Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

NR 224 - MOJE FAJANSOWE CIEKAWOSTKI czyli DESKI EUROPY (z GŻELA, DANII, NIEMIEC, HOLANDII, ANGLII i z POLSKI - m.in. z BOLESŁAWCA)

Przypominam wszystkim, że wademekum na temat desek z Włocławka znajdziecie w gazetce nr 77.

Dziś napiszę tylko swoiste uzupełnienie o wyjątkach, ciekawostkach z tej dziedziny.

Bliższa koszula ciału, więc zacznę oczywiście od POLSKI. Gdzie malowano deski? A może rozszerzę pytanie: gdzie wyrabiano deski? Jako pierwszy wymienię WŁOCŁAWEK, potem KOŁO, ĆMIELÓW, PRUSZKÓW... Historycznie podchodząc do tematu powiem Wam, że już w 1913 roku pewien pasjonat wydał katalog fajansu

z pięćdziesięciu wytwórni. Nie będę oczywiście ich wszystkich wymieniać.

Zaglądamy teraz do Falbowa. Moja NAJSTARSZA deska. A przy okazji pierwsza o wartości trzycyfrowej.

Tak, tak, to prawda, rzadsze deski kosztują kilkaset złotych za sztukę. Moja została wycofana z licytacji u Pana Romana w Łodzi "po znajomości" . Nie wiadomo jaką cenę osiągnęłaby na końcu. Zapłaciłam tylko cenę startową z jedynką z przodu. Czy myślicie, że to deska z Włocławka? Nie, nie jest. Dlaczego ją więc kupiłam? Otóż jednymi ze współwłaścicieli fabryki fajansu we Włocławku byli od 1882 roku Jakub Teichfeld i Ludwik Asterblum. Znali już ten asortyment, bo dziesięć lat wcześniej założyli fabrykę w Pruszkowie pod Warszawą. Zwracam Wam na to uwagę, że to Pruszków przez U zwykłe. Nie zdziwcie się spotykając czasem informacje o ceramice z Prószkowa przez Ó kreskowane, bo taka wytwórnia również istniała i to już w XVIII wieku na Śląsku.

Wróćmy jednak do Jakuba Teichfelda. Jak wiecie lubię czasem przyjrzeć się ludziom o których wspominam

w blogu. W internecie znalazłam niewiele. Jakub Teichfeld to człowiek, który zmienił wiele w historii ceramiki i dwóch miast: Pruszkowa oraz Włocławka. Jakub był również właścicielem jednej z fabryk fajansu w Kole. Ponoć właśnie stamtąd do Pruszkowa przyjechał i to od razu z grupą pracowników. Jednak Jakub bardzo był związany z Pruszkowem. Z czasem dużo zrobił dla społeczności żydowskiej tego miasta. Wielu z nich znalazło zatrudnienie u Jakuba. W założonej z rozmachem fabryce w Pruszkowie pracowało 120 osób, a potem nawet już 200. Wspólnie z najbogatszym Żydem zakupił grunty pod cmentarz i synagogę. Swoją rezydencję wybudował na przełomie wieków w Pruszkowie u zbiegu ulic Prusa i Armii Krajowej. Budynek nosi nazwę PAŁACYK PORCELITU. Jakiś czas służył jako szpital, szkoła, siedziba Państwowego Instytutu Szkła i Ceramiki, a później jako biurowiec pruszkowskich zakładów Porcelitu. Zakłady ogłosiły upadłość w 2001 roku i od tego czasu pałacyk popada w ruinę. Fabryka przetrwała ponad sto lat. Z początku Jakub Teichfeld produkował głównie fajans stołowy. Dekoracje z XIX wieku to głównie malatury i stempelki. Stosował grubą warstwę szkliwa. W okresie międzywojennym w fabryce produkowano ceramikę techniczną i kafle. Po wojnie zakłady przejęło państwo. Dziesięć lat później rozbudowano je i przez lata produkowano wyroby z porcelitu. Bardzo je lubię. Można je zdobyć na allegro: talerze, wazony... No to już chyba domyślacie się, że kupiłam deskę właśnie z fabryki w Pruszkowie. Sama jestem od dziesięciu lat również zwiazana z tym miastem, stąd miałam dodatkowy argument do rozważenia.

Na poniższej składance zobaczycie wszystko o czym wspominałam wyżej:

- Talerze, które przez lata królowały w naszym domu.

