Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Femme terrible Lucyna Ćwierczakiewiczowa i 365 obiadów za 5 złotych

Anna Włodarczyk 31.07.2012 01:00

Ćwierczakiewiczowa

Ćwierczakiewiczowa (Fot. Agata Endo Nowicka)

Do sakramentu małżeństwa potrzebne są następujące kwalifikacje: pełnoletność, wolna a nieprzymuszona wola i ''365 obiadów za 5 złotych'' Ćwierczakiewiczowej - pisał Bolesław Prus

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Warszawa, druga połowa XIX wieku. Żona żyjącego nad stan przemysłowca, włożywszy na bal publiczny kolczyki z dużymi brylantami, usłyszała: - Ach! Droga pani, jakie wspaniałe brylanty, jeszcze ktoś może pomyśleć, że są prawdziwe.

Autorką kąśliwości była Lucyna Ćwierczakiewiczowa, la femme terrible ówczesnej Warszawy. Ofiar jej ciętego języka było wiele. Jedna ze znamienitszych - Eliza Orzeszkowa - na skierowane do Ćwierczakiewiczowej ironiczne stwierdzenie: - Więc pani pisze o plackach? - usłyszała: - A pani pod placki.

Bezczelna i bezpośrednia budziła postrach na salonach. Słynne były jej wizyty w teatrze, podczas których zajadała się czekoladkami i głośno komentowała kiepską grę aktorów, przysparzając wstydu towarzyszącym jej osobom. Ale to nie cięta riposta i niekonwencjonalne zachowanie, ale ciężka praca, przedsiębiorczość i przebojowość przyniosły autorce najpoczytniejszych polskich książek kulinarnych sławę i bogactwo.

Okladka ksiazki "365 obiadow za 5 zlotych"



Szłam przez życie jak kometa

Urodzona w 1829 r. w Warszawie, w kalwińskiej rodzinie von Bachmanów odebrała - jak to sama określiła - powierzchowne wychowanie. W odróżnieniu od starszego brata Karola, który jako przedstawiciel płci męskiej studiował na uniwersytecie prawo, ona pobierała nauki w domu. Uczyła się francuskiego, gry na fortepianie, ''śpiewu od Włoszki Francetti'' i malarstwa. Przygotowywano ją do roli kulturalnej żony stanowiącej ozdobę męża. Ta ''niby-edukacja'', jak to ujęła w jednym ze swoich tekstów, skończyła się w 15. roku życia.

Wchodzenie w narzucone role nie leżało w niepokornej naturze Lucyny. Jej małżeństwo z obywatelem ziemskim Feliksem Staszewskim szybko się rozpadło. Już w wieku 23 lat poślubiła swego drugiego męża, inżyniera Stanisława Ćwierczakiewicza, o którym pisała, że był ''najzacniejszym, najrozumniejszym i najukochańszym z ludzi''. Rola szczęśliwej żony i przykładnej pani domu nie była jednak zwieńczeniem marzeń energicznej pani Ćwierczakiewiczowej.

Sienkiewicz przegrywa

Sześć lat po ślubie Ćwierczakiewiczowa pożycza pieniądze i wydaje swoją pierwszą książkę kucharską: ''Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast''. Może za sprawą ciekawych przepisów, licznych porad, a może i dzięki niezachwianej pewności autorki pierwsze wydanie książki rozchodzi się natychmiast.

Idąc za ciosem, w 1860 r. znowu własnym sumptem wydaje ''365 obiadów za 5 złotych'', książkę, która przyniesie jej zaszczytne miano kucharki narodowej, Brillat-Savarina polskiej gastronomii. ''365 obiadów...'' staje się hitem, popularnością przebija nawet dzieła Henryka Sienkiewicza. Jest obowiązkową lekturą każdej szanującej się pani domu, tylko do 1897 r. doczekuje się 17 wznowień! Bolesław Prus, doceniając jej znaczącą rolę w życiu społecznym, pisał: ''Do sakramentu małżeństwa potrzebne są następujące kwalifikacje: pełnoletność, wolna a nieprzymuszona wola i 365 obiadów za 5 złotych''.

