Ostatnio: 06.01.2017

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Dzień 1

Przeraźliwy dźwięk budzika. Słyszę go, ale nie chcę wstawać. Jest ciemno. Jest 4:50 po co mam tak wcześnie wstawać. Jest 4:50 i jest 1 sierpnia. Już wiem po co. Ubieram się włączam komputer... patrzę na mapkę. Tyle miejsc do odwiedzenia. Tyle kilometrów do przejechania. A mój ekwipunek skompletowałem dzień wcześniej. Dwa złączone ze sobą plecaki



Pamiętam jak myślałem o tym miesiąc temu. Myślałem jaki to będę wspaniały i jak wiele będę mógł, jak ruszę i jak... A jednak jestem taki sam jak byłem wczoraj, a to już jest dzisiaj. Nie chcę wychodzić, nie dam rady pokonać tej trasy...

W końcu jednak przestaję myśleć o całej trasie. Stwierdzam, że dzisiejszego dnia dostanę się do Poznania, a później będę myśleć co dalej.

No i wyszedłem. Prawie spóźniłem się na autobus do Poddębic, do miejsca startu. Trochę podbiegałem, od razu okazało się, że rexona mająca działać 48h nie wytrzymała tych kilku minut. Dojechałem na miejsce, krzątałem się po mieście kupując pierdoły i oglądając mapę, opóźniając moment wyjścia na trasę. W końcu w sklepie biorąc zakupy poprosiłem o kawałek kartonu. Byłem zaskoczony tym, że dostałem go bez żadnego psioczenia i z uśmiechem na twarzy. No tak, pewnie im za to płacą :)

Wyszedłem na trasę nr. 72 i po przejściu 3-4 kilometrów ustawiłem się w dogodnym miejscu z kawałem tektury. Czułem się naprawdę dziwnie wyciągając rękę. Jakoś tak nienormalnie. Takie uczucie kiedy wydaje ci się, że robisz coś nie tak. Wyciągam rękę, kciuk, próbuję w inny sposób. Nie działa, nikt nie staje. Przechodzi jakaś mocno zmęczona życiem pani ciągnąca wózek ze śmieciami i drze się: "macha pan mocniej to stanom"

Ciekawe... Koneser. No ale ja stoję i nic poza mną stanąć nie chce. Czytałem w internecie, że trzymanie kciuka w górę może się źle kojarzyć, więc można trzymać także otwartą dłoń pionowo lub poziomo. Ale z czym się może kojarzyć? Nie ważne, próbuję na przemian. Skuteczność identyczna. Nie staje nikt. Mija pierwsza godzina łapania. Czuję się jak idiota... Moje 2 plecaki kartka w ręce i książkowa mapa przełożona za paski spinające szelki od plecaka.

Wkrada się zwątpienie. Jak to będzie tak pierwszego dnia się wysypać? Tyle planów, tylu ludzi, a ja będę stać tutaj do wieczora, aż wrócę haniebnie do domu i skasuję konto na wykopie. Ktoś trąbi.

