Ostatnio: 20.05.2016

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Obudziłem się dość wcześnie. Choć twardo, było jednak całkiem przyjemnie. Okazało się także, że nie śpię tam sam.

Bowiem obok mnie legła sobie Gretszyn...

Nie mam siły...

Nie, że wtedy nie miałem. Choć wtedy także nie było najlepiej, miałem w końcu lekkiego kaca.

Teraz nie mam siły.

Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy.

Ile czasu już minęło, a ja opisałem jedynie 4 dni... A wspomnienia, choć ważne i pełne emocji, to jednak ich szczególy się zacierają.

Z lapka leci Lao Che, a ja mam ochotę skończyć ten rozdział swojego życia, bo trzeba żyć dalej.

Opiszę wszystko z grubsza, a niektóre fragmenty ze szczegółami.

Więc...

Broken tego dnia był bardzo zgryźliwy, a ja to mocno odczuwałem, zeszło ze mnie cale powietrze i mocno udzieliła mi się

ta atmoswera. Oglądaliśmy tego dnia filmiki na youtube i rozważaliśmy różne teorie spiskowe.

Rain man. Deszcz pieniędzy. Szatańskie przymierze w hollywood. Dziwne, ale lepsze niż reptalianie. Chemtrials.

Pokazał mi zwiastun gry, bodajże UFO, filmiki z innych gier.

Ale czem był taki, jak wspomniałem?

Okazało się, że było to prostsze niż się wydawało. Zwyczajnie miał cholernego kaca, o czym nie pomyślałem.

Zwiadzałem trochę miasta. Wspaniałomyślny nicramnet oprowadzał mnie po mieście i robił fotki, bo rozładowałem aparat.

Po zgryźliwym czasie, oraz po normalnym, przeniosłem się od Brokena do Nicramneta.

Maczałem nogi w morzu. Pierwszego wieczoru walnęliśmy jakieś piwka. Ja starałem się ogarnąć parę rzeczy przez neta. Czyli

soczewki i szkołę.

Następnego dnia on pojechał do pracy, a mi zostawił swoje jedyne klucze do mieszkania. Szok.

W międzyczasie Broken zdecydował się i zrobił swoje AMA, bo ja mogłem potwierdzić jego wiarygodność.

Swoją drogą dziwne, bo wystarczyło, że dałem komentarz pod znaleziskiem, a ukazała się ramka "wiarygodność autora potwierdzona przez użytkownika jestemRoman"

No, można powiedzieć, że nie mało się podnieciłem, że mam moc dawania ramki :P

Wpadłem jeszcze raz do niego, ale później niż miałem, no i na ktrótko, ponieważ musiał jechać na komore hiperbaryczną, czy coś w tym stylu.

Swoją drogą nadal kawał z niego chłopa.

U Marcina najpierw było lekko drętwo, ale wpadł na genialny pomysł.

Wyjął kierownicę i pedały, załączył DIRT 3 i wyciągnął jacka danielsa.

Uznaliśmy zgodnie, że dirt jest zbyt prosty dla prawdziwych graczy i stworzono go dla otyłych amerykańskich dzieci.

Im więcej wypiłem tym lepiej mi szła jazda.

To był świetny wieczór, z świetnym jedzeniem. No i alkoholem też...

Następnego ranka trochę wymęczony pojechałem SKM'ką. Dojechałem, bodajże do Redy. A potem stopem do Władysławowa. Jak się okazało Karwia jest 18km od Władka, choć tam też jest Władek. Przeszedłem większość drogi na piechotę.

Kawałek przejechałęm z jakąś kobitką.

Nadal nie dogadałem się co do zapalniczek z www.lajter.pl które obiecał mi na początku podróży dreszczyk.

Władek...

Czyli DJ_Armando okazał się być bardzo specyficznym człowiekiem. Właściwie o nim samym można byłoby napisać oddzielne opowiadanie.

Przywitał mnie uściskiem dłoni, a później perełką.

Ten wieczór był pełen pereł, był także bardzo specjalny...

Lecialy kolejne piwa. Po 6 na głowę Władek ambitnie zamówił jeszcze 4 i poszliśmy do jego ziomka oglądać mecz siatkarzy. Mieszkał on na podd... właściwie to na strychu.

Do tej pory nie wiem jak po 9 piwach zeszliśmy z tych stromych schodków.

Kiedy wróciliśmy wpadliśmy jeszcze do kuchni gdzie siedziała matka Armando i jeszcze 2 kobitki sączące wódkę.

Nawet nie wiem czmu, ale usiadłem, polaliśmy sobie dwie kolejki i gadałem z jego matką. W sumie nawet sensowne rzeczy.

Chyba. Potem wstałem i... i później pamiętam jak wstałem rano.Choć to może za dużo powiedziane, bo byłą 11.

O dziwo nie byłem skacowany. Uznałem to za niemal cud, bo przeszedłem ze stanu upojenia w stan trzeźwości bez stanu skacowania.

A jego męczyło strasznie. W sumie cały dzień nic nie robiliśmy.

Niesamowite było to co zobaczyłem w kuchni. Bo tak dobrze nie karmią mnie w domu, a teraz siedząc w akademiku i wspominając tamte chwile i złocistą skórkę pieczonego mięsa oraz świetnie przyprawione ziemniaczki...

Niesamowite.

Karwia. Tam wszyscy zajmują się przede wszystkim wynajmowanie pokojów i różnorakimi usługami.

A tak też u Władka... I choć właściwie niczym specjalnie sie nie wyróżnia to miejsce, to jest jednak tam coś, a raczej ktoś niepowtarzalny. Czyli Vladek, tak tak... Naprawdę ma na imię Vladislav i od jakis 8 lat mieszka w Polsce. Pracował jako DJ, jest bardzo rozrywkowy i jak już zauważyliście, lubi wypić.

Co się zdarzyło u Władka przez ten niemal cały tydzień?

Przede wszystkim zostałem tam tak długo dzięki naszej kochanej poczcie Polskiej.

Dreszczyk wysłał bowiem do mnie na adres w którym aktualnie mieszkałem, 5 zapalniczek które miałem rozdawać wyjątkowym wykopowiczom. Broken nie chciał, ale teraz byłem pewny, że spotkałem takiego.

No więc co się tam zdarzyło?

Jeździliśmy rowerami po półwyspie, dużo piliśmy. Może nawet bardzo dużo.

Nie będę zgrywał, że to był czas duchowych uniesień. Byliśmy pijani praktycznie co drugi wieczór. Na kacu oglądaliśmy sporo filmów. Całowałem się wtedy z 3 dziewczynami, w tym dwie trochę dokładniej zbadałem, co było skutkiem, pewnie głównie alkoholu, a także testowania tekstu. „Co byś zrobiła gdybym spróbował cię pocałować?” Nie wiesz...

Na jednej z imprez miałem się bić z jakimś facetem, ale się wystraszył i wytłumaczył mi, że to jednak jego dziewczyna, a ja chciałem ją poderwać. Innym razem grupa pijanych facetów zaatakowała nas, bo... bo byli pojebani.

Jeden krzyczał ciągle „co dojczland? Co dojczland? Ja jestem polakiem” Czy jakoś tak.

