Grunt na wiarę

Zanim komisja zwracająca majątki Kościołowi zostanie skompromitowana kolejnymi podejrzeniami o korupcję, lepiej będzie ją rozwiązać. Niech sąd zdecyduje, czy należy oddać Kościołowi stadninę koni w Janowie Podlaskim, budynki Uniwersytetu Warszawskiego, szpitale, przychodnie zdrowia, majątki niemieckich parafii, a nawet siedzibę Ministerstwa Finansów w Warszawie.

Gdy Zgromadzenie Księży Misjonarzy przy parafii św. Krzyża zażądało w 1990 r. zwrotu budynku Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, rozpętała się medialna burza. Księża misjonarze przekonywali wówczas, że budynki przy Krakowskim Przedmieściu prawnie im się należą, bo po 1864 r. przepisane zostały na własność rządu carskiego w ramach represji, które spadły na zgromadzenie po powstaniu styczniowym. Do wniosku duchowni dołączyli pozew z 1937 r., w którym domagają się zwrotu wszystkich majątków skonfiskowanych przez zaborców. A że sąd z powodu wojny nie zdążył rozstrzygnąć tego sporu, domagają się zadośćuczynienia po pół wieku. Niestety nie dysponują dokumentami potwierdzającymi ich prawo własności, bo spłonęły one w czasie wojny i powstania warszawskiego. Dlatego do wniosku dołączono oświadczenia trzech sędziwych księży pamiętających jeszcze, które budynki należały do zgromadzenia przed wojną.

Wydawało się, że sprawę zakończyła interwencja ówczesnego rzecznika praw obywatelskich i rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że Kościołowi należy zwracać tylko dobra zagarnięte przez komunistów. Ale zaniepokojony Andrzej Stelmachowski, ówczesny minister edukacji, zatelefonował nawet do prymasa Józefa Glempa. Wtedy prymas przyznał, że roszczenia proboszcza parafii św. Krzyża są nadmierne. Powołując się na tę rozmowę minister Stelmachowski, chcąc uciszyć szum medialny, poprosił w 1992 r. Komisję Majątkową, by wniosek parafii św. Krzyża szybko oddalić.

Prawnicy Kościoła zaczęli się jednak upierać, że majątek przepadł dopiero po wojnie. Dzięki temu do dzisiaj prowadzą batalię o odzyskanie uniwersyteckich budynków. Zaproponowali nawet uczelni polubowne rozwiązanie – w zamian za prawo własności księża misjonarze gotowi są przez wiele lat udostępniać uniwersytetowi budynki nieodpłatnie. Niestety, rektor UW odrzucił i tę propozycję.

Nikt nie zauważył, że równocześnie misjonarze rozpoczęli walkę o znacznie cenniejszą nieruchomość położoną w samym sercu Warszawy, czyli budynki Ministerstwa Finansów przy ulicy Świętokrzyskiej warte według księży 183 mln zł. Ministerstwo uważa, że tylko część trzyhektarowej działki należała półtora wieku temu do księży, ale grunt ten „przejął Skarb Królestwa” i odsprzedał potem prywatnym właścicielom. Minister finansów napisał przed rokiem, że nie uznaje tych roszczeń Kościoła. Jego opinia nie ma żadnego znaczenia dla czterech członków Komisji Majątkowej, którzy w głosowaniu zdecydują o losach budynku, a ich decyzja będzie ostateczna. I nikt, nawet sam premier, nie będzie mógł się od niej odwołać.

Misjonarze przeszli już do ofensywy. Skoro ani ministerstwo, ani uniwersytet nie chce zwrócić im majątku, zażądali rekompensaty w postaci tzw. mienia zastępczego od prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Domagają się innych działek na terenie Warszawy pod warunkiem, że ich łączna wartość wyniesie 200 mln zł, czyli mniej więcej tyle, ile warte są budynki ministerstwa i uniwersytetu.

Od prawie 20 lat Komisja Majątkowa nie może zdecydować, czy majątek odebrano zgromadzeniu tzw. dekretem warszawskim z 1945 r. i jest podstawa prawna do jego zwrotu, czy dekretem carskim z 1864 r. i rekompensata nie przysługuje. – Komisja ma jeszcze za mało danych, by tę sprawę rozstrzygnąć – mówi prawnik Krzysztof Wąsowski, reprezentujący w komisji interesy Kościoła. – W takich wypadkach najlepiej jest czekać.