Odwracam się, a tam na poboczu stoi samochód. Przez te moje dramatyczne rozważania nawet nie zauważyłem, że zjeżdżał. Biegnę prawie się wywracając. Otwieram drzwi pasażera z wielkim uśmiechem i pytam pełnym głosem, lubię nim manipulować, dokąd jedzie. Oczywiście nazwa miejscowości nic mi nie mówi, w końcu pół życia przesiedziałem w tej swojej dziurze. Okazuje się, że to jednak po drodze. Wsiadam. Ale zajebiście! Luksusowo nawet bym powiedział. Klimatyzacja w samochodzie. I facet, dość szczupły pewnie kilka dobrych lat po trzydziestce. Okazuje się, że też Roman :) No i już go lubię. Głos też ma świetny, taki pełny, radiowy. Subtelnie to skomplementowałem. Pozytywnie nakręciło to całą rozmowę. Roman opowiedział mi ciekawą historię odnośnie podróżowania. Kilkanaście lat temu (może jednak miał już 40?) w USA uczestniczył w ciekawym projekcie. Pracował przy przeprowadzkach, jako osoba, która dojeżdża samochodem przeprowadzającego się do jego nowego miejsca zamieszkania. Tak pan Roman zjeździł przez kilka lat Stany zjednoczone wzdłuż i wszerz jeżdżąc niezliczoną ilością samochodów i poznając mnóstwo ludzi. Już się rozmarzyłem :) Dobra, ale ja póki co przejechałem stopem jakieś 40km, taki ze mnie podróżnik. Pożegnał mnie dość szybko bo dalej jechał w inną stronę. Wyszedłem już w znaczenie lepszym humorze. Teraz czekam na kolejnego, stoi się już znacznie lepiej, ale nadal daleko. W końcu zatrzymuje się jakiś samochód. Jedzie na konin, więc podrzuci mnie pod autostradę, a potem wziiiuuu na Poznań. Chłopak jakieś 22-23lata. Dość dziwny... Siedzi i mówi głosem kompletnie bez emocji i energii. Coś jakby rozmawiać z syntezatorem mowy. Choć mam wrażenie, że nie jest zbyt rozgarnięty towarzysko, to jednak lubię go. Zabrał mnie, jest świetny. Wyprzedzamy. Nienawidzę go. Jak można wrzucać najwyższy bieg przy wyprzedzaniu dusić tym samym samochód i wychodzić na czołowe ostatecznie rezygnując... No dobra, zdarza się trudno. Gadamy dalej. O nie, znowu próbujemy wyprzedzać. Po prawo L-ka. L-ki nie weźmiemy?! Nie. Tym razem dodatkowo kierowca obok postanawia nam pomóc i zwalnia, wtedy kiedy my też zwalniamy. Idziemy na czołowe. Szczęśliwie żyjemy i jedziemy dalej. Za trzecim razem udało się wyprzedzić. Potem chwila ciszy i pytanie znikąd. "Miałeś kiedyś leczony kanałowo ząb?" Czuję się trochę zaskoczony. Odpowiadam: nie. "a ja tak" No fascynująca opowieść. Jednak staram się to jakoś rozwiązać, mówię że to podobno strasznie niemiłe itd. No ale to tyle. Dojeżdżamy już w okolice autostrady, więc chcę aby wyrzucił mnie gdzieś przed wjazdem na nią, bo muszę dolecieć do Poznania. Podjechaliśmy więc kawałek dalej, wychodzę, a on mówi, że stąd to już na pewno będzie blisko. Dziękuję mu za podwózkę, i komuś kto mnie strzeże za przeżycie tego odcinka. Jednak patrzę dalej. Idę kawałek... Jest autostrada. Jest autostrada, jest jakiś parking i budka obok. Są bramki na autostradzie. Gdzie jest kurwa wjazd!?

Podchodzę do faceta siedzącego w budce i pytam się jak tu się dostać pod wjazd żeby jechać autostradą na Poznań? Facet się dziwnie popatrzył. Jak na debila.... Nie zdziwiło mnie to. Lecz zaraz chwilę myśli. Wjazd to kilka kilometrów. Chcę tam iść. On jednak stwierdza, że nie nie... Zobacz tam, widzisz wiadukt. No widzę, no i co? No to pójdziesz bokiem, tam przy tym białym murze, tam już nasze kamery nie sięgają. No dobra, myślę sobie, co z tego że nie sięgają? No więc przelecisz na drugą stronę tam przez ogrodzenie i za bramkami będziesz sobie łapał.

Zaraz zaraz. Czy on mi sugeruje żebym beztrosko przebiegł sobie na drugą stronę po autostradzie? Ciekawe... Próbuję wrócić do opcji z pójściem pod wjazd, jednak on zapewnia mnie, że tak będzie najlepiej. Ja zdezorientowany... nie tak mnie wykop uczył! Ale on po chwili coś zauważa. Patrz! tam są schody na wiadukt...

No i tak się stało. Schodami na wiadukt, myk myk przy barierce obok jadących samochodów, schodami po drugiej stronie autostrady. Hop przez ogrodzenie i już jestem za bramkami przy małym parkingu dla ciężarówek. Zaczynam machać. Nikt nie staje z początku. Ci którzy stoją na parkingu są na dłuższym stopie. O kurwa, ktoś idzie. Idzie ktoś z obsługi bramek, autostrady czy WTF? Stoję niby niewzruszony jednak przez głowę tysiąc myśli, czy ja tu mogę stać, czy się zwijać czy dostanę mandat czy coś? Koleś w kamizelce przechodzi obok. Olał mnie kompletnie.

