Ostatnio: 25.08.2016

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

PAMIĘTLIWY FUNES


Pamiętam go (nie mam prawa wymawiać tego wielkie-

go słowa; tylko jeden człowiek na ziemi miał do tego

prawo, ale ów człowiek już nie żyje) z ciemną piwonią

v/ ręku; widział ją tak, jak nie widział jej nikt inny, choć-

by patrzył na nią od świtu do zmierzchu, przez całe swo-

je życie. Pomiętam go: twarz milcząca, indiańska i szcze-

gólnie odległa za tlącym się papierosem. Pamiętam

(wydaje mi się) jego szczupłe dłonie wikliniarza. Pamię-

tam nie opodal tych rąk tykwę do yerby z wyrysowanym

godłem Urugwaju, pamiętam zawieszoną na oknie żółtą

matę z mglistym nadrzecznym pejzażem. Pamiętam wy-

raźnie jego głos; powolny, lekceważący i nosowy głos

dawnych gauczów, bez obecnych syczących dźwięków,

które przywieźli ze sobą Włosi. Widziałem go trzy razy;

ostatni raz w 1887 roku... Projekt napisania o nim wspól-

nej książki przez wszystkich tych, którzy go pamiętają,

wydaje mi się godny pochwały; moje świadectwo będzie

może najkrótsze i na pewno najskromniejsze; nie będzie

w nim jednak tej bezstronności, której spodziewam się po

waszej książce. Godny pożałowania fakt, że jestem Argen-

tyńczykiem, nie pozwoli mi na pochwalne pienia — gatu-

nek literacki obowiązujący w Urugwaju, kiedy temat jest

urugwajski. Pisarczyk, elegancik, ważniak z Buenos Aires;

Funes nie wymówił tych słów, ale wiem na pewno, że

byłem dla niego uosobieniem wszystkich tych okropności.

Pedro Leandro Ipuche napisał, że Funes był zwiastunem

nadludzi: „Dziewiczy, tubylczy Zaratustra"; nie przeczę,

ale nie trzeba zapominać, że był także chłopakiem z Fray

Bentos, co zakłada pewne nieuchronne ograniczenia.

Moje pierwsze wspomnienie o Funesie jest bardzo wy-

raźne. Widzę go o zmierzchu, w marcu albo lutym osiem-

dziesiątego czwartego roku. Owego lata ojciec wysłał

mnie na wakacje do Fray Bentos. Wracaliśmy właśnie

z moim kuzynem Bernardem Haedo z hacjendy San Fran-

cisco. Wracaliśmy konno śpiewając na głos i nie był to

mój jedyny powód do szczęścia. Po upalnym ciężkim dniu

ogromna burza koloru szkolnej tablicy zakryła całe niebo.

Podsycał ją południowy wiatr, drzewa już zaczynały sza-

leć; czułem lęk (nadzieję), że zaskoczy nas w otwartym

polu żywiołowy deszcz. Urządziliśmy coś w rodzaju wy-

ścigu z burzą. Wjechaliśmy na drogę zagłębiającą się w jar,

wysoko, po obu stronach, biegły dwie ścieżki. Pociemnia-

ło nagle; usłyszałem w górze szybkie i jak gdyby skrada-

jące się kroki; podniosłem oczy i zobaczyłem wyrostka,

który biegł po wąskiej i nierównej ścieżce, jak po wąskim

i nierównym murze. Pamiętam gauczowskie portki, płó-

cienne pantofle; pamiętam papierosa w ustach i grubo

ciosaną twarz na tle bezgranicznej już chmury. Bernardo

krzyknął niespodziewanie: „Ireneo, która godzina?" Nie

spojrzawszy na niebo, nie zatrzymując się, odparł: „Za

cztery minuty ósma, paniczu." Głos był ostry i lekko

kpiący.

Jestem tak roztargniony, że dialog, który przytoczyłem,

nie zwróciłby mojej uwagi, gdyby nie nacisk mojego ku-

zyna, którym powodował (wydaje mi się) pewien lokalny

patriotyzm i chęć okazania, że ani słowo panicz, ani ton,

jakim zostało powiedziane, nie obeszły go wcale. ' .