- Wazon, który kiedyś uważałam za monstrualny, a który ma zaledwie 40 cm wysokości.

- Rezydencja Jakuba Teichfelda w Pruszkowie

- Sygnatury stosowane w fabryce fajansu w Pruszkowie za czasów jej założyciela.





Dotychczas nie wspomniałam w blogu o popularnej pod koniec XIX wieku przemysłowej metodzie zdobienia.

To kalkomanie. Drukowano je farbami naszkliwnymi na papierze, a potem powlekano błoną nośną. Wszyscy znamy kalkomanie, bo w XX wieku były popularnym sposobem zdobienia w domach wszystkiego, choćby kafli na piecach. Dopiero później wyparły je naklejki. Jakie były te pierwsze kalkomanie na wyrobach u Jakuba Teichfelda? To były małe gęste bukieciki z drobnych kwiatków rozrzucone po całej powierzchni naczyń. Kwiatki wyglądały realnie jak na zdjęciu. To może Was zdziwi, ale wszystkie fabryki w Europie stosowały identyczne kalki. To proste – producenci kalki ceramicznej mieli swoje fabryki w Niemczech i w Anglii. Prawie nie zdarzały się kalki produkowane indywidualnie przez wytwórnie. W Polsce używano tych niemieckich.

Pora pokazać Wam moją zdobycz. Może nie jest zbyt wypasiona, ale swoje lata ma i jak widzicie było co o jej historii opowiadać. Kto uważnie się przyjrzy to zauważy, że mamy do czynienia z motywem jeżynowym, ale nie zabrakło na tej desce również romantycznej scenki, w której kawaler zaprasza panienkę na przejażdżkę łodzią.

Sama deska jest dużo większa od wszystkich, które posiadam. Ma 20 cm szerokości i 29 cm wysokości. Jest sygnowana. Taką sygnaturę stosowano w latach 1872-1903.





No to może teraz DESKI z BOLESŁAWCA. W sumie to przecież nadal seria gazetek o fajansie z tego miasta. Niech więc idą przodem.

Deski z Bolesławca bardzo różnią się od włocławskich. Pierwszą ich wadą, poza ceną, jest grubość. Przedmiot

z fajansu, który ma 5,5 mm grubości trzymam dwoma rękami jakby był z piany i od razu wieszam. Te większe mają już 9 mm, ale wrażenie kruchości nie zmienia się, bo to deski bardzo duże. Największe mają nawet 45 cm długości. Sprawdziłam dla porządku moje ukochane deski z Włocławka. Oscylują wokół 1 cm, ale to grubość adekwatna do wielkości. Wydają się masywne i spokojnie ich używam. Te z Bolesławca według mnie mogą być tylko dekoracyjne.

O ile naliczyłam mniej więcej tyle samo kształtów w Bolesłacu i we Włocławku, to generalnie w Bolesławcu są one jakby tylko dwa: owalne i prostokątne. Różnią się wielkością lub kształtem samej zawieszki. Jest tylko jedna deska, której kształt jest ciekawy. Niestety, nie sfotografowałam jej osobno. To świnka.

Ponieważ w tym roku interesowały mnie wyłącznie deski, to postanowiłam jedną kupić. Ostatecznie kupiłam dwie. Jedną dużą, okrągłą, a drugą najmniejszą jaką mieli. Same moje zakupy zobaczycie później, a teraz zobaczcie ofertę w sklepie.








Tu na dole wspomniane już świnki.





A tu nietypowo malowana deska kolorowa.





Krótko rozprawiłam się z Bolesławcem, żeby teraz porozkoszować się dłużej moim ukochanym Włocławkiem. Poniższe zdjęcie zrobiłam w kuchni. Wokół witrynek wieszam różności. Nie tylko z Włocławka. Mamy tu reprezentantów czterech producentów z trzech krajów. Większość z tych desek opiszę niżej w gazetce.

Będą migały na innych zdjęciach. Niektóre już znacie. Duża, okrągła deska z granatowym brzegiem i uchem to mój zakup w Bolesławcu.





Zacznijmy od deski, która nie należy do mnie. W prawym górnym rogu możecie zobaczyć deskę z Włocławka

z dużym napisem. Zdobył ją nasz znajomy PRAWDZIWY KOLEKCJONER. Ja jeszcze nie miałam okazji...