Dziewczyny które z nami były strasznie się przestraszyły, szczególnie jedna Polka, która na co dzień mieszka w USA. Po całej akcji aż się popłakała, Polubiłem ją już wcześniej, bo stwierdziła, że tylko mnie tak naprawdę do końca rozumie podczas rozmowy, bo strasznie wyraźnie mówię. A oczywiście w to mi graj, jak normalnie bym powiedział dziękuję, tak zacząłem opowiadać jak to ćwiczyłem swój głos. A właściwie jak @niebieskiasfalt mnie uczył.

Blondynka... wysoka... z amerykańskim uśmiechem i genialnym akcentem, typowo.

Była wystraszona do tego stopnia, że się popłakała.

Pewnie to, że Władek zrobił tulipana, dodało sporo dramaturgii do sytuacji.

Jak ktoś będzie wybierał się nad morze latem, to polecam. Ale nie polecam tyle pokoi u Władka, co samego DJ_Armando. To był najbardziej szalony tydzień mojego życia.

I czekałem dalej na zapalniczki.

A ich nie było. Akcja z tulipanem spowodowała, że wstrząśnięta koleżanka zza oceany zaczęła stawiać nam wódę... Następnego ranka, skacowany pisałem podanie o przyjęcie do akademika. Pomogli mi z tym wykopowicze na mikroblogu, za co dziękuję.

Poszedłem na pocztę, a tam znaczki sprzedawała dziewczyna, która 3 dni wcześniej trzymała rękę w moich gaciach.

Dość niezręczna sytuacja.

Tego dnia musiałem wyjeżdżać, a paczki od lajtera jeszcze nie było.

No trudno, po wysłaniu podania na poczcie... Podania o przyjęcie do akademika, w którym teraz siedzę, a z którego wyprowadzam się za kilka dni.

Postanowiłem, że pojadę najpierw autobusem do Wejherowa, bo nie opłaca się łapać stopa do tego miejsca. W ten tydzień potwierdził się stereotyp, że w Wejherowie mieszka mnóstwo wieśniaków jeżdżących golfami, którzy przyjeżdżają na wybrzeże robić wiochę.

Autobus był dopiero o 15. Kurwa... Trochę późno zważywszy na to, że wybieram się do Szczecina...

Stopa zacząłem łapać na wylocie z Wejherowa pół godziny, przed godziną 17...

Kurwa, jak przejechać 300 km na stopa przed zmrokiem, kiedy już niemal 17?

Jakoś nie w pełni świadomie, chciałem wyraźnie spędzić noc w ekstremalnych warunkach, gdzieś w polu, na stacji czy cholera wie gdzie.

Stanąłem na stacji z kartonem na którym nabazgrałem „Szczecin” i pytałem kolejnych ludzi, z czasem coraz bardziej uwzględniając rejestracje, aby nie zaczepiać miejscowych.

W pewnym momencie wchodziła na stację młoda dziewczyna, dość ładna, więc ja... Tak bardziej żartem niż na serio, pokazałem kartkę i zapytałem „może?”

A ona po chwili przyznała, że jedzie w tym kierunku.

Jechaliśmy razem... Próbowałem ją jakoś rozkręcić, ale okazało się, że oszukała czy coś, ją jej najlepsza przyjaciółka i ona ciągle o tym wspominała.

Ale potem, kiedy ja przygasłem, nagle się coś zmieniło. Nagle to ona zaczęła gadać, pierdoły... kompletnie absurdalny humor niczym monty python. Wkręciłem się w jej rzeczywistość i przestałem ładować siebie i swoje ego w rozmowę.

A ona...

To było niesamowite... Jechaliśmy... blask zachodzącego słońca, a ona włączyła świetną muzykę i sama zaczęła śpiewać. Chociaż fałszowała... to jednak atmosfera była bajkowa. I jeszcze te oczy w których było szaleństwo... Wielkie rozszerzone źrenice, tak jakby ćpała albo była napalona.

Nie chciałem wychodzić z jej samochodu, chciałem zostać. Zahipnotyzowała mnie sobą. Wcześniej wspominała, że jej matka tam gdzie jedzie wynajmuje pokoje, jest tam bardzo ładnie itd. Wyglądało jakby chciała żeby pojechał z nią.

Kiedy było blisko do naszego rozstania... Pół żartem pół serio, tak jak poprzednio...

Stwierdziłem, że jedziemy do niej. Kompletnie nie wierząc, że to jest możliwe i że się zgodzi. Jednak grałem pewność siebie i zdecydowanie. O dziwo stwierdziła, że ok.

Nie wierzyłem, a jednak stało się. Po raz drugi, coś co nie pasowało do mojej rzeczywistości.

Czyli można zrobić coś konkretnie w to nie wierząc i jednocześnie nie ponosząc moralnie odpowiedzialności, a jednak to może się zdarzyć. Jeśli by to się nie udało, to nie stało by się nic... Nie wierzyłem w końcu, a gdy się stało, to było niemal jak cud.

Więc po co mi wiara, kiedy mogę nie wierzyć, działać i odnosić sukcesy... A jeśli będę mieć wiarę, to mogę się rozczarować.

Głupie.

W każdym razie ona była spotkać się ze swoimi znajomymi. Byliśmy u jej koleżanki. Siedzieliśmy w kuchni a ona dała nam piwo. Siedzieliśmy przy stole który miał ze 4 metry i był z marmuru. Także na bogato.

One gadały, a ja byłem nieziemsko zamulony, próbowałem się poderwać jakoś do działania, ale na próżno.

Jednak wyczułem swoja szansę kiedy okazało się, że gdzieś w okolicy jest bar z karaoke.

No i pół żartem, pół serio, zaproponowałem, że pójdziemy na karaoke.

Tak zgodziła się. Tego wieczoru piliśmy razem piwo, śpiewaliśmy razem po wypiciu tegoż piwa...

Jak jakiś chory romantyk. To było dziwne, spotkaliśmy się parę godzin wcześniej na stacji benzynowej, a teraz wyjemy razem do mikrofonu „zaaaabiore cię właśnie tam...”

Dziwne ale piękne. Jestem Roman i teraz właśnie jestem romantykiem.

Potem przy świetle gwiazd, przed wejściem do jej domu całowaliśmy się na dopełnienie romantycznego wieczoru. I wiem co mogłoby być dalej... ale tego nie było. Ja spałem w jednym pokoju, a ona w innym.

Następnego dnia dostałem śniadanie, a ona odwiozła mnie na stację kolejową i pocałowałem ją na pożegnanie.

Tak, takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Ale jednak stało się. Na stacji kolejowej zaczepiały mnie jeszcze jakieś dziewczyny, czy nie mam scyzoryka bo koleżance metkę w bluzce trzeba uciąć...

Ale je olałem, tak byłem pochłonięty poprzednią historią.

To było dopełnienie najbardziej niesamowitego tygodnia.

Dojechałem pociągiem do Szczecina i na Dąbiu spotkałem kolejnego wykopowicza...

A raczej nie wykopowicza, bo nie ma on konta na wykopie, ale czytuje wykop i też mnie zaprosił.

Mieliśmy się spotkać przed marketem. Doszedłem tam i widzę jak w moją stronę idzie łysy facet, ponad 190cm z dziarą na przedramieniu. Niepewnie ruszyłem w jego stronę, ale okazało się, że to on, a nie jakiś facet chcący mi wpierdolić 

Bardzo rzeczowy człowiek. I inteligentny także. Właśnie... ciekawe jest to, że każdy wykopek którego odwiedziłem wydawał się być znacznie powyżej średniej IQ ludzkości, a także średniej serwisu...

