Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Tajemnica rzeźnika z Niebuszewa

Na podstawie artykułu Moniki Adamowskiej (GW), artykuł ukazał się również w "Z archiwum Sz. Śladem szczecińskich historii niezwykłych XX wieku"

Ponury bohater tej opowieści Józef C. (ponoć Cypek lub Cyppek) mieszkał w domu przy dzisiejszej ul. Niemierzyńskiej 7. Ówcześni jego sąsiedzi już nie żyją. Ostatnia osoba, która go znała- pani T.- zmarła w roku 2000. Wiadomo, że zabójca zajmował lokal na parterze. Nikt nie chciał się tam później wprowadzić, więc lokal podzielono. Część przeznaczono na drewniane toalety, część dołączono do innego mieszkania. Dziś znajduje się tam zakład szewski.

Jóźef C. choć niewysoki, był raczej przysadzistej i krępej budowy. Miał duże ręce, co potwierdza odcisk pokaźnego kciuka w aktach sprawy (Archiwum Państwowe oraz Archiwum Sądu Okręgowego w Szczecinie). Miał szeroką, okrągłą twarz z wysokim czołem. Nad niebieskimi oczami gęste brwi, włosy siwe i rzadkie, taki sam zarost. W aktach zapisano: "Włada językiem niemieckim, narodowość i obywatelstwo polskie". Znak szczególny: proteza nogi. Dla sąsiadów z ul. Wilsona (potem Rewolucji Październikowej i w końcu Niemierzyńskiej) jasne było iż był Niemcem, w końcu mówił po niemiecku i polsku.

Do feralnego mieszkania przesiedlono go z ulicy Wawrzyniaka w 1952r. Józef C. w śledztwie o sobie: urodzony w 1895 r. w Opolu, od wybuchu I wojny światowej ślusarz na kolei, w 1915 r. powołany do wojska, ranny w nogę w szpitalach spędził 2 lata. W trakcie leczenia zapisał się do niemieckiej partii komunistycznej . W marcu 1952 r. przyjechali z Opola do Szczecina. Przez kilka pierwszych dni mieszkał z młodym blondynem. Mówił, że to jego syn. Któregoś dnia blondyn zniknął i nigdy już się nie pojawił.

Zbrodnia

11 września 1952 r. Zofia S. odwiedziła swoją przyjaciółkę Irenę. Pracowały kiedyś razem w PGR Szczecin Gumieńce. Zawsze gdy się umówiły, jedna czekała na drugą. Tego dnia pierwszy raz zdarzyło się, że Ireny nie było w domu. W mieszkaniu zawodziło jej siedmiomiesięczne dziecko. Drzwi były otwarte, Zofia utuliła dziecko i przez dwie godziny czekała na przyjaciółkę. Usłyszała kobiece jęki w mieszkaniu obok. Przestraszyła się. Zabrała malucha i wyszła. Przed kamienicą spotkała sąsiadki Ireny. Zdziwione całą sytuacją zaczęły wołać: "Irka! Irka!"

Wyszedł do nich Józef C. Zapytał, dlaczego tak wrzeszczą, a gdy usłyszał odpowiedź, rzucił swoje: "Na te młode baby to trzeba by bomby atomowej, bo dzieci nie pilnują". I poszedł sobie.

25-letni mąż Ireny wrócił z pracy koło godz. 18.30. Żona zwykle czekała na niego z obiadem, Tym razem nie. W mieszkaniu brakowało pierzyny, koca, prześcieradła, garnituru i zegarka. Wieczorem w komisariacie na Niebuszewie zgłosił zaginięcie żony. Pod kamienicę przyjechał patrol milicji. Zainteresowało ich mieszkanie Józefa C. Właściciela nie było, mąż zaginionej zajrzał do środka przez okno i zauważył swoją pierzynę. Milicjanci czekali, aż właściciel wróci z kina. Zatrzymali go i weszli do mieszkania.