Na tej składance tylko tytułem przypomnienia zamieszczam najmniejsze deski z Włocławka. Wszystkie są sygnowane. Są nie tylko małe, ale też w konsekwencji cieńsze. Typowa deska z Włocławka ma 16,5 cm średnicy. Spotyka się również deski duże – 20 cm. Te, które widzicie mają odpowiednio 14 cm, 9 cm i 4 cm. Owalna na 8 x 3,5 cm. To są praktycznie kolekcjonerskie białe kruki. Może niekoniecznie w sensie wartości,

ale rzadkości.





Teraz deski unikatowe. Trudno aż uwierzyć w ich istnienie. Lewa deska należy do PRAWDZIWEGO KOLEKCJONERA, a druga do mnie. Tak "zadecydował " sam Król :-) Ta "nie moja", o ile dobrze pamiętam,

to lata sześćdziesiąte. Jak widzicie nie ma na niej malowideł. To kalkomania. Krasnal tak mnie zaskoczył,

że nie mogłam uwierzyć w jej włocławskie pochodzenie. A jednak sygnatura to potwierdza!

Co do drugiej, to nic tu nie jest tak oczywiste. Brakuje sygnatury. Podejrzany jest również jej rozmiar. Ma 15 cm średnicy, a zatem Włocławek nie jest pewny. Poprosiłam Pana Tadeusza Wichrowskiego o konsultacje. Zaprzeczył, żeby mogła pochodzić z II połowy XX wieku. Prędzej to wyrób międzywojenny.





Na chwilę odejdziemy od desek "deskokształtnych". Jeszcze raz pokażę Wam olbrzymie świeczniko-deski. Owszem, to nie są deski do krojenia, ale desko-świeczniki uważam również za deski. Mają pół metra wysokości. To był pierwszy fajans luksusowy, z wyższej półki, który postanowiłam kupić niezależnie od jego ceny. Uznałam, że jako kolekcjoner desek muszę taką też mieć. Na szczęście poszukiwałam jej niezbyt długo. Obydwie zdobył PRAWDZIWY KOLEKCJONER, ale tą, która jest po lewej, przekazał do Falbowa, bo również uważał, że wypada, aby kolekcjonerka desek miała taki rarytas. Obok widzicie zwykłe deski. Możecie porównać sobie ich rozmiary.





I ostatnie deski z Włocławka. Znacie je dobrze, ale w tej gazetce muszą się pojawić ponownie. Grubość i wielkość są normalne, ale ich malowanie już nie. Nie znamy autora portretu. Ta deska jest tak zaskakująca,

że dawno temu postanowiłam jej nie kupować i trwałam w uporze chyba ze dwa lata. Przecież nie pasowałaby stylem do mojego skansenu! Mimo to uważam, że portret Brigitte Bardot powinien pojawić się w gazetce

z ciekawostkami. Sama deska trafiła w końcu do domu PRAWDZIWEGO KOLEKCJONERA.

Druga deska to oczywiście KOGUT PANA TADEUSZA WICHROWSKIEGO!





Jeszcze nie żegnamy w tej gazetce wspaniałego MALARZA. Kolejny KOGUT zawisł na framudze drzwi

do mojego pokoju. Niestety, ścian na wieszanie już brakuje :-) Tu skromnie przycupnęły drewniane deski z Falbowa. Ta najwyższa nie ma nic wspólnego z Włocławkiem. Wstyd się przyznać, ale już z wiekiem uciekło mi z pamięci, od kogo dostałam deskę z kotkiem. Na pewno była malowana prze ofiarodawcę, ale kto to był? Tak się kończy brak dedykacji i podpisu. Weźcie to pod uwagę. Warto podpisywać zdjęcia i pamiątki.




A teraz obiecane deski europejskie. Nieoczekiwanie, podczas przygotowywania tej gazetki, zaczęły mi się poszerzać horyzonty. Miałam zamiar pokazać kilka zagranicznych deseczek. Tymczasem zebrałam fotki z kilkunastu krajów. Kilka nowych deseczek kupiłam do Falbowa i wcale nie zamierzam na nich się zatrzymać.

Nie mam już szans na zmieszczenie się w jednej gazetce. Wspomnę teraz tylko cztery kraje. Inne kiedy indziej...


Planowałam zacząć od zachodu, a skończyć na dłuższym opisie desek z Gżela. Nie da się. To zbyt obszerny temat. O ceramice z Gżela była już jedna gazetka (nr 202), a teraz pokażę Wam tylko dwa zdjęcia.