W każdym razie stwierdził bezpośredni, że chciałby mi coś wartościowego przekazać, coś dzięki czemu moja wizyta u niego miałaby jakiś większy sens niż tylko kolejny przystanek.

Okazało się, że skończył te same studia na które ja się wybierałem i nie znalazł po nich kompletnie niczego. A mieliśmy rozmawiać o konkretnych planach...

Kuźwa.

Choć mam marzenia i pomysły, to nie mam konkretnych planów. A czas najwyższy na nie właśnie.

Wypiliśmy piwko pierwszego dnia. Więcej nie mógł. Żona w ciąży i lada dzień poród mógł nastąpić.

U niego zrobiłem sobie ciekawe zdjęcia w żłobku. Tak tak, jego żona prowadzi prywatny żłobek w Szczecinie na Dąbiu. Kiedy na pamiątkę dostałem wizytówkę... wiedziałem że nie będę mógł o nim nie myśleć. Zastanawiasz się dlaczego?

Nazwa żłobka to „Różowy Słonik” A więc nie myśl teraz o różowym słoniku :D

Można by z tego świetne hasło reklamowe zrobić.

Dnia drugiego w Szczecinie udało się zorganizować wykopowe piwo, a nawet trochę więcej ich poszło.

Spotkałem się w barze z Gravediggerem kuki_1988 Owczarkiemnietrzymryjskim i Gram_w_majonga.

Gadaliśmy o głupotach, głównie o wykopie, bo w końcu trafiła się grupa ludzi naprawdę zaangażowanych w serwis. Owczarek chwalił się tym jak niedawno napisał komentarz i dostał tysiąc plusów i jak ma skrypty... Nie ważne. Takie tam pitolenie przy browarze.

Powracając powaliłem trasę, choć kawałek wracałem z GraveDiggerem i umówiliśmy się, że skoro jutro nie będzie od południa jego żony to wbijam do niego i pijemy browary.

Ciekawe czy to bardziej wykop łączy, czy alkohol. Bo nie byliśmy raczej typowymi kumplami, skoro ja miałem lada dzień skończyć 19 lat a on 39...

W każdym razie wyszedłem na miasto i kluczyłem w poszukiwaniu Dąbia. Tego dnia 5 piw wyjątkowo mocno na mnie zadziałało. Pytałem kolejnych napotkanych ludzi o drogę, a nie było ich zbyt wielu, bo jakoś przed północą.

W końcu zobaczyłem przejeżdżający samochód i machnąłem ręką. O dziwo zatrzymał się.

Pytałem o drogę na Dąbie i wyszło tak, że koleś zaproponował mi podrzucenie.

No bo w końcu normalne jest wsiadanie w środku miasta do jakiegoś ciemnego samochodu o północy, ale Roman miał już trochę we krwi więc co się dziwić...

Zacząłem opowiadać o tym co robię, o podróży. On już wiedział mniej więcej gdzie mnie dowieźć, pod market na Dąbiu. Potem wypłynął trochę dziwny tekst.

Kiedy nakręcony alkohole i swoją podróżą powiedziałem, że tak podróżując jest świetnie, bo mogę też sporo fajnych dziewczyn poznać, to facet odpowiedział że...

Boże, na trzeźwo bym chyba uciekał.

Że ja w podróży to mogę i z dziewczynami i z chłopakami się zabawiać...

Ale wtedy olałem sprawę. W międzyczasie zadzwoniła do niego jego żona, była jakaś gadka o dzieciach.

Dojechaliśmy na miejsce, a on pyta... Mi by to przez gardło nie przeszło...

No i nigdy nie przejdzie.

Zapytał się, czy kiedyś facet mi robił laskę...

Powiedziałem grzecznie, że jestem hetero podziękowałem i poszedłem. Szczęśliwie nie usłyszałem wtedy dźwięku zatrzaskujących się drzwi.

Dotarłem na miejsce i chwała Pawłowi za to, że się nie wkurwił, że po nocy wracam i go budzę.

Potem wyrzucił mnie z rana na miasto o 6. Przez pierwszą godzinę się ogarniałem i żarłem coś.

Miałem kaca... po 5 maiłem, a u Władka po 10 było ok. Dziwne rzeczy się dzieją.

Taki piękny początek dnia w którym obchodziłem swoje 19 urodziny. Ale właśnie, to był dopiero początek.

Tego dnia dużo chodziłem. Nawet bardzo. Zanim złapałem pierwszy samochód przeszedłem 30km...

A facet, dzięki mu wielkie, pierwszy który się zatrzymał, zawrócił aby mnie podrzucić.

Człowiek zrobił prawie 50km wstecz tylko po to, aby mi pomóc.

Nie wiedziałem jak mu dziękować. Opowiedziałem mu co się dało, on też kiedyś jeździł na stopa. Dałem mu wykopową kostkę i powiedziałem o akcji. Mam nadzieję, że jak wszedł potem na wykop to na głównej nie było jakiegoś syfu i że mu się spodobało.

Potem jeszcze podwiozła mnie młoda pulchna dziewczyna. Kierowca tira prowadzący cysternę z którym musiałem siedzieć w jego firmowej kapotce, bo nie mógł wozić autostopowiczów i na koniec facet który dużo bluzgał i powiedział, że kiedyś z woja wracał na stopa zawsze na przepustce i obiecał, że nigdy stopowicza nie zostawi w potrzebie.

I tak dotarłem do Słubic i Ciepłokrwistego. Ale nie było to takie łatwe jak się wydaje czytając ten skrót. Przeszedłem na piechotę 42km doznając najróżniejszych kontuzji i podróżując 12 godzin.

Dostałem żarełko którego, choć było smaczne, nie byłem w stanie całego zjeść. Po prostu żołądek przykleił mi się do kręgosłupa.

Dostałem też życzenia od kumpla i tylko od niego. W końcu nie mam konta na fejzbuku i sam nie pamiętam o niczyich urodzinach więc co się dziwić?

Komiczne było jednak to, że moja matka zapomniała o moich urodzinach. Wiedziałem, że zabiegana pewnie czy coś, więc nie tragizowałem jak jakaś łajza, tylko śmiałem się z sytuacji. W końcu zadzwoniła bo mój kumpel jej przypomniał.

Tego wieczora wziąłem prysznic i przy ognisku nad odrą w pięknym klimatycznym miejscy pod drzewkiem z widokiem na Frankfurt zjadłem kiełbaski i wypiłem piwko.

Z Adrianem było ciekawe to, że jak siedziałem to mogłem z niby bez przerwy gadać, a jak wypiliśmy coś, to gadaliśmy jeszcze więcej.

Spędziłem tam 3 dni, choć planowałem jedynie jeden niepełny.

Ale ciągle gadaliśmy piliśmy i oglądaliśmy filmy.

Ciekawy, ale i skomplikowany człowiek. Zainteresowania ezoteryczne, setki dziwnych historii, doświadczenie w jeździe autostopem po całej europie.

To jedna z osób, które jeszcze kiedyś muszę odwiedzić

Piliśmy piwo w Niemczech, dziwnie tak legalnie sobie walić piwko przy ruchliwej ulicy na ławeczce.