3063 tajemnice Kościoła

Komisję Majątkową wymyślono pod koniec PRL, by naprawić krzywdy, których Kościół doświadczył w latach 50. ubiegłego wieku od komunistów. Nigdy nie ujawniono, jaki majątek wówczas stracił, ale według różnych szacunków od 85 do 170 tys. ha gruntów. Komisja z założenia miała być ciałem polubownym przywracającym Kościołowi własność szybko i bez zbędnych formalności, których w sądzie nie udałoby się uniknąć. – Byliśmy przekonani, że sądy nie dadzą sobie z tym rady – mówi Aleksander Merker, dyrektor peerelowskiego Urzędu ds. Wyznań i jeden z pomysłodawców utworzenia Komisji. – Przypuszczaliśmy, że jej prace będą budzić kontrowersje, ale rozstrzygać je mieli fachowcy reprezentujący państwo i Kościół.

Czy mienie wartości wielu milionów złotych zostanie zwrócone, decydują trzy czteroosobowe zespoły orzekające, których członkowie zarabiali ok. 11 tys. zł miesięcznie (ostatnio obniżono wysokość diet). W każdym zespole dwie osoby reprezentują rząd, a dwie Kościół. Orzeczenia zespołu są ostateczne, a zapadają na posiedzeniach niejawnych bez udziału zainteresowanych stron.

– Nam zależy, żeby Kościół uzyskał zaspokojenie swojego roszczenia i to jest nasze zadanie – tłumaczy Krzysztof Wąsowski. – Mamy przekonać stronę rządową, że roszczenie Kościoła jest zasadne i argumentować, by jak najszybciej je uwzględniono. Ciężar decyzji spada na reprezentantów rządu, bez ich zgody żadna decyzja nie zapadnie.

Dla członków Komisji wyznaczonych przez ministra spraw wewnętrznych teoretycznie najważniejsze powinny być interesy państwa. Ale Aleksander Merker mówi, że bywało z tym różnie, bo choć są oni powołani przez ministra, to mu nie podlegają i decyzje podejmują niezawiśle. – Nie przewidzieliśmy, że reprezentantami interesów Kościoła będą z czasem obie strony.

Do końca 1992 r. Kościół mógł składać dokumenty o zwrot zagrabionego mienia. Złożył 3063 wnioski. Szef Urzędu Rady Ministrów w 1990 r. nakazywał członkom Komisji, by orzekali niezwłocznie, gdy Kościół przedstawia dokumenty niebudzące wątpliwości. Jeśli przypadek jest bardziej skomplikowany i wymaga postępowania wyjaśniającego, powinni wydać werdykt najpóźniej po pół roku. W praktyce jednak wątpliwe sprawy nie były rozstrzygane na niekorzyść Kościoła, tylko lądowały na półce do późniejszego załatwienia. Wszystkie kościelne wnioski traktowano dotąd jako poufne i dopiero po półrocznych staraniach pierwszy raz udostępniono je redakcji „Polityki”.

O każdą piędź ziemi

Przez pierwsze 10 lat Kościół dostawał hektar ziemi rekompensaty za hektar ziemi utraconej, ale w 2001 r. Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu ustaliła korzystniejszy dla strony kościelnej przelicznik. Od tej pory wyceniano grunt utracony i oddawano zamienną ziemię o tej samej wartości. W ciągu 50 lat grunty orne, które straciły parafie, zostały przyłączone do miast i wartość ich poszybowała niebotycznie. Za jeden hektar utraconej ziemi w centrum dużego miasta można było otrzymać dziesiątki hektarów w rekompensacie. To otworzyło pole do nadużyć.

Parafia zainteresowana zwrotem nieruchomości zobowiązana była do dostarczania tzw. operatów szacunkowych wyceny. Korzystna dla niej byłaby jak najwyższa wycena tego, co utraciła, a jak najniższa tego, o co się stara. Komisja nigdy nie sprawdzała operatów, bo wycenę gruntu przyjmowała na wiarę.