Autorka nie spoczywa jednak na laurach i w 1865 r. rozpoczyna współpracę z pismem dla kobiet ''Bluszcz'', w którym przez kolejne 29 lat będzie redagować popularny dział gospodarski i dodatek mód. Jakby tego było mało, od 1875 r. zaczyna wydawać kalendarz dla kobiet. ''Kolęda dla gospodyń przez Autorkę 365 obiadów'', to ukazujący się corocznie, liczący ponad 200 stron poradnik zawierający opis prac gospodarskich na każdy miesiąc, przepisy, artykuły poświęcone promocji higienicznego trybu życia, nowinkom technicznym, ogrodnictwu, hodowli, medycynie, wreszcie kącik literacki. Wiernym czytelnikiem ''Kolędy...'' był Prus, który w ''Kronikach'' zamieszczał co roku jej recenzję.

W kolejnych latach pojawiają się następne książki Ćwierczakiewiczowej: ''Poradnik porządku i różnych powinności gospodarskich'', ''Nauka robienia kwiatów bez pomocy nauczyciela'', ''Podarunek ślubny: kurs gospodarstwa miejskiego i wiejskiego dla kobiet'' czy ''Cokolwiek chcesz czyścić, czyli porządki domowe''. Wszystkie cieszą się wielkim powodzeniem, jednak to ''365 obiadów za 5 złotych'' staje się kulinarną biblią XIX wieku.

Karykatura Ćwieczakiewiczowej z końca XIX wieku zamieszczona w ilustrowanym tygodniku humorystyczno-satyrycznym - Kolce



Ćwierczakiewiczowa sieje grozę

Sukces otworzył jej drzwi do warszawskich salonów, na które wkroczyła z impetem. Tę otyłą, niegrzeszącą urodą kobietę cechowały bowiem niezachwiana pewność siebie i niewyparzony język. Jeśli dodać do tego zamiłowanie do bycia w centrum uwagi i łamania konwenansów, a także nieposkromiony apetyt na życie, miejsce w rubrykach towarzyskich gazet miała zapewnione.

Lucyna Ćwierczakiewiczowa lubiła bywać. Przyjaźniła się z Prusem, pojawiała się na wszelkich balach, przyjęciach, wystawach i przedstawieniach, siejąc grozę wśród gości, którzy obawiali się jej niewybrednych komentarzy. ''Istotnie, pani Lucyna była postrachem wielu pań. Każdej umiała powiedzieć coś złośliwego i najbardziej wyćwiczoną w szermierce językowej potrafiła pokonać czasami ciętym dowcipem, częściej zaś brutalnym frazesem'' - pisano o autorce ''365 obiadów...''. Jednocześnie nic nie robiła sobie z kpin, które w odwecie czyniono z jej tuszy, pyszałkowatości i skłonności do egzaltacji. Wręcz przeciwnie - jak na celebrytkę przystało, kierowała się zasadą, że nieważne, jak mówią, ważne, aby mówili, i swoim zachowaniem dostarczała tematów do licznych anegdot. Kiedy na przykład jej tusza osiągnęła tak wielkie rozmiary, że nie mogła samodzielnie wejść po schodach teatralnego foyer, kazała się wnosić na widownię na krześle, dając stolicy kolejny materiał do żartów.

Daleka od polskiego kultu skromności zwykła mawiać: ''Jeden jest tylko Szekspir i jedna Ćwierczakiewiczowa''. Popularne było również jej stwierdzenie, iż ''tylko Sienkiewicz i Ćwierczakiewiczowa rozchodzą się w takiej ilości egzemplarzy, a spotkać ich można i w kuchni, i w salonie''. Uważała się - trzeba przyznać, że słusznie - za kulinarnego guru, czemu niejednokrotnie dawała wyraz. ''Śmiało, bez zarozumienia co do mojej znajomości kulinarnej powiedzieć mogę: Nie mam dziś w języku polskim konkurencji w tym kierunku'' - pisała.

Opinię tę podzielano. W prasie pisano, że jest geniuszem kulinarnym, kucharką narodową i mistrzynią gastronomii.