Po czasie ciężarówka zjeżdża i zatrzymuje się koło mnie. Ładuję się ochoczo do środka. Okazuje się, że zjeżdża przed samym Poznaniem, na Swarzędz. A to już tylko kilkanaście km do Poznania. Sukces! Rozmowa się chwilowo nie klei. Facet pogłośnił muzykę, oho. Oznacza to, że nie chce gadać, gadka się nie klei. No trudno. Po paru minutach niemal jakby w uderzeniu nerwowego tiku wyłącza muzykę i strzela pytaniem: "Palisz zielsk?" Mnie zamurowało. Takie pytanie znikąd. To lepsze niż leczenie kanałowe! W sumie, ja zarośnięty autostopowicz, no dobra... Odpowiadam nieśmiało, że się zdarza. A facet momentalnie ożywiony, oczy mu zabłyszczały. W głowie zaświeciła się lampka, że jestem swój chłop. I od tego momentu okazało się, że to wspaniały kierowca tira. Powiedział, że szkoda że nic nie ma, bo zwykle przy fajkach nosi lufkę, ale teraz pustka. Tak to byśmy sobie zapalili. A co było potem... Ten człowiek to postać na osobne znalezisko. Opowieści o rwaniu zielska do worów w Holandii pościg strzelanina, dymanie laski poznanej w barze, dymanie autostopowiczki, ogólnie dymanie. Rozróba pod sklepem, wandalizmy, kradzież policyjnej pałki z suki. Człowiek orkiestra! W międzyczasie puszczał mi metal który napierdalał rwąc moje bębenki w kabinie jego ciężarówki.

Tak żałowałem, że ja właściwie nie mam mu co opowiedzieć. Przejrzałem dokładnie pamięć... szukam, a tam nie ma nic, nic co mogłoby w jakimkolwiek stopniu konkurować z jego opowiadaniami. Myślę sobie jednak, że już wkrótce będę mieć co opowiadać.

Szczerze urzeczony jego osobą z wielkim trudem wysiadam na drogę. Życzymy sobie szczęścia i ho ho, aż nadmiar kultury. Idę pod market na parking. Patrzę a tam facet pomaga kobiecie nieść zakupy do samochodu.

Pytam się o drogę, tłumaczą mi dokładnie i mówią gdzie mam stanąć, życzą powodzenia z wielkim uśmiechem. Przez głowę przechodzi mi myśl, jacy ludzie są świetni. Jak można być tak życzliwym? To przecież Polska, kraj kutasów i prostaków, a ja podchodzę z uśmiechem i otrzymuję uśmiech. Czy to się dzieje naprawdę? Stoję trochę czasu przy wyjeździe w stronę Poznania ze stacji benzynowej. Jestem szczęśliwy. Nie minęła 13 a ja jestem 10km od Poznania! Teraz to mogę tam dojść nawet na piechotę. Ściągam koszulkę, żeby trochę przewietrzyć ją. Trochę się posilam. Przejechałem jakieś 170km i już czuję się jak podróżnik! Czuję się przede wszystkim oderwany od rzeczywistości. Ludzie gdzieś pędzą, a ja przy barierce wietrzę sobie koszulkę i nogi :D

Ogarnąłem się i czekam aż ktoś się zatrzyma przy wyjeździe. Przeszedłem się kilkaset metrów dalej, jednak okazało się, że tam się nie opłaca stać i wróciłem. W końcu zatrzymał się samochód. A w nim dziewczyna koło trzydziestki. Śmiesznie to brzmi, ale to chyba najlepszy sposób aby ją opisać. Ogólnie stwierdziła, że nie zabiera autostopowiczów i ma nadzieje, że jej nie zamorduje czy coś. Stwierdziłem, że też mam nadzieję, że mi nic nie zrobi. Ogólnie świetna atmosfera. Była rozpromieniona i wyraźnie zainteresowana tym co robię i mówię, a może i mną? Teraz o już nic mnie nie zdziwi. Po drodze z nieustającą rozmową wysadziła mnie przy dworcu PKS. No to co? Teraz trzeba się kierować po błogosławieństwo do niebieskiego wykopowego pałacu. Bilecik kupiony, szkoda że nie mam przy sobie żadnej legitymacji... Nie ważne, należy się ulgowy to się należy!

Wyskakuję na Ostrorogiej i kieruję się na ul. Zakręt... Cholera. Już tam byłem, ale nie wiem gdzie. Tu jakieś remonty, coś rozkopane. Włączył mi się jakiś dziwny blok, taki moment kiedy nie masz ochoty na coś, mogę się zapytać o drogę w każdym momencie, ale nie mam ochoty.

No dobra, to głupie. Zapytałem się o drogę po 20 minutach łażenia w kółko i po chwili szedłem już tam gdzie trzeba. Przez myśl przechodził mi także co chwilę pewien pomysł, pomysł, że kiedy będę w Poznaniu to zrobię sobie zdjęcie z jakąś ładną laską do której zagadam bo wtedy przecież w tej podróży będę taki zajebisty... No zrobię, zrobię. Ale nie teraz, teraz lecę do wykopu.