Na pierwszym seria desek nietypowych nawet jak na tych słynnych podmoskiewskich wytwórców. Należą do PRAWDZIWEGO KOLEKCJONERA. Ale może po kolei? GŻEL to miejscowość niedaleko Moskwy. A zatem to deski z Rosji. Poniższe deski są kolorowe. W tym regionie dominują jednak wyroby zdobione kobaltem (na niebiesko).

Już zapowiadam pokazanie wielu desek z Gżela w kolejnej gazetce. Sęk w tym, że o JEDNEJ takiej marzę

od dawna. Jednej? Konkretnej? Nie. "Jedna" oznacza w tym momencie ilość. Jedna deska musi mnie zadowolić z dwóch powodów. Ze względu na dostępność i cenę, która jest ogromna.





No i właśnie zrealizowałam swoje marzenie. To NAJDROŻSZA deska w całej mojej kolekcji. Mam ją od paru tygodni. Długo wybierałam miejsce. Wszędzie jest za mało wyeksponowana. Zwróćcie uwagę na jej ciekawy kształt. Kobalt jest typowy. Styl malowania również. To Feniks. Temat jest o tyle trafiony, że w mojej książce ten Żar-Ptak również się pojawia... :-)





Teraz WIELKA BRYTANIA. Deska prostokątna nigdy do mnie dotarła. Bardzo na nią czekałam. Niestety, trafiłam na oszusta. Kupiłam więcej rzeczy u tego sprzedawcy. Inni też. Allegro skasowało mu konto, ale na policję jakoś nie było mi po drodze. Deska przepadła. Pieniądze też, ale wciąż żal mi tylko tej brakującej deski.

Prawdopodobnie angielskie korzenie mają te dwie okrągłe deski z czerwonymi kwiatami. Tak przynajmniej uważa Sprzedawca.





Teraz dwie deski z identyczną scenką wiejską. Te przyjechały bez problemów w odstępie roku lub dwóch lat. Tylko czy na pewno z Anglii? Ta górna została przywieziona z Niemiec. To niewiele znaczy, bo tam mogła trafić

z Anglii. Może kiedyś nabiorę pewności skąd te deski są. Na dziś muszę przyznać, że o ile ta okrągła nie przyspiesza bicia serca, to ta kanciasta jest przepiękna! Zdjęcie zupełnie nie oddaje jej uroku. Dodatkowym elementem zdobienia są spękania postarzające przedmiot. Deska jest chropowata, gruba, ciężka. Bardzo solidna. Tak bardzo mi się spodobała, że złamałam zasadę omijania drzwiczek od szafek kuchennych.





Zaczepimy teraz o HOLANDIĘ. Tu nie będzie niespodzianek. Wszystkie deski są jednakowe. Drewno i kafelek

z kobaltowym obrazkiem. Tematyka znana: wiatraki i łodzie. Ciekawostką jest nożyk mocowany na magnesie. Bardzo sprytne, bo wygodne. Oczywiście gdyby ktoś chciał takiej deski używać :-)





Kolejnym krajem jest DANIA. Kupiłam u Króla dwie deski, które mnie bardzo zaciekawiły. Pierwsze były nasze ukochane swojskie bociany. Czy w Danii też bywają? No pewnie też, bo skąd Holendrzy mieliby dzieci?

Druga zupełnie nie pasuje do moich dotychczasowych kolekcji. Zasadniczo mogłam zadowolić się tą jedną duńską deseczką z bocianami. Pomyślałam jednak, że ciekawy jest pomysł umieszczenia na desce budynku.

To tak jakby ktoś miał deskę z wieżą Eiffla albo z Pałacem Kultury i Nauki. Czemu nie? Skoro takie pamiątki ktoś produkuje, to i u Falbanki taki jeden budynek nie będzie nikomu przeszkadzał, a będzie jakąś prawdą o deskach świata.

Co przedstawia? Okazało się, że uwieczniony obiekt ma historię równie bogatą jak moja deska z Pruszkowa.

Na obrazku mamy bramę do OGRODÓW TIVOLI w Kopenhadze. Jest to trzeci w Europie park rozrywki pod względem liczby odwiedzających. Otwarty był już w 1843 roku. Był inspiracją dla Wolta Disneya, który później

na ten wzór uruchomił swój park.

