Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Dlaczego wciąż wchodzimy do tej samej rzeki?


Na pewno każdy z nas zna kogoś, kto przez całe swoje życie wikła się w nieudane związki i mówi, że „nie ma szczęścia w miłości”. Albo kogoś, kto, mimo kolejnej zmiany pracy, wciąż trafia na szefa, który go obciąża zbyt wieloma obowiązkami. Lub też osobę, która - choć zawsze gotowa jest rzucić wszystko, by pomagać swoim znajomym – jakoś nie potrafi nawiązać satysfakcjonującej przyjaźni. O takich osobach mówi się, że „mają pecha”. Ale to nie do końca jest prawdą…

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem

Trudno jest obwiniać niewidomego o to, że potknął się na nierównej drodze. Ale jeżeli osoba, która doskonale widzi wystający kamień, mimo to podąża prosto w jego kierunku – co więcej, czyni to za każdym razem, gdy wchodzi na tę ścieżkę – nie podobna stwierdzić, że upadła, bo „miała pecha”. Raczej sama jest winna swojego nieszczęścia. Podobnie ma się rzecz z naszymi wyborami w życiu zawodowym i osobistym. Niewiele niepowodzeń przydarza nam się przypadkowo. Za większość z nich, niestety odpowiadamy my sami. Sęk w tym, że zazwyczaj nie jesteśmy tego świadomi. To, z czym w życiu się spotykamy, nie pochodzi jedynie ze świata zewnętrznego, który jest zły i zagrażający. Nasze doświadczenia są pochodną naszych wyborów i decyzji.

Aktorzy jednej roli

Ludzie, z którymi wchodzimy w relacje zawodowe i prywatne, nie są przypadkowi. Przyciągamy do siebie osoby, które w pewien sposób będą dopasowani do naszego aktualnego stanu i będą odzwierciedlać to, jak w danym momencie życia się czujemy. Tendencję do nawiązywania znajomości z podobnymi do siebie ludźmi, psychoanalitycy określają gotowością do wchodzenia w role. Bazując na całym zestawie nieświadomych informacji, sprawdzamy, czy nowo poznany człowiek chętnie wejdzie w zaproponowaną przez nas rolę. Jako że role są nam doskonale znane (nawet te przykre i bolesne), dokładnie wiemy, czego możemy się spodziewać w nowo budowanej relacji. Role wybieramy nieprzypadkowo. Pozwalają nam podtrzymać i utrwalić nasz obraz samego siebie. W efekcie niesatysfakcjonujących relacji zazwyczaj widzimy samych siebie jako osoby nieudolne, słabe i bezwartościowe. Taka negatywna wizja siebie paradoksalnie przynosi pewne korzyści. Stanowi wygodną wymówkę, by móc bezkarnie powtarzać te same błędy i nie podejmować wysiłku, prowadzącego do zmiany. Tak łatwo jest przecież powiedzieć: „Jestem beznadziejny i nigdy nic nie osiągnę” albo zrzucić winę za swój stan na rzeczywistość, stwierdzając przy każdej okazji: „Świat jest zły, a ludzie podli i dlatego nic mi się nie udaje”.

Ciasne, ale własne – dlaczego zmiana na lepsze nas przeraża?

Popełniamy te same błędy, ponieważ desperacko potrzebujemy czuć się bezpiecznie i zachować kruche poczucie równowagi. Naturalnie, jest nam w naszej sytuacji źle i niewygodnie, czujemy się zmęczeni, zniechęceni, ale mimo wszystko wiemy, czego się możemy spodziewać. Tkwimy w swoich „czterech ścianach życia” – brzydkich, ale bezpiecznych. Bezpiecznych - to znaczy znajomych, nie dobrych, miłych czy korzystnych. Z lęku przed zmianą, kurczowo trzymamy się takiego destrukcyjnego poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście, w naszych fantazjach często snujemy marzenia o tym, jak cudownie byłoby coś zmienić. Odraczamy decyzję o realnej zmianie, posługując się magicznymi postanowieniami noworocznymi czy urodzinowymi, z których i tak nic nie wychodzi.

Happy end za wszelką cenę?