Dodać trzeba, że ciężko pracowała na miano geniusza, dbając o poziom swych dzieł, unowocześniając je i wzbogacając o nowe wskazówki. Ta dbałość o czytelnika była zauważana i doceniana. Wskazać można na 24. numer tygodnika ''Wędrowiec'' z 1896 r., w którym pisano: ''Pierwsze więc wydanie [365 obiadów...] było o wiele droższe - w porównaniu, gdyż dzisiejsze, w miarę postępu sztuki kulinarnej i doświadczeń robionych przez autorkę - doszły do tego stopnia doskonałości, iż teraz są bez konkurencyi''.

Menedżerka

Jednak za sukcesem Lucyny Ćwierczakiewiczowej nie kryły się wyłącznie pewność siebie i talent kulinarny. Umiała ona bowiem dbać o swoje interesy, a zdolnościami marketingowymi wyprzedzała swoją epokę.

Z właściwą sobie subtelnością pisała do wydawców: ''Przy tej sposobności proszę uprzejmie o zareklamowanie 2 (iego) wydania mego Kursu gospodarstwa dla kobiet, którego pierwsze dawno wyczerpane''. Słynne były również jej ''bonusy'' w postaci domowych przetworów, które dołączała do corocznego egzemplarza ''Kolędy...'' dla Bolesława Prusa. Ten z kolei odwdzięczał się żartobliwymi recenzjami, stanowiącymi świetną reklamę kolejnych wydań poradnika. ''Kalendarze wymienionej autorki są koniecznym składnikiem naszej literatury gwiazdkowej. Śnieg, post, opłatki nie dowodzą jeszcze bliskości Bożego Narodzenia. Dopiero gdy wyjdzie Kolęda dla gospodyń, czujesz w powietrzu Wigilię'' - pisał.

Ćwierczakiewiczowa nadała nowe znaczenie określeniu ''kucharka''. O ile wcześniej kucharka kojarzyła się z kurą domową, która potrafi zaspokoić apetyty rodziny, o tyle za sprawą Ćwierczakiewiczowej urosła ona do rangi osoby o szerokich horyzontach. ''Kucharka to artystka, scjentystka i pragmatyk jednocześnie, zatem osoba o szerokich horyzontach: widzi ona świat nie z perspektywy kuchni, lecz kuchnię z perspektywy świata'' - pisała pani Lucyna. Kucharka Ćwierczakiewiczowej była światłą, oczytaną osobą. Była również otwarta na nowinki, w jej domu pojawiały się nowe sprzęty: kuchnie gazowe, żelazka gazowe czy maszyny piorące. Wprowadzała też do jadłospisu nowe składniki, takie jak np. ''kardamonję, cykoryę brukselską'' czy ''zielone selery''. Sprawnie zarządzała gospodarstwem domowym, posiadając wiedzę z zakresu ogrodnictwa, hodowli zwierząt, kulinariów, szycia, finansów, jak również - jeśli miała ku temu warunki finansowe - znała się na zarządzaniu pracownikami wykonującymi szereg prac domowych. Innymi słowy, była sprawnym menedżerem gospodarstwa domowego.

Sama Ćwierczakiewiczowa doskonale pasowała do stworzonego przez siebie wzorca. Wydawać by się mogło, że znała się na wszystkim, począwszy od wyrobu żelatyny, przez prowadzenie hodowli pijawek, na sposobach przechowywania warzyw skończywszy. Wiedziała, jak odświeżyć stare masło, kiedy najlepiej kupować pomarańcze, do czego dodawać wanilię, jak odświeżać stare palta, co to jest mazagran i jak się go podaje. Jeśli dodać do tego doskonałą znajomość języków obcych (pani Lucyna zajmowała się tłumaczeniami niemieckich tekstów do ''Bluszcza'', znała również francuski), zamiłowanie do teatru, opery i literatury, a także umiejętność brylowania na salonach - wyłania nam się obraz iście światłej i niezwykłej kucharki.

Obiady czwartkowe

Zamiłowanie do bywania na salonach, kultury oraz kulinariów połączyła, organizując obiady czwartkowe. Zapraszała na nie przedstawicieli ówczesnej śmietanki towarzyskiej stolicy. Niejeden artysta, niezrażony rubasznością i bezpośredniością gospodyni, skuszony słynnymi ''garnuszkowymi flakami'', nalewkami czy wypiekami, które wychodziły spod rąk samej mistrzyni, pojawiał się punktualnie o godz. 14 w mieszkaniu przy ulicy Królewskiej 3. Podczas czwartkowych spotkań deklamowano wiersze, słuchano muzyki i prowadzono dysputy na różne tematy. ''W antresolowym apartamencie pani Lucyny na Królewskiej - donosiła ówczesna prasa - zgromadzają się w jours fixes przedstawiciele różnych sfer towarzyskich Warszawy i obok gry wistowej (gospodyni jest wielką amatorką szruby) prowadzą ożywioną gawędę, w której naturalnie prym wiedzie sama autorka () posiadająca rozległe stosunki i wszystkich znająca''.