Powiedział mi, że chłopak ze ścieżki nazywa się Ireneo

Funes, że jest znany z różnych dziwactw, a między inny-

mi z tego, że nie przestaje z nikim i wie zawsze, która

jest dokładnie godzina, jak zegar. Dodał, że jest synem

praczki Marii Klementyny Funes oraz że powiadają nie-

którzy, iż jego ojcem był miejscowy weterynarz, jakiś

Anglik O'Connor; a inni, że był to pewien gauczo z dys-

tryktu Salto, trudniący się ujeżdżaniem koni. Funes miesz-

kał z matką, nieco w bok od posiadłości Lopezów.

W roku osiemdziesiątym piątym i szóstym spędzałem

wakacje w Montevideo. W osiemdziesiątym siódmym wró-

ciłem do Fray Bentos. Zapytałem oczywiście o wszystkich

znajomych i w końcu także o „chronometry eznego Fune-

sa". Powiedziano mi, że zrzucił go nieujeżdżony koń i że

jest sparaliżowany. Pamiętam niepokojące wrażenie magii,

jakie wywarła na mnie ta wiadomość: jedyny raz, kiedy go

widziałem, wracaliśmy konno z San Francisco, a on szedł

wysoką ścieżką; jego wypadek z koniem, opowiedziany mi

przez mojego kuzyna Bernarda, był podobny do snu zbu-

dowanego z wcześniejszych elementów. Powiedziano mi,

że nie rusza się z łóżka i patrzy bez końca na figowiec

rosnący w ogrodzie albo na pajęczynę. Wieczorami pozwa-

lał przenosić się do okna. Jego duma była tak wielka, że

udawał, iż wypadek jest dla niego dobrodziejstwem losu...

Dwa razy widziałem gó za okienną kratą, która podkreś-

lała jego dolę wiecznego więźnia: pierwszy raz siedział

nieruchomo, z zamkniętymi oczami; drugi raz widziałem

go także nieruchomo pogrążonego w kontemplacji kiści ga-

łązek wonnego cytwaru.

Nie bez pewnej chełpliwości zacząłem wtedy metodycz-

ną naukę łaciny. Moja walizka zawierała między innymi:

De viris illustrious Lhomonda, Thesaurus Quicherata, Ko-

mentarze Juliusza Cezara i pojedynczy tom Naturalis his-

toria Pliniusza, który przewyższał (i przewyższa do dziś)

moją skromną znajomość łaciny. W niedużej wiosce wszys-

cy wiedzą o wszystkim; Ireneo, w swojej chacie na krań-

cu wioski, w niedługim czasie zwiedział się o przybyciu

tych niezwyczajnych książek. Napisał do mnie kwiecisty,

ceremonialny list, w którym wspominał o naszym prze-

lotnym niestety spotkaniu „dnia siódmego lutego osiem-

dziesiątego czwartego roku", wychwalał „wspaniałe zasłu-

gi", które don Gregorio Haedo, mój wuj, zmarły tego sa-

mego roku, „położył dla obu krajów w bohaterskiej bit-

wie pod Ituzaingó", i prosił o pożyczenie mu którejkol-

wiek książki wraz ze słownikiem „dla dobrego zrozumie-

nia tekstu, gdyż nie znam jeszcze łaciny". Przyrzekał

zwrócić mi je w dobrym stanie, w ciągu kilku dni. Cha-

rakter pisma był bez zarzutu; litery ostre, wydłużone; pi-

sownia... nieco uproszczona. Z początku przypuszczałem

oczywiście, że to kawał. Moi kuzyni zapewniali jednak,

że nie, że takie są już jego dziwactwa. Nie wiedziałem,

czy przypisać tupetowi, niewiedzy czy głupocie pomysł,

że żmudna łacina nie wymaga innego narzędzia jak słow-

nik; żeby go zupełnie rozczarować, posłałem mu Gradus

ad Parnassum Quicherata i dzieło Pliniusza.

Czternastego lutego dostałem depeszę z Buenos Aires,

żebym natychmiast wracał, gdyż mój ojciec jest „niebez-

piecznie chory". Niech mi Bóg wybaczy, ale prestiż, który

zyskałem jako adresat poleconej depeszy, pragnienie roz-

głoszenia w całym Fray Bentos niepokojącej wiadomości,

pokusa, aby udramatycznić mój ból udając męski stoicyzm,

zajęły mnie tak, że bólu nie zaznałem. Kiedy pakowałem

rzeczy do walizki, zauważyłem brak Parnasu i pierwszego

tomu Pliniusza. „Saturno" odpływał nazajutrz rano; wie-

czorem, po kolacji, udałem się do domu Funesa. Zdziwiło

mnie — pamiętam — że noc była tak samo upalna jak

dzień.