Mecenas Wąsowicz tłumaczy, że nawet na powołanie biegłego nie było pieniędzy. – Kiedyś Komisja zleciła badanie geodecie, ale potem nie chciała mu zapłacić – mówi.

Problem skandalicznie niskiej wyceny gruntów podnosili m.in. samorządowcy ze Świerklańca na Śląsku i z Białołęki. Gliwicka prokuratura od roku sprawdza, czy w trakcie przekazywania ziemi Towarzystwu Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta w Krakowie nie popełniono przestępstwa poświadczenia nieprawdy. Towarzystwo dostało łącznie 1455 ha ziemi jako rekompensatę za 69 ha, które Kościół utracił w podkrakowskiej Rząsce. Doniesienie do prokuratury złożył też burmistrz Białołęki, gdy okazało się, że elżbietanki z Poznania dostały 47 ha ziemi w tej gminie za cenę pięciokrotnie niższą od rynkowej.

Po serii spektakularnych wpadek dotyczących wyceny ziemi, trzy miesiące temu Episkopat zgodził się na pewne ustępstwa. Komisja będzie mogła się zwrócić o wycenę do niezależnego rzeczoznawcy, jeśli nabierze podejrzeń, że wycena dostarczona przez parafię lub klasztor nie odpowiada realiom.

W ciągu 20 lat istnienia Komisja rozstrzygnęła ponad 2800 spraw i do końca zostało ich niewiele, bo tylko 253. Aleksander Merker przestrzega jednak przed optymizmem. Jego zdaniem przez wiele lat panowała zasada, że najpierw rozwiązuje się sprawy łatwe, a na koniec zostają najtrudniejsze. Zostały te najbardziej pogmatwane, których nie dało się dotąd rozwikłać.

Przeglądając dokumentację można dojść do przekonania, że przy składaniu wniosków o zwrot majątku Kościół przyjął zasadę: walczymy o każdą piędź ziemi, nigdy nie kapitulujemy i bierzemy wszystko, co nam się uda wyrwać.

Dlatego warszawski klasztor sióstr wizytek w 1990 r. zwrócił się do Komisji o zwrot 13 ha ziemi położonych przy Krakowskim Przedmieściu, czyli o najdroższe tereny w Warszawie. Do wniosku dołączono kserokopie darowizny z 1668 r. z pieczęcią króla Jana Kazimierza. Wizytki domagały się też dotrzymania warunków umowy zawartej w 1898 r. z warszawskim magistratem, który obiecywał siostrom nową plebanię oraz odszkodowanie za utracony ogród, w którym wybudowano stojący do dziś wiadukt Markiewicza (przy ul. Karowej). Choć Komisja Majątkowa 19 lat temu odrzuciła wniosek, a roszczenia wizytek uznała za niedopuszczalne, to jeszcze w 2000 r. pełnomocnik zgromadzenia ponawiał żądania zwrotu kilkunastu hektarów w centrum Warszawy. W końcu wizytki przyjęły wieczystą dzierżawę jednego budynku przy Krakowskim Przedmieściu, ale zapowiedziały, że o resztę będą jeszcze walczyć.

Bez przedawnienia

Gdyby Kościół dochodził swych praw przed sądem, a nie przed Komisją Majątkową, wiele z nich już dawno by się przedawniło. Bo sąd wyznacza konkretny termin na dostarczenie dowodów, a Komisja czeka na nie w nieskończoność. Na przykład parafia św. Ludwika we Włodawie, która złożyła wniosek o odszkodowanie za utracone 42 ha, od 18 lat nie odpowiada na żadne listy z Komisji. Już w 1991 r. poproszono proboszcza, by wskazał nieruchomości, które parafia utraciła, bo bez tego nie da się ocenić wniosku. 12 lat temu prośbę ponowił współprzewodniczący komisji Andrzej Pieniążek, strasząc proboszcza, że jeśli ten natychmiast nie nadeśle potrzebnych dokumentów, postępowanie zostanie umorzenie. Ale nikt z Włodawy na list nie odpowiedział, więc po kolejnych 9 latach Komisja z pytaniem, czy parafia faktycznie straciła ziemie, o których pisał proboszcz, zwróciła się do starosty. Odpowiedź jeszcze nie nadeszła, ale Komisja nie traci nadziei, choć logiczniej byłoby sprawę zamknąć oddaleniem wniosku.