Ale przyjemnie.

Wyruszyłem od niego dość późną porą na stopa do Nowego Miasteczka.

Łapałem stopa za każdym razem uciekając nieco ogromnej nawałnicy.

Przeskoczyłem kawałek, zaczynało padać kolejny kawałek i znowu. Kulminacyjny moment dopadł mnie w szczerym polu. Nie miałem gdzie się schronić, miałem ze sobą jedynie marną kurteczkę, a na niebie widziałem ogromne czarne chmury. Zaczęło silne wiać. Wtedy ogarnął mnie szaleńczy śmiech. Bo co innego mogłem zrobić. Stanąłem teatralnie naprzeciw wiatru i poczułem się jak bohater jakiejś opowieści.

„No dawaj! Tylko na to cię stać?!”

A stać go było na o wiele więcej, jednak wtedy jakimś cudem zatrzymała się samochodem para młodych ludzi i załadowałem się kilka chwil przed deszczem.

Podrzucili mnie do zielonej góry, gdzie udało mi się dotrzeć na stację benzynową przed deszczem. Właściwie już padało, ale nie tak jak za moment.

Potem było oberwanie chmury.

Na stacji spotkałem nałogowego hazardzistę który obiecał podrzucić mnie na następną wylotową stację, ale najpierw przejebał woreczek monet na automacie. Dowiedziałem się też, że jest fotografem na kontakcie tvn24 i robi fotki wypadków. Dał mi swoją wizytówkę.

Z następnej stacji zabrano mnie po jakiejś godzince i jeszcze przed 22 byłem w Nowym Miasteczku.

Tam odebrał mnie Albercikk. U którego byłem dość krótko. Wydawało mi się, że nie czuje się zbyt komfortowo goszcząc mnie. Miał natomiast całkiem niezłą siostrę, chociaż zamieniłem z nią ze 2 słowa.

Następnego dnia dość szybko ruszyłem dalej. Na Wrocek. Do którego dotarłem jednym strzałem z małżeństwem koło 40 bądź trochę starszym. Okazało się, że w młodości objechali Europę niemal po wszystkich krańcach na stopa.

We Wrocku przyjął mnie Frostoryginal, no i rzeczywiście był to oryginalny człowiek.

Jego samochód cały w naklejkach z kolorowymi kołpakami, ciemne okrągłe okulary i długie włosy...

To trzeba zobaczyć, nie da się tego opisać.

Opowiedział mi jak to robił Beach Party u siebie w mieszkaniu, o czym z resztą świadczyły wory pełne piachu stojące wszędzie i nie do końca zmiecione jego resztki z podłogi.

Podobno mieli tam robić z wykopkami aftera po którymś party, ale coś nie wypaliło.

Tego wieczora piliśmy na wyspie słodowej piwo z kartonem na którym napisaliśmy #wykopiwo

Jednak mimo tego i wpisu na mikroblogu, nikt się nie zjawił.

Odwiedzaliśmy bary kluby itd. Ale nic się nie działo. Do tego stopnia, że wpuszczali mnie wszędzie w sandałach...

Trudno, przed powrotem zjadłem sobie jeszcze świetny frytkebab i poszedłem spać.

Następnego dnia, strasznie zawiedziony poprzednim wieczorem Frost, pokazał mi trochę Wrocławia i odwiózł na wylot.

Po drodze, kiedy człowiek się nudzi wymyśla dziwne rzeczy. Zaczyna śpiewać piosenki, tańczyć, udawać robota i rozmawiać sam ze sobą.

W melodii z kilera „już tylko kiler...” ułożyłem chyba kilkaset zwrotek śpiewając o wszystkim co się działo.

Tego dnia stwierdziłem po raz kolejny, że starczy już picia i się naprawdę niesamowicie pozytywnie nakręciłem. W końcu jadę do OddaliMiPuzzle, a ona ma fajne cycki i kto wie...

Kiedy już dotarłem na miejsce, przechodząc wcześniej całe Opole na piechotę, okazało się, że wszystkie urojenia pojawiające się w umyśle mogły prysnąć bo Puzzle mieszka z facetem i dwoma innymi osobami.

W każdym razie, już tradycyjnie, z miejsca wziąłem prysznic a potem dostałem żarełko.

Natomiast później wyszliśmy na miasto gdzie spotkaliśmy się z jeszcze paroma osobami, w tym z wykopowiczem hrumque. Interesujący człowiek, z niesamowitą żonką której można mu naprawdę pozazdrościć...

I oczywiście złamałem przyrzeczenie dane sobie, o tym, że nie piję.

Wypiłem piwo, a potem jeszcze piwo i jeszcze trzecie.

Wróciliśmy do mieszkania i nagle wizja wódki chłodzącej się w lodówce mnie przestała brzydzić. A dodatkowo podkusił mnie tekst Aleksandry, o tym, że jeszcze nie widziała, żeby ktoś upił jej faceta...

No i z lekka tego wieczora upiliśmy się wszyscy...

Potem na kacu i na trzeźwo już nie było tak euforycznie, było raczej nudno. Zwiedzanie dla odbębnienia i takie tam.

Większość widzi tylko, że OddaliMiPuzzle ma świetne cycki, ale mało kto potrafi zauważyć że...

Tyłek ma także świetny...

Pojawił się problem, bowiem wykopek z Katowic do którego miałem wpaść, nie odzywał się. Pewnie to był trolling... Jednak w ostatniej chwili pojawił się konalny1 z Sosnowca.

Dotarłem tam po podróży na stopa z jakimś dziadkiem, który pracował jako kurier i pomagałem mu taszczyć paczki z laboratoriów. A potem autobusem z Katowic, do Sosnowca. Sosnowiec, czyli miasto mamy Madzi i ludzi którzy potrafią ukraść rower komuś kto na nim nadal jedzie...

Chwała mu za to, że tak nagle potrafił się zaoferować. Wypiliśmy z jego kumplami po piwku, a potem oni wpadli do niego chlać, a ja poszedłem spać.

Mówił, że jak „my jesteśmy wykop, tak oni bardziej karaczan”

Nie myślałem jednak, że dosłownie. W nocy na wpół przytomny słyszałem śpiewy o jebaniu małych dzieci i przygrywki gitarą. A koło 2 w nocy wbił jeden spać na kanapie w pokoju tam gdzie ja i wybebłotał „wykop efekt!”

Kolejny dzień... Szalony pomysł... Zapomniałem kurtki wziąć z Opola, więc postanowiłem wrócić na stopa do Opola, a potem polecieć na Kraków.

Ciężko było się wydostać z tej aglomeracji. Jeszcze miałem jakiś zły nastrój. A jak mam zły nastrój, to nie chce mi się kontaktować z ludźmi i chodziłem jak debil samemu szukając na ślepo trasy.

W końcu stwierdziłem, że mój nastrój nie może mi wszystkiego psuć. Nastrój jak pogoda, wpływa na ciebie silnie, ale możesz założyć deszczówkę gdy pada. A wtedy padało dość ostro.

Udało mi się wydostać na wylot z Bytomia, choć znów przez swoje dziwne kaprysy przeszedłem na piechotę z 10 km...

Stałem wyciągając rękę... Nikt specjalnie się nie kwapił aby mnie zabrać.