W Tivoli od początku postawiono szereg budynków w stylu orientalnym. Mieszczą teatr, altany, restauracje, kawiarnie. Do tego dodano szereg mechanicznych karuzel i kolejek górskich. Po zmroku park oświetlają kolorowe latarnie i bardzo często też sztuczne ognie. To w Tivoli znajduje się najwyższa karuzela świata. Chodziło o oglądanie panoramy miasta z tej wysokości. W Tivoli znajduje się najdłuższe w Europie akwarium

ze słoną wodą. Ciekawostką tego miejsca jest ciągłe przeobrażanie się, to naczelna zasada zarządzających Tivoli.





Od ponad stu siedemdziesięciu lat orkiestra symfoniczna umila pobyt zwiedzającym, a już trzydzieści lat później wprowadzono do parku mimów i teatr pantomimy. Przedstawienia odbywają się codziennie. Nie brak też baletu

i pokazów tańca nowoczesnego. Park jest miejscem wielu koncertów, a widownia mieści 1660 słuchaczy.

W ogrodzie funkcjonuje GWARDIA TIVOLI w czerwonych mundurach piechoty i z wysokimi czapami

z niedźwiedziego futra. Gwardia powstała już rok po otwarciu ogrodu i przetrwała do dziś. Daje koncerty, uczestniczy w paradach oraz trzyma straż przy budynkach i pomnikach. Najdziwniejsze jest jednak to,

że nie tworzą jej pracownicy, a chłopcy w wieku od 8 do 16 lat.

Wykorzystałam w tej gazetce zdjęcie z czyjegoś bloga:

http://frakobenhavnwithlove.blogspot.com/2015/05/wiosenne-tivoli.html





Zainteresowałam się tą serią desek. Firma ROYAL COPENHAGA poszła w innym kierunku niż Włocławek. Zamiast kwiatów wydaje serie desek z obiektami turystycznymi i nie tylko... (o tym dalej...)

Pokażę Wam kilka innych desek. Uwieczniono na nich:

- Żołnierz Gwardii Królewskiej przed Pałacem Zimowym Amalienborg w Kopenhadze

- Round Tower – Okrągła Wieża w Kopenhadze

- Mała Syrenka w Kopenhadze

- Kobieta na duńskiej wyspie Fano

- Dom Christiana Andersena w Kopenhadze

- kaskadowa fontanna bogini Gefion powożącej zaprzęgiem byków w Kopenhadze





Teraz garść desek z Danii, które Wam objawią ich wielką różnorodność. Widać, że w tym kraju to towar chodliwy.

Zerknijcie szczególnie na pierwszą deskę. Duński rybak z sieciami wyszedł spod ręki słynnego artysty Bjorna Wiinblada.





Teraz słówko o BJORNIE WIINBLADZIE. Żył w latach 1918-2006. Mieszkał w Danii, ale sławny był na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych był nawet obwołany Człowiekiem Roku. Najbardziej znane są jego grafiki ludzi o okrągłych twarzach w strojach z XIX wieku. Bjorn Wiinblad był projektantem zdobień m.in. słynnej wytwórni porcelany ROSENTHAL i duńskiej NYMOLLE. Właśnie tej informacji długo mi brakowało, bo natrafiałam w internecie na identyczne grafiki na wyrobach obu wytwórni. Czyli to nie była pomyłka.

Proponuję Wam rzucić okiem na bardzo krótką notkę o tym artyście. Naprawdę warto.

http://retrofreaks.pl/co-ma-piernik-do-wiinblada/

Chcę Wam pokazać kilka desek jego projektu z serii dwunastu miesięcy. Można z nich ułożyć wzruszającą historyjkę miłości młodych ludzi, ich zaloty, oświadczyny, ślub, oczekiwanie i radość z dzieciątka. Zresztą

nie tylko ja myślę o historyjce. Bjorn Wiinblad ilustrował też baśnie Christiana Andersena, a jego kompozycja

do "Świniopasa" została nagrodzona i przekształcona w film animowany.

Takich desek JESZCZE nie mam. To jednak tylko kwestia czasu.

Planuję zakup dwóch desek z grafikami tego artysty. Już je wybrałam :-)







Zostały mi do zaprezentowania deski z NIEMIEC.

O, tym razem mam ich wiele, o bardzo urozmaiconych kształtach. Zrobiłam Wam składankę z kilku miejsc.