Od 6 lat Komisja czeka na odpowiedź proboszcza parafii Brzeziny, czy zakończył już negocjacje z nadleśnictwem Strzyżów o zwrot kawałka lasu. Tyle samo czasu zajmuje proboszczowi parafii św. Jerzego w Wilkanowie udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy wyraża zgodę na przyjęcie od Lasów Państwowych 12 ha rekompensaty za 44 ha, które stracił w latach 50. Od 5 lat Komisja nie dostała od proboszcza parafii św. Jakuba w Krosnowicach Kłodzkich (ubiega się o zwrot 57 ha) wyjaśnienia, dlaczego nie chciał przyjąć działek zaproponowanych mu przez burmistrza.

Wioletta Paprocka, rzeczniczka MSWiA, twierdzi, że przepisy nie przewidują przedawnienia roszczeń zgłoszonych do Komisji Majątkowej. Natomiast prawnik strony kościelnej Krzysztof Wąsowski mówi, że decyzji nie można podejmować pochopnie. Dodaje, że członkowie Komisji są więźniami procedury, która w tym wypadku nie wskazuje żadnego konkretnego czasu na dostarczenie brakujących dokumentów.

– Jak długo sprawa leży na półce, wnioskodawca może mieć nadzieję, że majątek zostanie mu zwrócony – mówi mecenas.

Grzechy Komisji

Z dokumentów zgromadzonych przez Komisję wynika jednak, że nie obowiązują tu żadne reguły i nawet kulawe prawo regulujące odzyskiwanie majątków przez Kościół jest często naginane. W związku z tym pełnomocnik kurii we Włocławku Kazimierz Zieliński po 14 latach od odrzucenia wniosku dopatrzył się naruszenia pewnych procedur i wytknął Komisji, że kilkanaście lat wcześniej wydała „nietrafne i krzywdzące diecezję orzeczenie”. I choć 11 marca 1992 r. Komisja odrzuciła wniosek kurii o zwrot zakładów graficznych w Toruniu z braku jakichkolwiek podstaw prawnych, to sprawa dziś, po 17 latach, wraca i nikt nie potrafi powiedzieć, jak zostanie rozstrzygnięta.

15 lat temu Komisja zwróciła parafii św. Michała Archanioła w Lipuszu jezioro Książe należące do Agencji Nieruchomości Rolnych, ale kilka lat później okazało się, że decyzja ta była bezprawna. NIK odkrył, że nie pozwala na to prawo wodne. Osoby prywatne w analogicznych przypadkach ANR odsyłała z kwitkiem, tłumacząc, że ich roszczenia są bezpodstawne, bo żadna ustawa nie przewiduje zwrotu wód, które zostały w latach 40. znacjonalizowane. Dla parafii w Lipuszu zrobiono jednak wyjątek i dziś Agencja przed sądem w Gdańsku musi dochodzi swoich praw do jeziora. Jeśli wygra, proboszcz z Lipusza zapewne wróci do Komisji, by wyznaczyła mu rekompensatę za utracony teren.

Nie wiadomo, jak Komisja ma rozstrzygnąć spór o działkę w Tychach, której domaga się parafia św. Magdaleny. Zdaniem tyskiego urzędu miejskiego parafia zrzekła się roszczeń już 15 lat temu i dawno podpisano stosowną ugodę. Dlaczego więc sprawa figuruje wśród tych do załatwienia?

Jak z kolei zaspokoić żądania parafii św. Wawrzyńca w Dobrzejowicach, która domaga się zwrotu 6 ha? Zdaniem ANR nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego, że ziemia ta kiedykolwiek należała do Kościoła. Dlatego Agencja domagała się, by Komisja jak najszybciej podjęła w tej sprawie jakieś działania. I na tym sprawa się kończy, bo Komisja milczy.

Czy parafia św. Katarzyny może żądać od nadleśnictwa Tuszyna zwrotu 45 ha lasów? Zdaniem nadleśnictwa lasy te zostały przejęte dekretem PKWN z 1944 r., więc parafia nie ma żadnych podstaw prawnych, by domagać się ich zwrotu.