W czystym, przyzwoitym domku przyjęła mnie matka

Funesa.

Powiedziała mi, że Ireneo jest w pokoju od podwórka

i żebym się nie dziwił ciemnościom, bo Ireneo ma taki

zwyczaj, że spędza wieczorne godziny nie zapalając nawet

świecy. Przeszedłem wykładane płaskimi kamieniami pa-

tio, potem korytarz; dostałem się na drugie patio. Był tam

szpaler z winorośli; ciemność wydała mi się prawie zupeł-

na. Usłyszałem nagle ostry, kpiący głos Irenea. Głos mó-

wił po łacinie; głos (który docierał z ciemności) wymawiał

z leniwą rozkoszą słowa jakiejś mowy, modlitwy albo za-

klęcia. Rzymskie zgłoski dźwięczały nad klepiskiem pod-

wórza; odurzony nagłym lękiem myślałem, że są one nie

do odcyfrowania, nieskończone; później, w czasie długiej

rozmowy, która miała miejsce owej nocy, dowiedziałem

się, że była to pierwsza część dwudziestego czwartego roz-

działu siódmej księgi Naturalis historia. Tematem owego

rozdziału jest pamięć; ostatnie słowa brzmiały: ut nihil

non iisdem verbis redderetur auditura.

Nie zmieniając głosu Ireneo poprosił, żebym wszedł.

Siedział na łóżku ćmiąc papierosa. O ile sobie przypomi-

nam, nie zobaczyłem jego twarzy aż do świtu, zdaje mi

się natomiast, że pamiętam chwilowe żarzenie się papie-

rosa. W pokoju był niejasny zapach wilgoci. Usiadłem;

powtórzyłem historię depeszy i choroby mojego ojca.

Dochodzę teraz do najtrudniejszej części mojej relacji.

Jej tematem (dobrze, by czytelnik wiedział o tym już te-

raz) jest jedynie ów dialog sprzed pół wieku. Nie będę się

starał odtwarzać jego słów, teraz już nie do odzyskania;

zadanie takie zresztą byłoby niewykonalne. Wolę streścić,

nie odbiegając od prawdy, liczne rzeczy powiedziane mi

przez Funesa. Mowa zależna jest chwytem słabym i nie-

jasnym; wiem, że siła oddziaływania mojej relacji będzie

przez to zmniejszona; niech moi czytelnicy wyobrażą sobie

urywane zdania, które przytłoczyły mnie owej nocy.

Ireneo zaczął od wyliczenia, po łacinie i po hiszpańsku,

wszystkich wypadków nadzwyczajnej pamięci zanotowa-

nych w Naturalis historia: Cyrus, król Persów, który zwra-

cał się po imieniu do każdego z żołnierzy swoich armii;

Mitrydates Eupator, który sprawował rządy w 22 językach

swojego imperium; Symonides, wynalazca mnemotechniki;

Metrodor, który praktykował sztukę wiernego powtarza-

nia rzeczy słyszanych jeden tylko raz. Dziwił się, w naj-

lepszej wierze, że podobne wypadki mogły być uważane

za nadzwyczajne. Powiedział mi, że przed owym deszczo-

wym wieczorem, kiedy powalił go koń, był taki sam jak

wszyscy ludzie: ślepy, głuchy, gapiowaty, zapominalski.

(Usiłowałem mu przypomnieć jego dokładne postrzega-

nie czasu, jego świetną pamięć do nazwisk, nie słuchał

mnie jednak.) Dziewiętnaście lat żył jak gdyby we śnie:

patrzył nie widząc, słuchał nie słysząc, zapominał wszyst-

ko, prawie wszystko. Przy upadku stracił świadomość;

kiedy odzyskał ją, teraźniejszość stała się prawie nie do

zniesienia przez swoje bogactwo i swoją wyrazistość,

a także przez obecność najdawniejszych nawet i najbar-

dziej banalnych wspomnień. Dowiedział się potem, że zo-

stał inwalidą. Fakt ten nie poruszył go prawie wcale. Po-

myślał (wyczuł), że unieruchomienie było minimalną ce-

ną. Teraz jego postrzeganie i jego pamięć były nieomylne.