Patrząc od góry:

- Pierwsza moja zagraniczna deseczka to ta malutka z półwazonikiem.

Obok wisi arcyciekawa deseczka z wytwórni STEFFEL LIMBURG. Obie od Króla.

- Poniżej deska z wzorem cebulowym. Nie wiem z jakiego okresu pochodzi ani kto ją wyprodukował. Dostałam ją w prezencie od PRAWDZIWEGO KOLEKCJONERA. Dziś znalazłam identyczną na e-bay za 50 dolarów. Niestety sprzedawca nie dodał opisu. Pewnie też nic o niej nich wie (deski po jej bokach są z Polski)

- Na drzwiach powiesiłam bardzo dużą deskę z dwóch płytek. Nie jestem pewna kraju. Mogłam coś poplątać.





Na następnej składance widzicie cztery deski:

- Ta najmniejsza pochodzi z NRD.

- Pod spodem powtórzyłam deskę z wytwórni STEFFEL LIMBURG. Bardzo mi się podoba.

- Ta duża z wzorem cebulowym jest stara. Nie zidentyfikowałam jeszcze sygnatury.

- Mała, granatowa jest z Polski. To druga moja deska z Bolesławca.





Następna składanka to niemieckie deski trzech wytwórni. Znalazłam je w internecie.

Wątpię, żebym kiedyś je zdobyła. Możemy je podziwiać na obrazku:

- górny rząd to deski GEROLD TETTAU w Bawarii

- dwie z ludźmi to STEFFEL LIMBURG

- okrągła z uchem pochodzi z wytwórni WAECHTERSBACH


7e




Teraz zdjęcie, w które sama nie wierzę. Długo, długo przymierzałam się do zakupu JEDNEJ deski z wytwórni VILLEROY & BOCH. No i kupiłam. Tylko, że nie jedną a cztery. Jestem naprawdę szalona. Po co? Przecież one nie umywają się nawet do tych z Włocławka. A może właśnie to chciałam pokazać wieszając je w tym miejscu? Na samym środku jest deska z małym bukiecikiem niby ludowym. Prawda, że jest wręcz żałosny? Ja i mój Mąż KOCHAMY WŁOCŁAWKI!!!





No dobra, byłabym niesprawiedliwa dla VILLEROY & BOCH. Mają też swoje perełki. Bardzo sprytnie wykorzystali popyt kolekcjonerski. Włocławek projektował tylko kwiaty i pikassy. Niemcy zaproponowali dużo więcej. Spójrzcie na kolejną zbiorówkę:

Najstarsza na niej kobaltowa deska z napisem jest dokładnie taka sama jak deski z innych krajów i wytwórni. Spójrzcie jednak na deski botaniczne. Rośliny nie tylko są namalowane wiernie w najdrobniejszych szczegółach, ale nawet są podpisane. Nadają się wręcz jako pomoce naukowe.

A deska pierwsza z lewej? To seria desek okazjonalnych. No powiedzcie sami, czy to nie jest doskonały prezent ślubny? No, powiedzmy, dodatek do właściwego prezentu. We Włocławku poszli jedynie w kierunku umieszczania okazjonalnych napisów. Tu wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu.

Dwie deski na dole zwiastują poszukiwania nowych tematów. W rogu intarsja, pośrodku motyw aztecki, czyli sięgnięto do inspiracji sztuką ludową z innego kontynentu. To zaciekawia. Jednak kwiaty z fajansu włocławskiego są po prostu najpiękniejsze. To jest poza dyskusją.


7m




Jeszcze nie żegnamy się w tej gazetce z niemiecką wytwórnią. Chciałam jednak jeszcze teraz pokazać parę ciekawostek. To, w jakich kierunkach poszli wytwórcy szukający klientów.

Nie wiem kto zaprojektował ciekawą deseczkę z gąskami. W celu zanęcenia do zakupu umieszczono na niej haczyki na klucze i notesik kuchenny. Poczułam się wystarczająco zachęcona i kupiłam ją.





W Ameryce w 1983 roku założono rodzinną firmę wyrabiającą wyposażenia domków dla lalek. To był strzał

w dziesiątkę. Dziś mają przedstawicieli w Ameryce i wielu krajach Europy. Ich katalog obejmuje dwa tysiące produktów. Również luksusowych. M.in. z porcelany. To Reutter Porcelain. Miniaturki są w skali 1 : 12.

