardziej płaskie kawałki fajansu. To pierwsze pół metra ściany. Jestem bardzo złej myśli, spodziewam się, że to wszystko wypadnie zimą, gdy tynk będzie pracował. Rada nie rada, musiałam przeprosić się z klejem i nadal wykonywać kolejno wszystkie etapy pracy.




No i ostatnie fotki z etapu klejenia. Jak widzicie jest już coraz zimniej. Tylko kot ma futro.

Ja przypominam cebulkę :-)








O tym, że to nie przelewki, a mrówcza praca, niech Was przekonają kolejne fotki.











Po wyschnięciu tynku należałoby odczekać minimum miesiąc. Niestety, nie doczytałam i do malowania przystąpiłam już po tygodniu. Wymyśliłam sobie udawane cegły. Wykorzystywałam ten motyw już kilkakrotnie

na innych budynkach.

A więc najpierw malujemy z Mężem wszystko na łososiowo.

Teraz już to nie wygląda tak dziwnie i paskudnie. Elewacja zaczyna przypominać coś konkretnego.











Prace nabierają tempa jak u konia czującego stajnię :-) Zostaje tylko domalowanie cegieł. Do tego tańca trzeba dwojga. Gdyby elewacja była równa to byłoby proste. Jednak ten murek jest pełen talerzy, wzniesień i zagłębień.

Trzymaliśmy z Mężem sznurek i zaznaczaliśmy poziom kredą. W praniu okazało się, że nie było to dobre rozwiązanie, bo kreda nie chciała sie ani osypać, ani zamalować. Na drugiej ścianie już rysowaliśmy kreski ołówkiem.





Malowanie poziomych linii nie było trudne.











Na dwóch następnych zdjęciach widać, że trzymam patyk o długości 30 cm. Służy mi do wymierzania cegieł. Zwracam też Waszą uwagę na mój strój. Te prace wykonałam jeszcze latem. W sierpniu koło domu przechodziła jedna z grup pielgrzymkowych. Akurat byłam na poddaszu, więc nikt mnie nie widział. Większość pielgrzymów zwracała uwagę na udziwnioną podmurówkę. Fotografowali tą lokalną osobliwość. Wysłuchałam też ulubionego komentarza, że to jakiś niesamowity przypadek: fajans na ulicy Fajansowej :-)














Kolejne zdjęcia. Moje arcydzieło na froncie domu jest już gotowe. Ponieważ zaczęliśmy we wrześniu drugą ścianę, to musimy się bardzo spieszyć, bo tu się nic nie pogoni. Każda warstwa musi skrzepnąć i wyschnąć. Robi się jednak coraz chłodniej. Spoiwa schną wolniej, dzień jest już krótszy. Urlop już jest wykorzystany. Pracujemy po pracy nawet po zmroku, ale część pracy po ciemku zawsze wymaga poprawek. A to gdzieś

nie dokleiłam tynku, a to krzywo pomalowałam...

Jest już bardzo zimno, pracuje jednak dalej z wielkim poświęceniem. Już nie bardzo można klękać na trawie, nawet z deseczką pod kolanami. Pracuję na leżąco, ale na stołeczku.








Skończone. Dałam radę przed zimą. Ta ściana ma 14 metrów. Nie porywałam się na całość. Wykleiłam połowę. O ile rozpoczynanie pracy we wrześniu było ryzykowne, to ograniczenie się do siedmiu metrów było bardzo rozsądne. Jednak nie zrealizowałam w tym sezonie żadnych planów malarskich. Coś za coś.








To już cały tegoroczny efekt. Te dwie ściany bardzo różnią się między sobą. Front wykleiłam wyłącznie całymi przedmiotami. Pobawiłam się też kształtami. Zastosowałam okrągłe talerze różnych rozmiarów. Nie pożałowałam półmisków, tacek, desek, solniczek. Trafił się tam nawet motyl. Chciałam, żeby nie tylko była to osobliwość,

ale i swoista wystawa fajansu, prezentacja jego piękna. Boczna ściana już nie miała być reprezentacyjna. Jest jednak dobrze widoczna z drogi. Tą wykleiłam największymi i najpiękniejszymi stłuczkami. Jedna z sąsiadek stwierdziła, że ta boczna jest o wiele ładniejsza od frontowej. Cieszę się jednak, że nie skrytykowała samego pomysłu tego fantazyjnego dziwowiska.





Kolejne ściany będą też miały swoją specyfikę. Od strony kapliczki planuję zastosować stłuczki średnie,

a od strony sowiego domu samą drobnicę. To jednak dopiero na wiosnę. Obym zdążyła przed wyrośnięciem paproci i wieloletnich kwiatów, bo nie chciałabym ich tak stratować jak w wiejskim ogródeczku przed domem. Musimy kwietnik założyć teraz praktycznie od zera.





Zerkam też na ogrodzenie. Ono też ma małą podmurówkę. Może z czasem też spróbuję coś z nią zrobić?

Komentarze

  • JR ;) JR ;) (194.181.62.*)

    rety... ale cudo... co za pomysł! Jaka siła! Precyzja! a przede wszystkim WYTRWAŁOŚĆ!!!
    Jestem pełna podziwu...

  • Marta Marta (*.multi.internet.cyfrowypolsat.pl)

    Tak czytam Pani gazetkę i jedno mi się nasuwa na myśl. Co te kobiety nawymyślają, to zawsze mężowie zostają zaangażowani do prac fizycznych ;) u mnie jest tak samo. Ja wymyślam, a chłop tylko głową macha, ale ostatecznie zawsze pomoże. A podmurówka po prostu przepiękna. Brak mi słów by wyrazić jak mi się bardzo podoba.

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst mrr4hova9v:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.