Po jakiś niecałych 2h stanął jednak jeden miły dziadek, który po drodze opowiedział oczywiście pół historii swojego życia w dużym skrócie. Miły człowiek.

Ale nie udało się za jednym strzałem. Potem jeszcze ktoś mnie podrzucał, ale nie pamiętam kto, lecz końcowy, w tym odcinku drogi, kierowca zapadł mi w pamięć. Przykoksowany, słuchający rapu ziomek, który wydawał się jednak być inteligentny. Rozbiła mnie jednak jego opowieść o dziwkach w Amsterdamie i stwierdzenie „ale to sztuczny sex jest, bo żeby się z nią całować musiałem 10euro dopłacić”

Jak kto lubi...

Dojechałem na miejsce i znowu na piechotkę przez pół opola do OddaliMiPuzzle po kurtkę, a potem znowu na nóżkach do wylotu.

I tak trafiłem w końcu o godzinie 18 na wjazd na autostradę, gdzie ruch był jakieś 2 samochody na minutę, z czego większość wyjeżdżała.

Teraz byłem już niemal pewny, że będę spać sobie na ławeczce, która znajdowała się na parkingu przed bramkami.

Zjadłem sobie jogurt, FruVita z biedry... Całkiem niezły.

Pukałem do okien samochodów wjeżdżających na autostradę. Dziwnie się przy tym czułem bo nie chciałem być natarczywy. W końcu stwierdziłem, że stanę wcześniej i będę tylko wyciągał kciuk.

Napisałem do Ciepłokrwistego o sytuacji, on zadzwonił aby dodać mi otuchy, a minutę po tym jak odłożyłem słuchawkę zatrzymał się samochód.

Jedzie w drugą stronę... Tak sobie pomyślałem.

Zapytałem się czy w stronę Katowic, okazało się, że tak. Ucieszyłem się niezmiernie, ale zakomunikowałem, że jeszcze będę musiał do Krakowa...

Ale my jedziemy do Krakowa.

To było niewyobrażalne. Gdzie moja rzeczywistość, a to? Wybuchła we mnie taka euforia... Ciężko to tak teraz opisać...

Byłem tak zaskoczony... tak jakbyś powiedział do pięknej dziewczyny w tramwaju „cześć” a ona na to „jedźmy do mnie?” Tak, że mimo euforii, wydaje ci się, że coś tu musi być nie tak, albo to jakiś bug w systemie. Jednak po chwili jedziesz i szczerze gówno cię to obchodzi, jak i dlaczego. Chcesz zwyczajnie, żeby to trwało.

I jechałem, znów przy zachodzącym słońcu i pięknych krajobrazach. Choć tylko częściowo, bo na autostradzie na większości odcinków niewiele widać.

Jednak jadąc w tym euforycznym uniesieniu, na kolejnym wzgórzu ukazał mi się piękny widok i łzy same popłynęły z oczu.

Dojechałem do Krakowa, na dworcu po odczekaniu jakiś 20 minut przybył po mnie @Zyngi.

Podśpiewywałem sobie i niemal tańczyłem czekając tam na niego.

Pogadaliśmy trochę, pojechaliśmy do jego mieszkania. Nowe osiedle, wprawdzie na uboczu, ale świetne mieszkanko. Cudny był przede wszystkim barowy blat przy kuchni i stołki.

Wypiliśmy po 4 piwa i poszliśmy spać.

Tak, za dużo pije.

Następnego dnia poszliśmy zwiedzać i uwiecznić mnie na kilku zdjęciach. Napisałem też wtedy, żeby DJ_Armando wysłał zapalniczki do Krakowa.

Swoją drogą, zapalniczki też trochę zrobiły drogi, a lajter.pl dał mi nie tylko zapalniczki, ale przedłużenie pobytów w Karwii, no i jak się okazało w Krakowie także.

Tego dnia staraliśmy się zorganizować spotkanie. No i udało się.

We 4 spotkaliśmy się na rynku, a potem polecieliśmy na kopiec Krakusa, bo tam mieliśmy cynk od jednej wykopowiczki o wyświetlanym filmie.

Odyseja kosmiczna 2001 nie jest fajnym filmem na wypicie sobie piwka w wesołej atmosferze.

A szczególnie jak siedzisz na samym końcu i nie masz soczewek.

Ale spotkaliśmy tam jeszcze wykopowiczkę, która była...

Była całkiem, całkiem.

Pewien wykopowicz będący z nami musiał uciekać o 23, bo rano do pracy jednak kiedy tak piłem piwo i siedziałem...

Widzę w jego oczach, że ma ochotę zostać dłużej.

4:30 w mieszkaniu wykopowiczki... Zyngi, choć trzeźwy, to leży na łóżku i strasznie chrapie. A kolega który musiał wracać o 23 właśnie się zbiera.

Roman romantyk...

Jak można siedzieć kilka godzin słuchając antyradia ballads. Jednak nie jestem chujem, a romantykiem.

Później siedziałem na łóżku obok niej, a z drugiej mojej strony chrapał Zyngi.

„Chcesz mnie pocałować?”

Tym razem się nie udało... Dziwna hipnotyczna atmosfera...

I pytanie, czy całowałem się już z jakąś dziewczyną podczas podróży.

Przeleciałem szybko myślami. Ciężkie słowa przyjdzie wypowiedzieć, ale szczere.

„Tak szczerze... to nie”

Otworzyłem usta, żeby powiedzieć coś innego niż z nich się wydobyło. Sam nie wiedziałem jak to się stało.

Jednak jestem chujem...

Siedziałem tak z nią do 6 rano, wtedy stwierdziła, że musimy z Zyngim spadać, bo nie uśnie.

No więc trzeba było...

On poszedł do łazienki, a ja brałem już kurtkę i... Zobaczyłem jak stoi oparta o ścianę, odchylona lekko do tyłu, nie mogłem się powstrzymać. Wtedy z wolna, delikatnie pocałowałem ją, lecz ona praktycznie nie zareagowała.

I kiedy wychodziłem i chwyciłem jeszcze jej rękę, to poczułem, że nie chce jej puścić, lecz ja poszedłem. Potem mieliśmy się jeszcze spotkać, ale kobieta zmienną jest, z resztą dobrze zrobiła, że się ze mną nie spotkała, bo była bardzo uczuciowa, a ja bym pojechał lada dzień...

Następnego dnia byłem cały czas zamulony. Nie chciałem za mocno wykorzystywać Zyngiego, który, można powiedzieć, że mnie karmił i poił :)

Pojechałem potem do Blida, który mieszka całkiem niedaleko od Wawelu, w świetnej miejscówce i sporym mieszkaniu. Pierwszego dnia... Tak tak, piliśmy.

Poczęstował mnie nawet kieliszkiem absyntu.

Kiedy przełknąłem przypomniało mi się, że to ma 70%, a ja łyknąłem na wydechu, a stara szkoła picia nakazuje pić spirytus na wdechu, jednak absyd mocno ziołowy i nie piekł tak mocno jak mogłoby się wydawać.

Wyskoczyliśmy do lokalu... Oj to był kosztowny wieczór. Pierwsze piwo 8,50. Płacz i zgrzytanie zębów...

Wpadli też znajomi Blida i jeden wykopowicz, który znów musiał wracać o 23, ale teraz już na serio.