Deski, bo o nich oczywiście dziś mowa, mają 3 cm długości. To nie przeszkadza w ich zdobieniu.

Zobaczcie niesamowite propozycje (nie tylko tego jednego producenta). Pokazuję Wam nie tylko deski, bo nie mogłam pominąć na przykład serwisu ze wzorem cebulowym. Niesamowita zabawa! To jak kolejki elektryczne, na pewno tymi miniaturkami bawią się kolekcjonerzy w wieku dojrzałym, a nie tylko dzieci.





No i ostatnia ilustracja w tej gazetce. Paradoksalnie właśnie na tą przesyłkę czekałam najbardziej. Opracowanie o deskach zakończę pocztówką. Nie byle jaką. Wypatrzyłam ją przy okazji szukania ofert zagranicznych desek

z wytwórni VILLEROY & BOCH. Nie mogłam uwierzyć oczom. Ni mniej ni więcej wypuścili serię PORCELANOWYCH POCZTÓWEK! To nie żarty! Najprawdziwsze, delikatne, ceramiczne karty pocztowe.

Dla zaspokojenia swojej ciekawości obejrzałam ich sporo. Nie planuję ich zbierania, bo są drogie i niepraktyczne. Jednak tą pierwszą napotkaną pocztówkę musiałam kupić ze względu na to co ilustruje. Kiedyś bowiem odwiedziłam mojego Przyjaciela i pierwszą rzeczą, którą zauważyłam u niego, był podobny obraz...

Teraz ją Wam pokażę, a wyjaśnienie jaki ładunek emocjonalny niesie zamieszczę niżej. Zdjęcie pozwoliła mi wykorzystać dotychczasowa Właścicielka pocztówki, Pani Zosia, za co bardzo dziękuję. Jej nick na Allegro to zosiaduszek


9a




Pocztówka ilustruje opisany w książce Argentyńczyka ALEJANDRO GUILLERMO ROEMMERSA "POWRÓT MŁODEGO KSIĘCIA" wzruszający sen Małego Księcia o Pilocie. Wcześniej niecne zielsko powiedziało Małemu Księciu, że jego przyjaciel, Pilot, oszukał go, bo podarowany baranek nie istnieje. Nie zmieściłby się w skrzynce narysowanej na kartce papieru. Świat chłopca rozsypał się w gruzy. Zielsko sączyło dalej swoją truciznę, a Mały Książę stracił zaufanie do wszystkich...

Kto z nas nie doznał takiego zawodu? Kto nie usłyszał plotki, że ktoś ważny go oszukał? Kto nawet sam zbyt szybko nie oskarżył kogoś innego w swoim sercu?

Co działo się dalej na planetce złotowłosego chłopca?

Którejś nocy Mały Książę miał bardzo realistyczny sen, że leci samolotem z Pilotem. Nie rozmawiali. Podziwiali widoki: góry, doliny, strumienie, zwierzęta. Czuli się szczęśliwi...

Oddajmy teraz głos autorowi książki:

"...Nagle jego przyjaciel zaczął skręcać i pokazał mu , że będą lądowali na trawiastym pagórku. Lądowanie przebiegło idealnie, tak jakby Ziemia zmiękczyła swoją powłokę, by powitać ich z uszanowaniem. Gdy tylko wysiedli, jego przyjaciel Pilot poprowadził go na przeciwległe zbocze, gdzie pasło się spokojnie stado białych baranków i powiedział:

- Wszystkie są dla ciebie. Nie wiem, ile ich jest, nie przyszło mi do głowy, żeby je liczyć. Zacząłem je hodować tego dnia, kiedy odszedłeś. Stado urosło tak bardzo jak miłość do ciebie w moim sercu.

Kiedy wzruszony Mały Książę odwrócił się, żeby go objąć, przebudził się samotny na swojej cichej i milczącej planecie. Dwie słodkie łzy spływające po jego twarzy miały gorzki smak, a jakiś wewnętrzny głos powiedział:

- Odszukaj swojego przyjaciela i pozwól mu wszystko wyjaśnić. Tylko w ten sposób gwiazdy na powrót się uśmiechną..."

Komentarze

  • Falbanka Falbanka

    Powyższa gazetka to część blogu FAJANS FALBANKI. Prowadzę go od kilku lat. Obecnie na ONECIE. Zapraszam.

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst f5ma0oabq1:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.