Poza elitą na obiadach pojawiali się też inni goście. Pani Lucyna zapraszała bowiem carskich oficjeli różnej maści, w tym naczelników i zastępców naczelników Cytadeli i Pawiaka, narażając się tym na oburzenie opinii publicznej. Prawda o celach tych spotkań wyszła jednak na jaw dopiero po jej śmierci, w latach 20. XX wieku. Okazało się wówczas, iż Ćwierczakiewiczowa, serwując Moskalom swoje specjały, pozyskiwała informacje na temat losów osadzonych, załatwiała dla nich ulgi i przywileje oraz zgodę na przesyłanie więźniom przyrządzonych przez siebie obiadów. Ilekroć starała się uzyskać informacje na temat kolejnego osadzonego, informowała, że jest to jej biedny siostrzeniec, który dostał się do więzienia przez młodzieńczą głupotę, roztrzepanie czy brak roztropności. Przekupieni delicjami naczelnicy w podzięce służyli pomocą, nie podając w wątpliwość historii nakreślanych przez kucharkę. Raz tylko pewien urzędnik zapytał: ''Droga pani, to ilu pani ma tych siostrzeńców?''. Wątpliwości naczelnika szybko rozwiała paczka specjałów, wysłana do jego domu krótko po pamiętnym pytaniu.

Altruistka i patriotka

Bez wątpienia Ćwierczakiewiczowa była patriotką. Zaangażowana w działalność konspiracyjną należała do środowisk związanych z działaczką Wandą Umińską. Niekiedy jednak jej uczucia do ojczyzny były tak żarliwe, że stawały się obiektem kpin. Powszechnie znana była opowieść o tym, jak po kazaniu arcybiskupa Felińskiego, gdy kapłan zachęcał wiernych do lojalności wobec cara, podbiegła doń pani Lucyna i w emfazie wykrzyknęła: - Powolny sługo carski, arcybiskupie Feliński, w imieniu dobrych Polaków, co wyszli z katedry, w imieniu całego narodu polskiego, przeklinam ciebie, przeklinam do trzeciego pokolenia!

Zgodnie z inną anegdotą, opisywaną przez Elizę Orzeszkową w liście do znajomego, w 1863 r. Ćwierczakiewiczowa opiekowała się więźniami wysyłanymi na Syberię. Gdy jednemu z nich zabrakło ciepłego obuwia, pani Lucyna, niewiele się zastanawiając, wtargnęła do zatrzymanego na Krakowskim Przedmieściu powozu i ściągnęła buty z nóg zaskoczonego pasażera.

Wrażliwa na los drugiego człowieka pomagała, niczego nie oczekując w zamian. To mało znane oblicze herod-baba - jak określali ją niechętni jej ludzie - ukazywała, m.in. organizując obiady dla ubogich. Przyjmowała też na wychowanie sieroty i dzieci poszkodowane przez los; dawała im wykształcenie, ubranie i wyżywienie. Nie doczekawszy się własnych dzieci, zaadoptowała dziewczynkę. A w testamencie część majątku przeznaczyła na coroczne stypendia w wysokości 300 rubli z przeznaczeniem dla ubogich studentów.

Estetka i higienistka

Oprócz wspomnianego już promowania postępu technicznego Ćwierczakiewiczowa konsekwentnie krzewiła w społeczeństwie kult czystości i dbałość o higienę osobistą. A trzeba wiedzieć, że w jej epoce zarówno higiena osobista, jak i utrzymywanie porządku w najbliższym otoczeniu pozostawiały wiele do życzenia.

Niemal w każdej ''Kolędzie...'' pisała o konieczności gruntownego wietrzenia pomieszczeń, o częstych zmianach pościeli, trzepaniu pierzyn, sposobach czyszczenia mebli, praniu bielizny i usuwaniu pajęczyn z kątów mieszkania, podkreślając, iż działania te są niezbędne dla zachowania zdrowia.