Milicyjna notatka: "W pokoju na kanapie leżały zwłoki Ireny, z odciętą głową, rękami, nogami i wyciągnięitymi wnętrznościami. Ręce i jedno udo przy szafie. Wnętrzności - w wiadrze pod oknem. W kuchni na zlewie, krzesłach i drzwiach czerwone plamy - część nieudolnie pościerana. Na półce przy kaflowej kuchni miska do połowy wypełniona czerwoną cieczą. Obok maszynka do mielenia mięsa ze śladami mielenia. Na talerzach serce i wątroba ludzka. Na stole na patelni niedojedzona jajecznica z jakimś tłuszczem. Obok chleb ze smalcem, sałatka z pomidorów i kawałek surowego mięsa, chyba wołowego. Po mieszkaniu walały się butelki po piwie i wódce".

Lekarz prowadzący sekcję zwłok napisał: "brak głowy - nic wiadomo więc, co było bezpośrednią przyczyną śmierci". Drugi lekarz sporządzający opinię po sekcji napisał, że "sposób poćwiartowania zwłok - jednorazowe cięcia, bez powtórzeń, równo w stawach i wydobycie narządów wewnętrznych świadczą o pewnej fachowości sprawcy, wprawnej technice".

Józef C. zeznał policji, że głowę zatopił w jeziorku Rusałka. Zabił sąsiadkę bo od dawna chciał z nią sypiać, a ona nie chciała mu ulec. Zwłoki poćwiartował bo chciał je wynieść w kawałkach.

W mieszkaniu policjanci znaleźli sukienki i buty damskie, sukieneczki i majteczki dziecięce oraz książkę lekarską po niemiecku. Na temat książki Józef C. zeznał: "Używałem jej prywatnie do studiowania, bo interesowałem się zajęciami leczniczymi". Ani słowa o dziecięcych ubrankach

Policjanci poszli więc tropem handlu ludzkim mięsem, bo tak C. tłumaczył się ze znajomości z rzeźnikiem ze sklepu naprzeciwko Dyrekcji Kolei przy ul. 3 Maja.

Podczas śledztwa Józef C. wszystko "wyśpiewał". Z zawodu był rzeźnikiem. Naganiaczką ofiar była kasjerka kina. Podsyłała mu dzieci, którym zabrakło kilkadziesiąt groszy do kupna biletu.

Mówiła dzieciakom: "- Ten pan, co tam mieszka, da ci tyle, ile brakuje do ceny biletu."

Józef C. zabijał, a wieczorami wywoził trupy ofiar do opuszczonego gmachu magazynów dzisiejszej Wyższej Szkoły Rolniczej. Tam w piwnicy przerabiał trupy pomordowanych na produkty jadalne. Gdzie je sprzedawano? Tego do końca nie ustalono. Nie ulegało jednak wątpliwości, że bigosy sprzedawane na bazarze, który wtedy mieścił się tu, gdzie dziś jest dworzec PKS, były jego wyrobu.

Gdy, w toku śledztwa, spuszczono wodę ze stawu przy ul. Słowackiego, znaleziono w nim kilkadziesiąt czaszek ludzkich, przeważnie dzieci.

Jego proces w tzw. trybie doraźnym trwał zaledwie kilka dni. Za pozbawienie życia Ireny J. 17 września 1952 r. skazany został na karę śmierci. Prosił Bolesława Bieruta o ułaskawienie. Łaski nie było. Jawność procesu Józefa C. wyłączono ze względu na to, że "okoliczności mogłyby wywołać niepokoje społeczne". Po dwóch dniach od wyroku w prasie lokalnej ukazały się lakoniczne notki. "Kurier Szczeciński" z 19 września 1952 r. krótko poinformował: "Zwyrodniały morderca skazany na karę śmierci". Wyrok wykonano 3 listopada o godz. 17.45.

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.