Co zrobić z żądaniami proboszcza w Bartołach Wielkich, który twierdzi, że jego parafia była właścicielem 83 ha ziemi? Jedynym na to dowodem jest dołączone do wniosku odręczne oświadczenie Józefa i Adama Smalów, że grunty Kościoła znajdowały się po lewej stronie przedwojennej szosy z Bartoł Wielkich do Bartoł Małych. Czy taki dokument może być jedynym dowodem w sprawie? Być może tak, bo roszczenie wciąż czeka na rozpatrzenie, choć Urząd Wojewódzki w Olsztynie twierdzi, że w żaden sposób tych gruntów zlokalizować nie może ze względu na brak jakichkolwiek dokumentów potwierdzających informację parafii.

Na niemieckich włościach

Najważniejszy spór, który przez lata dzielił Komisję, dotyczył dóbr Kościoła na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Ustawa z 1971 r. oddawała Kościołowi katolickiemu użytkowane przezeń budynki kościelne, kaplice, domy i ziemię należące przed wojną do Rzeszy Niemieckiej, ale Episkopat domagał się, by uznano, że jest on spadkobiercą wszystkich niemieckich parafii katolickich.

Kilkaset parafii z ziem poniemieckich na początku lat 90. wystąpiło nawet w tej sprawie z roszczeniami do Komisji. Często jedynym dowodem własności były kserokopie dokumentów z pieczęciami III Rzeszy. Wojewodowie konsekwentnie odrzucali wszystkie te żądania, tłumacząc proboszczom, że nie przedstawili żadnych dokumentów stwierdzających nabycie tych ziem od państwa polskiego, będącego jedynym właścicielem wszystkich poniemieckich nieruchomości.

„Na podstawie tłumaczenia dokumentów niemieckich i zawartych w nich zapisów dotyczących niemieckich podmiotów korzystających z gruntów na podstawie niemieckiego prawa nie można wywodzić dla siebie prawa do gruntu” – informował proboszcza parafii św. Mikołaja w Kotliskach inspektor Stanisław Nowak z Jeleniej Góry i dodawał: „Polskie osoby prawne nie są następcami osób niemieckich i nie mogą na podstawie takich dokumentów dowodzić swoich uprawnień do gruntów”.

Sama Komisja była w tej sprawie dość pryncypialna. Jeszcze w 1997 r. jej współprzewodniczący informował proboszcza w Ugoszczy, który walczył o 89 ha poniemieckich, że prawo nie przewiduje przywracania własności należącej do majątków niemieckich. Jednak żądanie proboszcza nie zostało odrzucone i nadal czekało na półce wśród innych kościelnych roszczeń.

– W wypadku ziem niemieckich ten okres oczekiwania był błogosławieństwem – mówi Krzysztof Wąsowicz. – Gdyby postępowanie zostało zamknięte przed zawarciem tego porozumienia, parafie i zakony nigdy by nie odzyskały swoich majątków.

Bo w okresie rządów PiS powołano wspólny zespół ekspercki, który raz na zawsze miał tę sprawę rozstrzygnąć. W marcu 2006 r. wicepremier Ludwik Dorn i biskup Stanisław Wielgus podpisali porozumienie, na mocy którego rząd przyznał Kościołowi prawo do ubiegania się o zwrot niemieckich majątków przed Komisją Majątkową. Otworzono w ten sposób drogę kilkudziesięciu parafiom i zgromadzeniom do uzyskania tysięcy hektarów i dziesiątków budynków wartych setki milionów złotych. Porozumienie to należy uznać też za prestiżowe zwycięstwo Kościoła i jednocześnie za kapitulację państwa.

Dzięki temu Zgromadzenie Sióstr Św. Elżbiety będzie mogło uzyskać szpital w Nowogrodźcu. A Zakon Sióstr św. Magdaleny od Pokuty – m.in. grunty, o które walczył w miejscowościach Wunschedorf (117 ha), Handsdorf (117 ha), Guntersdorf (189 ha), Schreibersdorf und Kerzdorf (429 ha), pod warunkiem, że siostry dostarczą Komisji obecnie używane nazwy tych miejscowości.