Zdarza się, że ciągle powtarzamy te same błędy, ponieważ, mimo fizycznej dojrzałości, wciąż drzemie w nas małe, skrzywdzone dziecko. Psychoanalitycy często spotykają się z osobami, które wchodzą w niesatysfakcjonujące znajomości, dlatego, że nieświadomie pragną ponownie przeżyć jakąś trudną sytuację z dzieciństwa. Tym razem jednak chcą sobie z nią dobrze poradzić. Niełatwo jest przełamać taki schemat powtarzania - choć na poziomie intelektualnym rozumiemy, że dzieciństwo już minęło i nie da się go zamienić na lepsze, to nasze nieuświadomione emocje domagają się, by nawiązywać takie znajomości, które pozwolą nam powtórzyć złe doświadczenia z dzieciństwa i doprowadzić je do szczęśliwego zakończenia. Z impasu można wyjść tylko wówczas, gdy uda nam się zaakceptować – emocjonalnie – stratę z dzieciństwa i przyjąć, iż pewnych rzeczy nie da się naprawić.

Duże dzieci – duży problem

W końcu nie wszyscy ludzie dojrzewają emocjonalnie. Zdarza się, że kilkudziesięcioletnie osoby zachowują się w pewnych sytuacjach osobistych lub zawodowych niczym małe, rozkapryszone dzieci. Utykają we wczesnej fazie rozwoju emocjonalnego, nie potrafiąc wyzbyć się tendencji do instrumentalnego traktowania drugiego człowieka. Każdego znajomego (bliskich, współpracownika, szefa) stawiają w roli matki – kogoś, kto koniecznie musi odłożyć na bok swoje sprawy oraz uczucia i zająć się tylko nimi. Oczekują bezwarunkowej akceptacji, uległości, pełnej atencji i poświęcenia. Nie interesuje ich żaden z aspektów drugiego człowieka, który nie służyłby zaspokajaniu ich potrzeb. Kiedy bliźni buntują się przeciwko pełnieniu tej matczynej funkcji, oczekując od nich odpowiedzialności za samych siebie, złoszczą się, czują się opuszczeni i zrywają kontakt, ruszając w poszukiwaniu nowego, idealnego obiektu, który zaspokoiłby ich wymagania. Oczywiście, na próżno.

Sami jesteśmy sobie winni

Jeśli więc chcemy, by ‘pech’ nas opuścił, sami musimy wprowadzić pewne modyfikacje. Aby wydostać się z pułapki powtarzalności błędów, konieczne jest zrezygnowanie z kurczowego trzymania się bezpieczeństwa za wszelką cenę na rzecz zmiany. Nie jest to łatwe, ponieważ wymaga, byśmy uświadomili sobie niewygodną prawdę o tym, że sami jesteśmy odpowiedzialni za kształt swojego życia. Powodowani lękiem przed porażką we wprowadzaniu zmian, trzymamy się utartych schematów. Zmiana jest groźna i może wydawać się olbrzymią katastrofą, ponieważ musimy przemodelować swoje postrzeganie siebie i innych osób, by przestać sabotować samych siebie.

Jak uczyć się na własnych błędach?

Na własnych błędach możemy się uczyć. Jednak, by wyciągać wnioski z własnego postępowania i wprowadzać pozytywne zmiany, musimy spełnić kilka warunków. Przede wszystkim musimy zrozumieć, że wielokrotnie popełniamy błąd i rozpoznać, w czym tkwi jego geneza. Wszystko zaczyna się od autorefleksji: „Mam problem” i poczucia, że potrzeba nam pomocy w jego rozwiązaniu. Takie zrozumienie wymaga nie tylko poznawczego przepracowania mechanizmów, które rządzą naszymi działaniami, ale również zaangażowania emocjonalnego. Aby zmiana mogła zaistnieć, musimy pozwolić sobie na przeżycie wszystkich uczuć, związanych z doświadczeniami z naszego życia. Takie przepracowanie uczuć – niejednokrotnie bardzo trudnych – wymaga czasu i cierpliwości. To proces, któremu powinniśmy pozwolić toczyć się we własnym tempie. Tylko wówczas w pełni przeanalizujemy motywy naszego postępowania i zrozumiemy, co nas powstrzymuje przed zmianami. W trakcie takiego procesu pojawiają się uczucia smutku, depresyjne myśli i pokusa, by wrócić do sprawdzonych sposobów postępowania. Jednak warto znaleźć w sobie odwagę, by uznać, że zmiana jest koniecznością, wpisaną w nasze życie, ponieważ stanowi esencję rozwoju człowieka.

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst 6q87c0k36e:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.