Jest 3 w nocy. Blid dawno sobie poszedł bo musiał do pracy rano wstać, a ja zostałem z jego znajomym, który pracuje w Krakowie jako DJ i oczywiście z wykopkiem, który musiał wcześnie wracać... Tak tak.

Tym razem o 3, więc wcześnie, się zebrał.

A co się zdarzyło w klubie? A w klubie było mnóstwo obcokrajowców. I było tam drogie piwo. Uroiło mi się coś, że będę udawał Angola z Manchesteru. I tak podbijałem do kobiet mówiąc „Ajem Ejdam from menczesta”

Jakiś Niemiec przy barze postawił mi przy barze pięćdziesiątkę i piwo.

Jednak Polska wódka nie działa dobrze na Niemca. Wypił połowę i rzygnął pod bar. Nikt nawet nie zwrócił uwagi. W końcu rzygnął to rzygnął, po co drążyć temat?

Później poznałem jeszcze ludzi z USA i stwierdziłem, że teraz też będę z „ju es ej” i jeszcze „from Luizjana”

Też nie poszło. Może przez to, że ledwo składałem zdania po angielsku i brakowało mi słów.

No nic. Zamknęli bar, a ja i DJ poszliśmy na kebaba. Stwierdził, że muszę zostać do piątku, to będę mieć zdjęcia w DJce itd. Ale obaj stwierdziliśmy, że jak wytrzeźwiejemy, to nam się odechce.

Poszliśmy na kebab. Było jakoś po 5. A tam, gdzie był kebab... zaczęli mówić do mnie po Angielsku, tylko dlaczego? Jak potem Krzysiek (Blid) powiedział „ tylko angol może być nawalony o 5 rano w samym środku tygodnia”

W każdym razie byłem pijany, bo stwierdziłem, że oni tam nie mówią po Polsku. W końcu chyba to możliwe?

Ale jak facet pytał o sos i wymsknęło mu się przed „spajsi” ostry. To mózg mi chwilowo zadziałał i odpowiedziałem porozumiewawczo „ ostry kurwa” I obu nam ulżyło, sprzedawcy i mi, że nie musimy się męczyć z tym obcym językiem.

O jakiejś 5:30 wróciłem. O 9 wstałem, bo musiałem iść z Blidem po klucze, do mieszkania.

Walnąłem litrowego energetyka i byłem już zdrowy.

Jego kobieta, która przyjechała wieczorem, narzekała, że nawet ona nie ma kluczy do jego mieszkania jeszcze... btw. Podobnież wkrótce będą brać ślub...

Zostałem jeszcze jedną nockę, a potem szczęśliwie doszły zapalniczki od Dreszczyka.

Od razu zauważyłem, że żarowymi szybciej się przypala, nawet palce.

No i ruszyłem dalej. Do Stalowej Woli.

I całkiem szybko mi się udało. Pierwszy stop po 3 samochodzie. Zatrzymał się facet, który na wszystkich na drodze ostro bluzgał, a dla mnie był cholernie miły.

Potem 10 minut i następny. Jedynym problemem było to, że musiałem zużyć połowę wody, a to dlatego, że krew poszła mi z nosa jak stałem na słońcu.

A z brodą i dłońmi we krwi, nawet uśmiechając się, a może głównie wtedy, nie zachęcałem zbytnio do zatrzymania się.

Także do Stalowej dotarłem bez problemów, jednak na początku Jacek nie odpowiadał.

Zapytałem się, o ulicę gdzie miałem dotrzeć, pewnej dziewczyny. Właściwie to nie przypadkowej.

Była taka... hmm... taka i tutaj... i tam...

No ale niestety nie wiedziała gdzie to.

Wiadomość od Jacka! Pod kinem Ballada będzie czekał.

Idę się znów kogoś zapytać.

Wiadomość od Boga... Idzie znów ta sama dziewczyna. Więc zrównałem krok, dostosowawszy się do jej rytmu i co powiedziałem. Wyjęła słuchawki i spytała czy znalazłem ulicę. Nie, teraz kino Ballada.

No i teraz wiedziała gdzie to jest. Zaproponowałem, żeby mnie zaprowadziła. A ona na to...

Że mnie zaprowadzi. Zaprowadzi, bo ma po drodze akurat.

Jak zawsze po dojściu do celu miałem świetny humor i promieniowałem energią, więc byłem najlepszą wersją siebie w tym momencie. Całkiem dobrze szła gadka, ja szedłem coraz bliżej niej, jednak przypomniało mi się, że promieniuje ode mnie zapewne nie tylko energia, ale i zapach potu.

Doprowadziła mnie na miejsce i niestety nie udało mi się nic zdziałać, powiedziała, że następnego dnia z rana wyjeżdża. Trudno.

A Jacek, szczupły osiemnastolatek, u którego byłem tylko na jeden nocleg i standardową liczbę 3 piw. Poznałem też kilku jego ziomków i opowieści o Stalowej. Miasto rowerów... Zobaczyłem filmik gdzie facet przez całe miasto biegł na golasa, a także słynny „czy lubi pan czytać książki” którego akcja działa się właśnie w Stalowej.

Okazało się, że jego brat jest podróżnikiem i był właśnie gdzieś w Azji.

I dostałem pyszny... gdzie tam pyszny. Zajebisty obiad!

No i jeszcze więcej ciekawostek:

Ludzie z sąsiadującego z STW Niska, nie mają kierownic w samochodach i ich ulubionym zajęciem jest jeżdżenie główną ulicą STW w tę i z powrotem. Sylwia Grzeszczak napisała nawet o nich lekko tragizującą piosenkę która leci jakoś „Co z nami będzie kiedy spotkamy się na zakręcie?”

Następnego dnia oni mieli jechać na jakieś ognisko i prawie się dałem namówić, żeby zostać jeszcze jeden dzień. Dodatkowo JKM miał wtedy swój stand up w jakimś lokalu, więc to była kusząca propozycja, jednak się ogarnąłem i ruszyłem dalej. Dalej na Chełm, bo i tak, mimo że Łomica Zdrój wypadła z planu trasy, to miałem spore opóźnienie. Bo minął już prawie miesiąc, a zostało jeszcze kilka miejsc. Nie sprawdziło się także stwierdzenie mojej mamy „Zobaczysz, tygodnia nie wytrzymasz i będziesz wracał do mamusi”

A ja ruszyłem dalej, na wschód! Począwszy od kierunku na Lublin przypomniałem sobie radę faceta, który podwoził mnie w drodze wcześniej. Jak poznać, który z trzech facetów idących w płaszczach jest z Lublina? Ma płaszcz wkasany w spodnie...

I coś nawet w tym było, bo widziałem paru dziwnie wkasanych w Lublinie.

O ile do Lublina dojechałem jednym strzałem z kierowcą tira, który był strasznie wkurzony, bo wiózł farbę w plastikowych wiadrach i po każdym mocniejszym hamowaniu czy wstrząsie oglądał się, czy nie zostawia białej smugi na asfalcie.

Szkoda mi go było, więc na pocieszenie dałem mu jednego lajtera, którego miałem sobie zostawić, no ale ja przecież nawet nie pale papierosów.

Lublin cały przeszedłem na piechotę. Ponad 2 godzinki marszu w dobrym tempie.

Ale jakże się ucieszyłem, jakie cudne miejsce... Wyjazd z miasta, na dwa kierunku wprawdzie jeszcze, ale ostatnie światła i sto metrów dalej zatoczka dla autobusu.

