Ostatnio: 19.10.2017

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Przepraszam za chaos w wypowiedziach :) Przepraszam, jeśli pomylę daty.

Umieszczone zdjęcia nie są mojego autorstwa, przepraszam autorów ;) mogę je usunąć, bądź dodać podpis kto je wykonał.

_______________________________________________________

Moje mieszkanie znajduje się w prawobrzeżnym Sandomierzu na osiedlu przy hucie szkła okiennego. Ważnym w całej opowieści elementem jest jego położenie. Ze wszystkich stron otaczają je wały przeciwpowodziowe – jeden główny, i drugi stary po austriacki.

83200eeb80

(Na zdjęciu widać bloki, wał tak jakby "górny" na zdjęciu, to ten po austriacki, dolny, to wał widniejący w rejestrze)

Świadomość o zagrożeniu dotarła do mnie w nocy z dnia 18 na 19 maja, kiedy na krótko przed 2 w nocy obudził mnie telefon od rodziców.

„Synu nie wiemy co robić, policja jeździ po ulicach i ogłasza ewakuację, pół osiedla w ruchu, co ratować?” .



Rodzice zapakowali do auta dokumenty, kilka ubrań, psa i pieniądze. Pamiętam, że przepłakałem wtedy całą noc, bojąc się o to co może nastąpić.

Ojciec z Matką uciekli na drugi brzeg. Matka z nerwów wylądowała na pogotowiu.

O świcie nastąpiło przelanie i rozmycie wału w Koćmierzowie, tuż przy zbiegu wałów okalających moje osiedle:



Ojciec wrócił na głupiego jeszcze na osiedle, i zabrał sprzęt potrzebny do wykonywania jego pracy.

Na drugi dzień kiedy rozeznał się w sytuacji (głupio mi, bo przez pierwszy dzień odwodziłem go od myśli powrotu, bo ma już 52 lata) i wrócił na osiedle pomagać w akcji.

Tego samego dnia i ja, pomimo zajęć na uczelni ruszyłem stopem do Sandomierza wziąłem jedynie pieniądze. W połowie drogi dowiedziałem się, że wejście na osiedle jest zamknięte, co też potwierdziłem w sztabie kryzysowym.

Gdy byłem już 40 km przed miastem, zaczęła się okropna ulewa. Musieliśmy zwolnić do 30 km/h bo nic nie było widać. Kierowca podwiózł mnie niemalże pod sam most.

Przede mną było pół kilometra do wielkiej wody i niespełna 2 kilometry do osiedla, deszcz nadal lał niemiłosiernie.

Kiedy minąłem lekkie wzniesienie na moście, i zobaczyłem zalany teren zacząłem płakać, było to nie do powstrzymania.

Pamiętam... wielka woda... policja, straż... masa bezdomnych psów.

Podchodzę do policjanta, pokazuję mu mój dowód, tłumaczę, że muszę tam iść, bo chcę pracować.

Doszedłem na osiedle, byłem już totalnie mokry. W momencie kiedy spotkałem rodziców przestało padać (zgodnie z moją moim kulawym szczęściem). Zdziwieniem było dla mnie, że Matka również jest - miała przepuklinę kręgosłupa.

Poszedłem z rodzicielką do domu, po drodze zaczęła opowiadać jak wyglądały pierwsze dni...

Po przerwaniu wału i oblaniu osiedla z obu stron, ludzie ruszyli na wały. Służby mundurowe nakazały opuścić teren, ale pod groźbą ludu wycofały się. Na początku walczyli sami.

Sami zorganizowali koparkę, worki, początkowo do worków pakowali ziemię z pobliskiej budowy. Po jakimś czasie huta szkła dała dostęp do piasku, który jest wykorzystywany przy produkcji.

Zorganizowali palety, wózki widłowe, sipy. Po jakimś czasie również osoby prywatne zorganizowały wywrotkę.

Matka opowiedziała mi również o chłopaku, który pracował na ładowarce - już 2 dzień bez snu (non stop kierując, jakieś 30-34 godziny).

Przebrałem się, i ruszyłem na wał, po drodze wykonując kilka telefonów do szefa sztabu kryzysowego (byłem jedną z nielicznych osób które miały numer, i które w ogóle miały naładowany telefon - na osiedlu nie było prądu).

Dzień w którym przybyłem był jednym z najgorszych, wierzcie lub nie - wody było w pewnym momencie wyżej niż ma ten po austriacki wał. Układaliśmy dodatkowe worki. W pewnym momencie przestałem wierzyć w sens całej akcji.