My jednym rzutem oka potrafimy spostrzec na stole trzy

szklanki; Funes — wszystkie gałązki i grona, i liście, któ-

re składają się na cały szpaler winorośli. Znał kształty

południowych chmur o świcie dnia trzydziestego kwietnia

tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego roku i mógł po-

równać je ze wspomnieniem żyłek na okładce książki,

którą widział raz tylko, i z kształtem spienionych fal, któ-

re wzbudziło wiosło na rzece Río Negro w przeddzień

bitwy pod Quebracho. Nie były to wspomnienia proste;

każdy obraz wzrokowy był związany z wrażeniami mięś-

niowymi, termicznymi itd. Mógł odtworzyć wszystkie sny,

wszystkie półsny. Dwa albo trzy razy odtworzył cały je-

den dzień; nie zaistniała ani jedna wątpliwość, ale każde

odtworzenie wymagało całego dnia. Powiedział mi: ,,Ja

sam mam więcej wspomnień, niż mieli wszyscy ludzie jak

świat światem." A także: ,,W moich snach widzę rzeczy

dużo lepiej niż wy na jawie."A także, przed samym świ-

tem: „Moja pamięć, panie Borges, jest jak ogromny śmiet-

nik." Okrąg narysowany na tablicy, trójkąt prostokątny,

romb są kształtami, które możemy postrzec bez reszty;

Ireneo w podobny sposób postrzegał rozwianą grzywę ko-

nia, stada owiec na zboczu góry, zmienne płomienie ognis-

ka, niezliczony popiół, wiele twarzy nieboszczyka podczas

długiego czuwania. Nie wiem, ile gwiazd widział na niebie.

Powiedział mi wiele rzeczy; ani wtedy, ani później nie

wątpiłem w ich prawdziwość. W owych czasach nie było

ani aparatów filmowych, ani fonografu; trudno mi jednak

uwierzyć, że nikt nie starał się zrobić z nim jakiegoś eks-

perymentu. Co prawda każdy z nas odkłada na później

wszystko, co tylko może być odłożone; być może w głębi

duszy jesteśmy pewni naszej nieśmiertelności, a także

i tego, że wcześniej czy później każdy człowiek zrobi

wszystko i wszystko będzie wiedział.

Głos Funesa mówił do mnie dalej z ciemności.

Powiedział mi, że około roku 1886 wynalazł oryginalny

system numeracji; w ciągu niewielu dni przekroczył dwa-

dzieścia cztery tysiące. Nie zapisywał tego, gdyż rzecz po-

myślana jeden jedyny raz była już nie do zatarcia. Zdaje

się, że pierwszym bodźcem było niezadowolenie ze zwro-

tu: „Trzydziestu Trzech Walecznych", który wymaga

trzech słów lub dwóch znaków zamiast jednego słowa lub

znaku. Zastosował później tę szaloną. metodę do innych

liczb. Zamiast siedem tysięcy trzynaście, mówił (na przy-

kład) Maksymilian Perez; zamiast siedem tysięcy czter-

naście —■ kolej; inne liczby nazywały się: Ludwik Lafinur,

siarka, trefl, wieloryb, ognisko, kocioł, Napoleon. Zamiast

pięćset, mówił dziewięć. Każdemu słowu odpowiadał spec-

jalny znak, coś w rodzaju nieodłącznego piętna; niektóre

były bardzo skomplikowane... Usiłowałem wytłumaczyć

mu, że ta rapsodia słów bez związku jest zupełnym prze-

ciwieństwem systemu liczenia. Powiedziałem, że mówiąc:

365, stwierdzamy istnienie trzech setek, sześciu dziesiątek

i pięciu jedności; analizy takiej nie da się przeprowadzić

na „liczbach": Czarny Tymoteusz czy sztuka mięsa. Funes

nie zrozumiał mnie albo nie chciał zrozumieć.