Cudnie, cudnie...

Nie.

Stałem męczyłem się i nic. Byłem cholernie zmęczony i miałem tylko pół butelki wody.

W końcu usiadłem sobie na krawężniku, mając nogi 20cm od krawędzi drogi i chyba mi się trochę przysnęło. Czyjś klakson mnie obudził, oj tam trochę mi się oko przymknęło.

Patrzę na zegarek... aha, przymknęło mi się na jakieś 20 minut.

Ciekawym poczuciem humoru wykazali się faceci jadący golfem, którzy stanęli w drugim końcu zatoczki i kiedy obiegłem do nich i zdążyłem otworzyć usta... odjechali.

W każdym razie potem, żabimi skokami dotarłem do Chełmu.

Tam miałem zostać 2 dni, ale pojebały mi się dni tygodnia i w wiadomości napisałem, że zostanę do poniedziałku. Więc zostałem dłużej.

Bnt712... Co ciekawe, chyba we wszystkich najbardziej odległych od domu miejscach czułem się najlepiej, a tutaj mogłem odpocząć od alkoholu choć trochę, bo nocowałem u piłkarza. A dokładniej obrońcy Chełmianki, trzecioligowego zespołu, jednak on ma ambicje na coś większego i myślę, że wkrótce mu się uda.

Przywitał mnie razem ze swoja kobietą. Oboje bardzo wyluzowani i świetnie mi się z nimi rozmawiało.

Verka miała akurat urodziny i okazało się, że mam jeszcze jedną zapalniczkę od Dreszczyka, trochę się nią bawiłem po drodze, więc uprzedziłem, że mało gazu itd. Ale chciałem coś choć symbolicznie dać.

Za to objęła mnie serdecznie, mimo ostrzeżenia, że jestem strasznie spocony.

Tam przede wszystkim ciągle rozmawiałem.

W niedziele był mecz.

Tomek grał, a my kibicowaliśmy. Chełmianka, po niesamowitej bramce, po której aż złapałem się za głowę, wygrywała 1:0. Wygrywała do 80 minuty...

Skończyło się 1:2

Smutek, ale potem piwko i film i wszystko od razu lepiej.

Umówiliśmy się z Tomkiem, że będziemy wspólnie robić stronę internetową, bo mam świetny pomysł i plan, a on trochę umiejętności. (niestety nie wyszło)

Kolejnym celem był Białystok. Tak, Białystok, legendarne miasto.

Dotarłem tam mając wielkiego fart. Na cztery samochody które mnie podwoziły 3 miały klimatyzację, a najdłużej czekałem jakieś 15 minut...

Ostatni, kto mnie podrzucał był Litwinem i okazało się, że znał Polskę lepiej niż ja, szkoda że z językiem trochę gorzej.

W Białym odebrał mnie Cineczeq. Podjechał kultowym peugeotem 206.

Z początku miałem wrażenie, jakby był nieśmiały.

Ale szybko się przekonałem jak niesamowicie było ono błędne. Zobaczyłem mnóstwo absurdów Białegostoku. I pierwszego wieczora przekonałem się, że moja kariera alkoholowa się kończy.

Jedna z rzeczy, którą nauczył mnie była niejako deską do trumny. Picie shotguna...

Trochę piw w ten sposób, trochę normalnie i 6 czy siódmego nie byłem w stanie dopić, a do tego film mi się urwał. Tragedia.

I tak poległem haniebnie u Cineczka, szczęśliwie na łóżku na którym miałem spać, na osławionej dzielnicy Dziesięciny.

Rano obudziło mnie bicie dzwonów z najsłynniejszego kościoła prawosławnego w Polsce. Nie byle jakie bicie. O 6 rano jakaś dziwna melodyjka, a potem o pełnych godzinach kilkanaście pojedynczych uderzeń co kilkanaście sekund. To jest straszne, kiedy uderzenie cię budzi i już ponownie usypiasz już prawie i... BAM! A przy każdym następnym masz nadzieję, że to było ostatnie.

Poznałem wielu ciekawych ludzi. Krzysztof „Diablo” Włodarczyk... Andrzej... Tak, Andrzej i jego niesamowite historie, których niestety mi nie opowiedział :( Lecz przy pokerze można było śmiało podpuszczać wołając „wchodzisz Andrzeju” a Andrzej z zimną krwią nie wchodził aż do końca.

Dnia drugiego, kiedy właśnie poznałem Andrzeja i Diablo, nauczyłem się także jak zrobić szybkie studenckie tanie śniadanie. Czyli pasztet, bułki, jogurt i piwo. Wszystko konsumujemy na ławce w parku.

A wieczorkiem poker na grube piniondze, nawet nieźle mi szło.

Z Cineczkem przegrałem piwo na gruszce. Nigdy tak słabo mi nie poszło...

Tego wieczoru ja byłem dla odmiany trzeźwy, a on bardziej wcięty, tylko że ja prawie nie piłem.

Po drodze śpiewaliśmy jeszcze przeboje zespołu Figo Fagot.

BAM!

Pobudka. Zostałem pięknie odprowadzony na drogę wylotową. A jego poprosiłem jeszcze o jedno. O to, aby opisał na wykopie magiczne zjawisko. Żeby pokazał jak tworzy się historia, jak powstało i funkcjonuje plemię meneli mieszkające w zaroślach, mające strażnika i bez przerwy utrzymujące ogień.

Do warszawy dotarłem jednym strzałem. Rozmowa po drodze była dość drętwa. Ciężko w końcu rozmawiać wtedy gdy ktoś siedzi z przodu i mówi tak cicho, że nie potrafię nic zrozumieć.

A w Warszawie szedłem do Kuleczki, szedłem, szedłem, aż w końcu doszedłem. A ona jeśli to czyta, ma pewnie jakieś skojarzenia, bo niewątpliwie jest lekko zboczona :) Ale zarazem ciekawa osobowość i żałuję, że trafiłem na nią na sam koniec kiedy myślami byłem już w domu.

W Warszawie już, można powiedzieć, dogorywałem towarzysko. Udało się zrobić największe w całej mojej podróży wykopowej, było 6 osób, czyli niemal uskładaliśmy wystarczającą ilość do tego, aby prowadzić protesty pod sejmem. Wypiliśmy parę piwek. Poznałem lagodna5 – naszego fotografa, maciek_gi czy jakoś tak... facet na różowym rowerze. Mhrok – rowerowy maniak, który przypominał mi syna lidera zespołu „Zacier” czyli DJ’a mrufke, ale jednak jest za stary, choć rejon zamieszkania niebezpiecznie podobny... Był tam jeszcze najsłynniejszy kucyk wykopu, który dostał bana w ostatnim czasie. No i jeszcze Kuleczka69.

Wypiliśmy sobie piwko w plenerze i zjedliśmy kebaba żeby tradycji stało się zadość...

Następnego dnia miałem do odwiedzenia jeszcze jeden podwarszawski punkt, którego nie było na mapie.

Po instrukcjach od Kuleczki dojechałem autobusem do celu. No i doszedłem do miejsca zamieszkania mojego najlepszego wykopowego kumpla, z którym rozmawiałem od ponad roku i bardzo mi pomagał, a ja starałem się pomóc jemu.