Przechodzą przez głowę myśli... jak oni mnie tam przywitają. No no, pewnie będę gwiazdą dnia, zrobię sobie z wszystkimi zdjęcia pogadam, pośmiejemy się. Wchodzę, czekam, przychodzi Elfik. Gadamy o niczym. Żremy ciasto, pijemy herbatę. Gadamy o niczym. Reszta ma jakieś ważne spotkanie, dodatkowo zamieszanie bo będzie wchodzić nowa odsłona wykopu. Żremy ciasto. No bywa. Pogadaliśmy tak przez dobrą godzinę.Rozmowa się zupełnie nie kleiła. A przecież oboje jesteśmy bordowi...

Czy Elfik jest ładna? Oj jest, według mnie tak. Jednak rozmowa z nią była mocno drętwa... Nawet moje świetne poczucie humoru bordowego i żarty sytuacyjne nie rozkręcały sytuacji. Nadal było nudno. Czekam na Białka. Może po poprzedniej wizycie mają o mnie złe zdanie? Może. Wtedy wpadłem w tym co znalazłem w szafie i było dość czyste. Zdarte skórzane buty, czarna bluza motorhead i skórzana kurtka w towarzystwie mojej nieogarniętej fryzury i nieuporządkowanej brody z pewnością musiały dawać ciekawy efekt...

A dziś dostaję 20 wykopowych kostek w białej kopercie z wnętrzem wyściełanym folią bąbelkową, która z pewnością umili mi wiele chwil.

No cóż. Wyszliśmy na dwór. Siedzimy na schodach, na tych słynnych schodach gdzie M__B miał zdjęcie z kimśtam. Trudno, nie kojarzę zbytnio. Mają całkiem ładny ogródek. Ogólnie, część budynku należąca do wykopu wygląda całkiem miło. No ale jak na schodach to na schodach.

Ożywienie. Wpada Białek. Podaje mi swoją słynną rękę, tę samą która w polsacie... wiecie zresztą. Trochę gada gada, bije od niego energia. Taka miła odmiana od tego spokoju...

Potem Elficzka cyka nam fotkę. Mamy miny poważne...

A potem do drugiej, spontan Michała. Strzela palcem w moją stronę i daję uśmiech jakby się z czegoś śmiał, aż mnie to rozśmieszyło. Dobrze przygotowana poza, mistrz pijaru można powiedzieć.

Stwierdzam, że chce jeszcze zdjęcie z Elfikiem. I widzę jej niechęć... No w sumie racja, chcę mieć z nią zdjęcie i potem oprawić je gdzieś w ołtarzyk. Albo jeszcze fapować. Kto wie? No trudno, zgadza się. Białek cyka fotkę, jedną drugą. Pyta się czy jeszcze jakiegoś hover handa będziemy robić. Wesoły człowiek i uśmiechnięty wygląda dużo młodziej niż gdy był ekspertem w Polsacie czy nawet gdy "tworzył internet". Pada kilka pytań z jego strony. Czy teraz będę moteliku szukać? Aha, czyli nie czytałeś. Czy będę pociągiem jechać czy jak? No dobra, rozumiem, że nie czytał praktycznie o co chodzi. Dobra, szef nie będzie przecież wszystkiego przeglądał, od tego ma ludzi.

Pożegnałem się i ruszyłem dalej. Nie mając jeszcze żadnej odpowiedzi od wykopka @lisekchz zacząłem błąkać się po mieście.

Jak to miło, kiedy człowiek nie wie gdzie jest i kompletnie mu to zwisa. Nie mogę powiedzieć, że się zgubiłem. wiem, że jestem w Poznaniu i w sumie nie mogę wiedzieć w tym momencie wiele więcej, bo i tak nic mi nie mówi.

Obszedłem stary browar stare miasto... Wszystko co stare. Przechodziła mi myśl przez głowę, aby w końcu pozaczepiać jakieś laski, w końcu miałem być teraz Bogiem, miałem robić sobie fotki z gorącymi... A jestem Roman. Trochę przymuliła mnie ta wizyta w siedzibie wykopu, miałem zbyt wygórowane wymagania co do ich reakcji. W końcu to "spółka o kapitale zakładowym 400tys. zł" a nie jakieś byle co. Co to dla nich taka moja podróż.