Jedna z dziesiątek anegdot, których była bohaterką, opowiada, jak we właściwy sobie sposób wytykała nieporządek odwiedzanym przez siebie gospodyniom. Otóż gdy podczas wizyty u kogoś, nie zastawszy gospodyni, zauważała na meblach kurz, pisała na meblu palcem swe imię i nazwisko, zabraniając służącej to wycierać. Następnie pytała właścicielkę domu, czy widziała pozostawiony przez nią bilet wizytowy.

Prawda zawsze i wszędzie

Niestety, to właśnie owa bezpośredniość i niewyparzony język stały się przyczyną jej upadku. W 1898 r. w ''Kolędzie...'' na rok 1899 opublikowała liczący kilkadziesiąt stron wspomnieniowy tekst pt. ''Sylwetki moich panien do towarzystwa''. Artykuł zawierał charakterystykę ponad 30 dziewcząt, które po śmierci jej męża pojawiły się w jej domu jako panny do towarzystwa. Nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, iż całość napisana była w agresywnym tonie, a każda z panien została bezlitośnie wyszydzona. Ćwierczakiewiczowa bez ogródek, w niezmiernie kąśliwy sposób opisywała ułomności fizyczne dziewcząt, ich rzekomą głupotę, flejtuchostwo, niezgrabność, niektóre nawet posądzała o kradzieże. ''To jakaś wstrętna stara panna - pisała na przykład - tak głupia, że o niej nawet wspominać nie warto''. O innej wspominała, że miała ''wstrętnie brudną koszulę'', inna zaś ''sepleniła bardzo''. W zamierzeniu autorki ''Sylwetki '' miały być tekstem satyrycznym, w rzeczywistości stanowiły paszkwil.

Wybaczano Ćwierczakiewiczowej dziesiątki towarzyskich faux pas, spuszczano zasłonę milczenia na kolejne złośliwości, rubaszne żarty i niesmaczne wypowiedzi, ale po tej publikacji przez Warszawę przetoczyła się fala oburzenia. W prasie ukazały się artykuły zawierające ostrą krytykę autorki, publikowano listy oburzonych czytelników, a pisma satyryczne ze zdwojoną energią produkowały jej kolejne karykatury. Nikt nie stanął w jej obronie. Ona sama musiała mieć świadomość niestosowności swej publikacji, gdyż w odpowiedzi na czynione jej zarzuty napisała list, w którym przysięgała, że wszystko, co pisała o sylwetkach panien do towarzystwa, było ''najświętszą prawdą''.

Skandal odbił się na jej działalności. Wycofała się z życia publicznego. Zawiesiła wydawanie ''Kolędy...'', zrezygnowała ze współpracy z prasą. Zapomniana i odsunięta na drugi plan coraz rzadziej wychodziła z domu.

W 1901 r. zachorowała na zapalenie płuc i po dziesięciodniowej chorobie, 26 lutego 1901 r. zmarła.

Pochowano ją w grobie rodzinnym Bachmanów na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie (grób znajduje się w kwaterze E, w rzędzie nr 1, pod numerem 6 i do dziś odwiedzają go turyści). Zgodnie z jej ostatnią wolą pogrzeb był skromny: ''Żadnych wielkich kosztów pogrzebowych nie pozwalam ponosić: tyle jest biedy na świecie, więc uważam to za grzech''.

Ostatecznie, również za sprawą jej o ostatnich słów, w których prosiła o wybaczenie wszystkie zranione przez siebie osoby, zapomniano jej wybryk z 1898 r. W nekrologu zamieszczonym w ''Kurierze codziennym'' napisano: ''Ś.P. Ćwierczakiewiczowa, z natury trochę szorstka, w obejściu była jednak kobietą dobrego serca, toteż cieszyła się w szerszych kołach zasłużoną sympatią''.

Dodaj komentarz

Autor zablokował możliwość dodawania anonimowych komentarzy. Zaloguj się.

Autor wpisu zablokował możliwość dodawania anonimowych komentarzy. Aktywuj publiczny profil, aby móc komentować ten wpis.

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.