Zgromadzenie Sióstr Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego może uzyskać budynki internatu Zespołu Szkół Ogólnokształcących i kuratorium w Raciborzu. Co prawda budynki te przed wojną należały do towarzystwa Ostroger Fursorgegesellschaff mGH Ratibor-Ostrog, ale we wniosku siostry piszą, że identyfikują się z działalnością tego towarzystwa.

– Strona kościelna uważała, że Kościół nie jest ani polski, ani niemiecki, tylko powszechny i ponadnarodowy. Ale przez wiele lat nie byliśmy w stanie tego sposobu myślenia przeforsować w Komisji – przyznaje Krzysztof Wąsowicz.

Sparaliżowana Komisja

Przez ostatnie lata prace Komisji zostały sparaliżowane publikacjami prasowymi, działaniami CBA i prokuratury. Józef Różański, obecny dyrektor departamentu ds. wyznań MSWiA i współprzewodniczący Komisji Majątkowej ze strony rządu, mówił, że wśród członków Komisji panuje strach przed podejmowaniem decyzji.

Potwierdza to drugi współprzewodniczący ks. Mirosław Piesiur: – Komisja już nie rozstrzyga spraw na płaszczyźnie prawnej, tylko emocjonalnej – mówi. – Największym zmartwieniem członków jest obawa, że media ich opiszą. W takiej atmosferze chodzi głównie o to, by nie wydać żadnego orzeczenia, by nikt się nie czepiał i nikomu się nie narazić.

– Problem polega na tym, że urzędnicy państwa, którzy mają wydać nieruchomości Kościołowi, nie robią tego – mówi mecenas Wąsowski. – Mają strategię ustawiania nam kolejnych zasieków. Najpierw mówią, że nie podlegają ustawie, potem, że nie mają ziemi, a jak sami ją znajdziemy, to często przed podpisaniem ostatecznej ugody zostaje one sprzedana.

Wiosną tego roku fala krytyki działań Komisji osiągnęła apogeum i wydawało się, że wkrótce zostanie ona rozwiązana. W czerwcu Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu zdecydowała jednak, że ponieważ zostało już tak mało spraw do rozstrzygnięcia, Komisja Majątkowa ma kontynuować prace, tylko teraz bardziej przejrzyście. Dlatego wkrótce będzie można przeczytać w Internecie o wszystkich toczących się sprawach, które do tej pory były poufne. – Dano nam sygnał, że mamy działać dalej – mówi Krzysztof Wąsowski.

Biskup Stanisław Budzik, sekretarz generalny Episkopatu, powiedział w czerwcu br., że podpisanie deklaracji tak przyspieszy prace Komisji, aby w ciągu najbliższych miesięcy zakończyła pracę. Tylko nie powiedział, jak to zrobić. Przez ostatnie pół roku Komisja uporała się zaledwie z 12 sprawami i jeśli będzie pracować w takim tempie, to zakończy działalność około 2020 r., pod warunkiem, że po drodze nie zdarzą się jakieś większe awantury.

Ks. Mirosław Piesiur też uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie prac Komisji, która budzi tyle kontrowersji. – Bo to otwiera drogę sądową, z której Kościół nie może skorzystać, dopóki sprawą zajmuje się Komisja.

Przy odrobinie dobrej woli Komisja mogłaby przestać istnieć w ciągu kilku tygodni. W tym czasie czteroosobowe zespoły orzekające musiałyby w 253 głosowaniach rozstrzygnąć, czy roszczenia Kościoła są zasadne. W wypadku braku porozumienia Kościół mógłby dochodzić swoich praw w sądzie. Dziś obie strony – kościelna i rządowa – oskarżają się o brak dobrej woli w tej sprawie.

Kościół wie, że w sądzie nie miałby żadnych szans na odzyskanie np. kościelnego mienia poniemieckiego. Wątpliwe jest też przejęcie innych nieruchomości na podstawie dowodów, którymi dysponuje. Lepiej więc czekać z nadzieją na skład Komisji jeszcze bardziej przychylny Kościołowi, niż skazać się na klęskę przed niezawisłym sądem.

Rząd natomiast woli unikać starcia z Kościołem. Bo lepsza obstrukcja prac Komisji niż otwarty konflikt w przededniu wyborów prezydenckich.

Cezary Łazarewicz

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2012 INTERIA.PL Sp. z o.o., wszystkie prawa zastrzeżone.