Więc chodziłem, chodziłem i chodziłem, aż usiadłem. Usiadłem przy jakimś barze, a obok były jakieś warsztaty dla rockmanów, czy jakby to nazwać. W każdym razie miałem wreszcie okazję odpocząć na trzeszczącym wiklinowym krześle i wszamać sporą chałwę, która rozsypała mi się przy okazji wszędzie wokół.W międzyczasie dostałem wiadomość, że lisek kończy pracę dość późno i będzie mógł się ze mną spotkać dopiero po 21:30. No trudno. Więc chodziłem dalej... chodziłem i chodziłem. Nie robiąc nic sensownego, załapałem się na małą buteleczkę reklamowego darmowego Neste. Zawsze coś lepszego, niż łapanie ulotek. W końcu poczułem, że za chwilę nogi w butach mi się ugotują. Tak, przy upałach w okolicach 30 stopni halówki na cały dzień chodzenia, to nie najlepszy pomysł. Zdjąłem buty i położyłem się na murku mając wszystko w dupie. Śmieszyły mnie spojrzenia ludzi, którym nie pasowałem kompletnie do krajobrazu. Śmieszyła mnie też para, która zamierzała spędzić miłe chwile gdzieś na tym murku, jednak mój widok całkowicie niszczył romantyzm miejsca. Godzinka przerwy, mały spacerek po okolicy. I wtedy przelotnie poznałem paru Poznaniaków. Usłyszałem jak z okna kamienicy leci na pół ulicy cover nothing else matters acidów i mozila. Krzyknąłem do odurzonych alkoholem bawiących się na balkoniku bez koszulek facetów. "To wy puściliście?!" Pomyśleli, że ich atakuję i z arogancką dumą jeden wyskoczył z tekstem, że to z jego pokoju. Odpowiedziałem, że zajebista piosenka. Po sprawdzeniu czy wiem jaki to zespół i jaki album chcieli mnie częstować fajkami, nie wziąłem, nie wbiłem także na imprezę.

Czas mijał, byłem już naprawdę zmęczony i czekałem tylko na Liska. Chwilę nudy i zmęczenia przerwała raz głośna i energiczna rozmowa Romów. Myślałem, że chcą kogoś napaść/okraść. Cholera, co ten wykop ze mną zrobił... Chwilę później jeszcze jakiś idiota w BMW wchodzący w poślizg na kostce brukowej. Tyle pamiętam z tego nudnego oczekiwania. Zapowiedziałem, że raczej nie mam ochoty na zwiedzanie ulicy, przy której mieliśmy się spotkać, bo przeszedłem po niej już kilka razy. Z resztą w nogach miałem już dobre kilkanaście kilometórw i godziny stania więc ta ciężkość nie pozwoliła mi myśleć o beztroskim hasaniu po mieście.

Spotkałem się z pierwszym wykopowiczem. Od razu wydał mi się przyjazny, krótko obcięty jakiś 175cm wzrostu i serdeczny uśmiech, może dlatego, że zmierzaliśmy do sklepu po piwo.

Kupiliśmy po 3 sztuki, każda innej standardowej marki. Kiedy wpadłem do jego mieszkania, pogadaliśmy chwile, usiadłem na łóżku i... Otworzyliśmy piwo. Nigdy przedtem zwykły lech tak dobrze mi nie smakował. Poznałem jego współlokatora i jego dziewczynę. Jakoś zmęczony, pewnie tym całym dniem... nie potrafiłem wbić się w rozmowę. Słuchałem więc, o ich pracy, o ziomku do którego mieszkania wbiła policja i wytrzepali parę gram zioła itp itd.

Wspaniałą rzeczą był też ten pierwszy prysznic, kiedy wreszcie nie śmierdziałem i mogłem założyć nowe rzeczy. Pisząc na mirkoblogu liczyłem, że na dzień następny uda mi się zebrać więcej wykopowiczów i skoczyć na podbój Poznania.

Z Tomkiem, bo tak ma na imię @lisekchz, zaczęło nam się natomiast świetnie rozmawiać. Języki po 3 piwach się rozwiązały, od wspomniał, że niedawno rozstał się z dziewczyną, ja zacząłem mówić o tym, że ta podróż to w dużej części dlatego, żeby poprawić pewność siebie itd. Opowiedziałem mu trochę o tym jak robiłem kiedyś trening DC. Tak ciekawie się rozmawiało, wiecie jak to jest, trzeba będzie zaraz coś kończyć, ale nie chce się kończyć. No i magicznym zrządzeniem losu okazało się, że w lodówce znalazły się jeszcze dla nas 2 piwa. Rozmowa toczyła się dalej, do jakiejś 2 w nocy, a ja obiecałem, że jak on pójdzie następnego dnia do pracy, to ja będę miał misję, żeby znaleźć jakieś dziewczyny do wyjścia na wieczór. I tak minął poranek, dzień i wieczór pierwszy.

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst uix142o8j2:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.