Locke, w XVII wieku, przypuścił dla eksperymentu

(i odrzucił potem) istnienie nieprawdopodobnego języka,

w którym każdy przedmiot jednostkowy, każdy kamień,

każdy ptak i każda gałąź miałyby swoją oddzielną nazwę;

Funes zaprojektował kiedyś podobny język; odrzucił jed-

nak ten pomysł, gdyż wydał mu się zbyt ogólnikowy

i wieloznaczny. I rzeczywiście — Funes pamiętał nie tylko

każdy liść każdego drzewa w każdym znanym mu lesie,

ale pamiętał także osobno wszystkie razy, kiedy go oglą-

dał albo go sobie wyobrażał. Postanowił kiedyś ograniczyć

każdy dzień swojej przeszłości do siedemdziesięciu tysięcy

wspomnień, które chciał jednocześnie ponumerować. Dwie

rzeczy odwiodły go od tego zamiaru: świadomość, żę dzieło

takie byłoby nieskończone; świadomość, że byłoby darem-

ne. Pomyślał, że do chwili swojej śmierci nie zdołałby na-

wet sklasyfikować wszystkich wspomnień dzieciństwa.

Oba projekty, które wymieniłem (nieskończony słownik

dla serii liczb naturalnych, zbyteczny katalog wszystkich

obrazów pamięci), są niedorzeczne, ale świadczą o pewnej

prostodusznej wielkości. Pozwalają nam domyślić się,

wczuć się w zawrotny świat Funesa. Nie zapominajmy, że

był on niemal niezdolny do tworzenia idei ogólnych, pla-

tońskich. Nie tylko trudno było mu zrozumieć fakt, że

pojęcie „pies" może obejmować tyle różnych jednostek

różnej wielkości i różnego kształtu; ale niepokoiło go tak-

że i to; że pies widziany o godzinie trzeciej czternaście

(z profilu) może posiadać tę samą nazwę co tenże pies

widziany o trzeciej piętnaście (en face). Jego własna

twarz w lustrze, jego własne ręce zadziwiały go za każ-

dym razem. Opowiada nam Swift, że król Liliputów roz-

poznawał ruch wskazówki minutowej; Funes rozpoznawał

bez ustanku spokojne postępy starzenia się, rozkładu, zmę-

czenia. Postrzegał narastanie śmierci, wilgoci. Był samot-

nym i trzeźwym widzem wielokształtnego, migawkowego

i nieznośnie precyzyjnego świata. Babilon, Londyn i No-

wy Jork przygniotły swoim przerażającym przepychem

wyobraźnię ludzką; nikt jednak, ani w ich gęsto zalud-

nionych wieżach, ani na rozpędzonych ulicach, nie czuł

gorąca i ciśnienia rzeczywistości tak niezmordowanej jak

ta, która dzień i noc zwalała się na nieszczęsnego Fune-

sa w jego biednej południowoamerykańskiej wiosce. Za-

sypianie przychodziło mu z trudnością. Sen jest oderwa-

niem się od świata; Ireneo na wpół leżąc na łóżku, w

ciemności, wyobrażał sobie każdą szparkę i każdy szcze-

gół otaczających go domów. (Powtarzam, że najmniej

ważne z jego wspomnień było bardziej precyzyjne i żyw-

sze niż nasze odczucie największej radości ciała lub naj-

większej spośród jego tortur.) Na wschód, na jałowej

pampie, było kilka nowych, nie znanych mu domów.

Funes wyobrażał sobie, że są czarne, jednolite, zrobio-

ne z bezkształtnej ciemności; kiedy chciał zasnąć, obra-

cał twarz w owym kierunku. Czasami wyobrażał so-

bie, że jest na dnie rzeki, kołysany i unicestwiany przez

nurt.

Nauczył się bez wysiłku angielskiego, francuskiego,

portugalskiego i łaciny. Podejrzewam jednak, że nie

umiał myśleć. Myśleć, to zapominać o różnicach; uogól-

niać, tworzyć abstrakcje. W przeładowanym świecie Fu-

nesa były tylko szczegóły, prawie bezpośrednie.

Trwożliwa jasność brzasku zaczęła wchodzić z patio

do pokoju.

Ujrzałem wówczas twarz należącą do głosu, który mo-

tt

wił do mnie przez całą noc. Ireneo miał dziewiętnaście

lat; urodził się w 1868 roku, wydał mi się podobny do

posągu z brązu, starszy niż Egipt, dawniejszy niż pro-

roctwa i piramidy. Pomyślałem, że każde moje słowo

(i każdy mój gest) będzie trwało w jego bezlitosnej pa-

mięci; onieśmielił mnie lęk pomnażania niepotrzebnych

gestów.

Ireneo Funes zmarł w 1889 roku na zapalenie płuc.

1942

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.