Jedną z rzeczy które można było zauważyć, to brak koordynatora z zewnątrz który przekazywał by informacje do sztabu. Czasem pojawiali się urzędnicy - W KRAWATACH!! Którzy oglądnęli i poszli. Na miejscu był jedynie prezes osiedla - członek rady miasta.

Pierwszego dnia pracowałem 18 godzin bez dłuższej przerwy (przerwy były tylko po to, żeby wziąć wodę, i zjeść kanapkę. Wstręt do Piwniczanki mam do tej pory! xD)

Ludzi którzy pracowali podobnie jak ja, była cała masa.

Wszystkie z 4 dni pracy zlały mi się w całość. Pamiętam pomoc ze strony kiboli, OSP, na rozmywanym złączeniu wałów pracowały służby mundurowe (straż pożarna, wojsko), w pamięci utkwiła mi też mega zabawna sytuacja:

Przy jednym z domów obok wałów był okropny syf na podwórku, i woda szukała tam ujścia (wały przemakały na wskroś, i woda drążyła tam, gdzie nie było darni, oraz przy korzeniach drzew).

W pewnym momencie zaczęło się tam robić dość gorąco. Aby akcja szła lepiej, musieliśmy rozebrać drewniany płot, był jeden dość rosły jegomość, który na polecenie rozebrania płotu zareagował żywiołowo, i rzucił się na niego z nogą. Kopniakiem złamał go na pół, i ukręcał przy mocowaniu. Jego działania były iście komiczne, i równie co śmieszne - skuteczne. Ustawialiśmy się w "wężyki" po 8-10 osób, i układaliśmy worki. W moim wężyku był ów jegomość, który widząc, że ktoś już wątpi w sens krzyczał "oglądałeś 300? oglądałeś 300? TO JEST SPARTAA!" śmiał się w głos i motywował do pracy. W momencie kiedy uzmysłowiliśmy sobie że chata jest drewniana, i woda może drążyć gdzieś w środku domu (który stał b. blisko wału) znalazł proste rozwiązanie jak to sprawdzić. Dwie osoby poszły grzebać przy drzwiach, żeby je otworzyć, kiedy w/w kolega dowiedział się, że trzeba zajrzeć do domu, wziął worek, rzucił nim w okno wybijając szybę, włożył głowę do środka, wyciągnął i z uśmiechem wyrażającym radość której jeszcze nigdy nie spotkałem krzyknął z satysfakcją "suchutko".

Pamiętam też niesamowite poparzenia od słońca które dotykały chłopaków pracujących bez koszulek. Pamiętam jak jednemu z nich aż zaczęły pękać bąble i z jednego miejsca lekko ciekła krew. Zorientował się dopiero gdy zwróciłem mu uwagę.

Pamiętam też robotę na naszym piekiełku (rozmywane złączenie wałów) które pod koniec pierwszej powodzi wyglądało.... przerażająco.

Praca byłą o tyle ciężka, że do miejsca z którego można było odebrać worki było około kilometra, a zapotrzebowanie było cholerne.

p5230309



p5230306



p5230301



Podczas pierwszej powodzi spałem u ciotki na pierwszym piętrze, z racji tego, że wszystko starała się ułożyć jak najwyżej, i dużo rzeczy leżało na łóżku, musiałem spać na ziemi. A z racji tego, że pokoje małe, a ja długi, to spałem z głową w szafce, co rozbawiło moją rodzicielkę która przyszła do mnie sprawdzić czy żyję.

Spałem od 2 do 4 godzin po każdych 18-20 godzinach pracy (rekord wtedy było 26, ale tylko dlatego, że udawało mi się często usiąść)

Na pomoc podczas drugiej powodzi przybyłem na Boże Ciało. Pamiętam mszę która odbyła się w kinie na terenie osiedla.

Sytuacja podczas drugiej powodzi była już lepsza, na osiedlu mieliśmy prąd, ciotka zostawiła porządek na łóżku!

Ale o tym co się działo to napiszę może dopiero jak artykuł się przyjmie :)

(zagadkowe pobicie Tuska na wałach, jego dwukrotna wizyta, zachowanie straży która niszczyła wały, praca płetwonurków)

Ogólnie powódź mimo, że to traumatyczne przeżycie to.... momentami miło wspominam, pamiętam tę jedność, ten zapał. Można było naprawdę poznać kto jest kim.

Temat jest dość rozległy, i jest o czym opowiadać, jednak nie sposób tego ogarnąć :) jeżeli coś kogoś interesuje, to proszę pytać :)

Jak wyżej napisałem, jeżeli spotkam się z zainteresowaniem, to rozwinę wątek drugiej powodzi.

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.