Byłem bardziej podenerwowany niż gdybym jechał podrywać jakąś laskę. Ale cieszyłem się jakbym właśnie po to jechał. Znaczy tak, ale w inny sposób. Dobra... już nie kluczę więcej z tymi porównaniami.

Niebieskiasfalt, bo to jego odwiedziłem, wyglądał trochę inaczej niż go sobie wyobrażałem. W końcu zawsze tak jest z ludźmi z Internetu. Wystarczy spojrzeć na moje zdjęcia. Ba, zobacz swoje wpisy na wykopie a potem spójrz w lustro... Nie ten sam człowiek!

Co i jak z Adrianem, to myślę, że jeszcze wkrótce się dowiecie. Ja powiem tyle, że wypiliśmy piwko, ale teraz już lekkie, zjedliśmy coś, gadaliśmy... No i musiałem jechać.

I wtedy przyszedł mi do głowy z lekka szalony pomysł. Było już bowiem ciemno, a ja do Warszawy nie autobusem tylko na stację i stopem. Jakiś starszy pan mnie zabrał dość szybko, co mnie rozochociło i postanowiłem zrealizować bardziej szalony pomysł... Ruszyłem na stopa w stronę Łodzi.

Gubiłem się, kluczyłem, przechodziłem przez wszystkie niedozwolone miejsca na drodze.

Ale to było to czego oczekiwałem od podróży. Bo było w niej za mało szaleństwa. Tak, nadal za mało.

Zaspokoił mnie trochę moment gdy po filozoficznej rozmowie z jednym facetem, zostawił mnie przy zjeździe w połowie drogi do Łodzi na środku autostrady pół godziny przed północą.

Stałem tam, na uboczu, bez żadnych odblasków, mając jedynie latarkę i jasną koszulkę założoną na kurtkę.

Spędziłem tam 2 godziny, a było mi już naprawdę zimno. Żeby nie oszaleć...

Właśnie, żeby nie oszaleć zachowywałem się jak świr. Darłem mordę na cały głos, ćwiczyłem growlowanie, układałem swoje własne piosenki.

Świecenie lampką nic nie dawało. Nikt nie stawał.

Aż w końcu, kiedy jechał tir świeciłem najpierw w jego stronę machając latarką, a gdy już miał mnie minąć poświeciłem sobie na twarz i gestem palców strzeliłem sobie symbolicznie w łeb.

A tir się zatrzymał. Okazało się, że zobaczył cokolwiek kątem oka dopiero gdy na siebie poświeciłem, choć wydawało mi się, że autostrada jest nieźle oświetlona, to jednak mnie nie było widać....

Usypiając słuchałem radia dla tirowców. Leciała jakaś piosenka a autostopie. Ciepło i miło.

Myślałem, czy wychodzić w Łodzi, ale tam nie miałem do kogo iść.

Pojechałem więc do Sieradza, tam przesiedziałem na przystanku kilka godzin i pojechałem rano wprost do domu.

Wszedłem do domu i to było dziwne... Bo wchodzę, a tam wszystko niby takie jak zawsze było, ale patrzę i wszystko widzę jakby inaczej, jakbym bardziej zwracał na wszystko uwagę i był skupiony, wszystko stało się nowe. Siadając przy kompie zobaczyłem, że mój monitor jest kwadratowy, a klawiatura nie pasuje mi do dłoni, a wszędzie gdzie byłem brakowało mi mojego komputera, do którego byłem przyzwyczajony.

Człowiek tak siedzi i czuje, że to co właśnie skończył robić... To na zawsze zmieni coś wewnątrz.

Zakończyłeś coś, lecz to zawsze będzie częścią ciebie, a to co było wcześniej, teraz jest jakby inne i mniej ważne po tym co właśnie zrobiłeś... takie dziwne uczucie...

I tak właśnie zakończyła się moja podróż 37 i jednej nocy.


Nie miałem siły dalej szczegółowo opisywać, a musiałem opisać, choć tak jak teraz.

Chciałbym napisać książkę, lecz nie dam rady.

Chciałbym, żeby to weszło na główną wykopu, ale nie dla mnie tylko dla nich:

@lisekchz: @ludzik: @veroniki: @Plaski87: @nicramnet: @DJ_Armando: @Cieplokrwisty: @albercikk: @Frostoriginal: @ OddaliMiPuzzle: @kolnay1: @Zyngi: @blid: @taxilko: @bnt712: @Cineczeq: @kuleczka69:

Chciałbym jeszcze coś zrobić, coś o co nie śmieli prosić.

Jeśli chcecie być bliżej z wykopem, to polecam w wakacje pojechać do Karwii http://www.nadmorzem.net.pl/oferta/Karwia-Tina i przeżyć niezapomniany czas, chyba, że @DJ_Armando was tak schleje, że z tym zapominaniem będzie różnie.

Gdy będziecie szukać żłobka w Szczecinie ba Dąbiu to warto pomyśleć... to koniecznie trzeba tutaj http://www.rozowyslonik.pl

Kiedy także w Szczecinie będziecie kupować jakieś gry w media markt, to @GraveDigger będzie wdzięczny jeśli... nikt z was nie będzie nic od niego chciał.

Kiedy będziecie szukać jakiś starych gierek to mam dobrą stronę z bezpośrednim downloadem którą zrobił @Blid http://www.staregry.org.pl/

A gdy zechcecie komuś kupić prezent w postaci zapalniczki, to wspomnijcie człowieka, który mimo tego, że nie widziałem go nigdy na oczy to niesamowicie wpłynął na moją podróż. A i sam zaryzykował wysyłając mi zapalniczki.

http://www.lajter.pl


A co do mnie... Chętnie może kiedyś wpadnę na jakieś #wykopiwo w Poznaniu aby jeszcze powspominać. Więc piszcie w razie czego na mail romek9933@gmail.com

Wtrynię coś jeszcze od siebie. Jakbyście szukali jakiegoś sprzątacza, specjalisty od wszystkiego (byłem w końcu bordo) czy pomysłu na stronę internetową, to piszcie na mail.

Co tu będę dużo gadać, potrzebuję jakiejś pracy, bo z kasą krucho, a miło by było pracować dla wykopka na magazynie. Milej niż po prostu na magazynie :)


I na koniec przepraszam za wszelkie niedomówienia nieścisłości nie docenianie i ogólne niedojebanie. Podróż mnie nie przerosła, przerosło mnie jednak jej relacjonowanie.

Przepraszam administracje, za to, że nie opisałem ich zbyt kolorowo tylko jak gbur, ale i śmieję się z nich przez to jak dali się strollować 

No i jeszcze... Elfie, fajna dupa z ciebie, a opisałem tak jak opisałem pewnie dlatego, że nie miałem szans Cię poderwać. Nie wiem, z moją świadomością słabo, a podświadomości już kompletnie nie ogarniam.












Komentarze

  • 8211 8211 (*.neoplus.adsl.tpnet.pl)

    fajnie, że ogarnąłeś w końcu :]

  • TwójWiernyFan TwójWiernyFan (*.neoplus.adsl.tpnet.pl)

    Szkoda, że tak krótko. Całą wielką wyprawę zmaieściłeś na zaledwie kilku stonach.... :( Myślę, że niepotrzebnie starałeś się zrelacjonować każdy dzień - może lepiej było by się skupić na pojedynczych wydarzeniach?

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst 5rk72kpyyn:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.