Ostatnio: nigdy

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

NR 229 - NASZE WIELKIE FAJANSOWE WESELE

Pierwsza chronologicznie była wyprawa do Radomia.

Pokazuję Wam kilka zdjęć z 26 marca 2017 roku. Prawdopodobnie żadne nie jest wykonane przeze mnie. Skorzystałam z galerii internetowej tygodnika Gość Niedzielny oraz z fotek udostępnionych grzecznościowo przez rodziny uczestników wydarzenia.

Kim są mężczyźni stojący w katedrze radomskiej?


ec1d10501e2f3c6ac3231c14de2ebbd1 orig




Prawda, że wyglądają intrygująco? Zakonnicy? Lektorzy?

Myślę, że nic Wam nie da wskazówka, że to ludzie świeccy, mężowie i ojcowie.





Pochodzą z diecezji radomskiej z dwudziestu pięciu parafii. Ustanawia ich biskup, a wyznacza proboszcz. Przez parę miesięcy byli przygotowywani do podjęcia niezwykle zaszczytnej posługi. Ta służba nie jest powszechnie znana ani akceptowana w Polsce. A jednak coraz więcej świeckich zostaje nadzwyczajnymi szafarzami Komunii Świętej. Co to znaczy?




Zwyczajnym szafarzem komunii Świętej jest ksiądz. Jednak w wyjątkowych przypadkach do rozdawania Komunii Świętej miejscowy biskup posyła inne osoby. Ma to sens, gdy po rekolekcjach dużo osób przystępuje do Komunii Świętej. Głównym jednak zadaniem nadzwyczajnego szafarza jest zanoszenie Pana Jezusa chorym do domów

i szpitali. Ksiądz z parafii stara się dotrzeć do każdego raz w miesiącu. Nadzwyczajny szafarz może nawet

co tydzień. Jest to posługa nieodpłatna.

Na poniższym zdjęciu nowi szafarze nadzwyczajni stoją z biskupem Henrykiem Tomasikiem.





Te zdjęcia upamiętniają posłanie ponad czterdziestu kolejnych mężczyzn do pracy na terenie ich parafii. Nadzwyczajny szafarz nie może posługiwać w innej diecezji bez zgody miejscowego biskupa.

Ba, nie może tego robić nigdzie, gdyby nie uzyskał zgody własnej małżonki.

Poniżej stoję z Włodkiem. W oczy rzuca się piękny, duży Krzyż, który w tym dniu biskup Tomasik wręczał każdemu kandydatowi. Zresztą nie tylko Krzyż przyciąga. Za mundurem panny sznurem. Włodek to przystojniak i jestem bardzo dumna gdy nosi mundur, a teraz białą albę.

Doświadczenie mówi, że nadzwyczajni szafarze, dzięki bliskości Najświętszego Sakramentu, z czasem doznają wielkiej przemiany serca. Oni stają się bardziej ludzcy, a ich rodziny spokojniejsze.





Teraz wydarzenie roku, a może XXI wieku? Mój syn powiedział TAK. Przez siedem lat rozpatrywał swoje powołanie. Podjął próbę czasu, podczas której miał skończyć studia. Po obronie pracy magisterskiej miał zamiar wstąpić do seminarium. Jaką drogę miał wybrać? Zostać mężem i ojcem? A może jednak kapłanem i ojcem duchowym? W końcu zdecydował, że założy RODZINĘ. I co dalej? Ano, to co zwykle, czyli ślub. Ale jak pogodzić to, że Młodzi pochodzą z różnych regionów Polski? Kto będzie miał blisko, a kto musi dojechać?

Ślub w parafii Panny Młodej, czy tu, gdzie Młodzi mieszkają już od wielu lat? A potem? Huczne wesele, czy tylko obiad dla rodziców i rodzeństwa?

Padały propozycje. Powoli zaczął wykluwać się nietypowy scenariusz. W zarysach przypominał wydarzenia sprzed trzydziestu sześciu lat. Otóż miesiąc przed stanem wojennym składaliśmy naszą przysięgę wzajemnej, wiernej i dozgonnej miłości. Ponieważ nikt nie zamierzał sponsorować wesela studentom, szukaliśmy jakiegoś sposobu radosnego przeżycia tego dnia z przyjaciółmi. Ksiądz Proboszcz parafii Św. Józefa Oblubieńca

w Warszawie na Kole zaproponował nam salkę katechetyczną pod plebanią. Młodzież zajęła się resztą. Bawiliśmy się wspaniale bez alkoholu całą noc. Nawet odwiedził nas patrol milicji obywatelskiej wezwany przez kogoś życzliwego, a komu nie podobały się nieznane dotąd hałasy.

Tym razem Święty Józef też nie pozostał obojętny. Wszak jest również Patronem parafii w Pruszkowie.

Ksiądz Proboszcz zgodził się na przyjęcie gości w salkach pod kościołem. Grupa Odnowy w Duchu Świętym postanowiła swoim Dzieciom zastawić stół. Ja nieśmiało zaproponowałam przywiezienie fajansowych wazonów. I nagle szok! Syn oznajmił, że zgadza się na fajans nie tylko do kwiatów. A zatem mam przewieźć tonę naczyń. Fajans jest ciężki. Woziłam co tydzień po kilka pudeł talerzy, pater, półmisków, wazonów, miseczek, pucharów

i kubków.

Jak udekorować sale? Szukałam pomysłów. Może palmy wielkanocne na stołach? A może puste ramy

na ścianach? Mieszkamy w pobliżu Opoczna. To jeden z regionów, w których nadal żywa jest tradycja tworzenia kwiatów z papieru. Ja sama tego jeszcze nie umiałam, ale nietrudno było znaleźć twórców

za miedzą. Na poniższym zdjęciu zobaczycie nasz pokój wiejski zamieniony w magazyn. Po lewej stronie są wspaniałe palmy papierowe, a na stole popularne palmy z barwionych traw.





Pomysł z ramami też chwycił. Syn miał się zastanowić czy będą puste, a zatem czy ma to być ozdoba

z niedomówieniem, czy jednak coś w nich umieścić. Na poniższej składance widzicie sześć ram. Te dolne zawisły w sali weselnej. W górnym rzędzie są dwie ramy ozdobione kwiatami zrobionymi na szydełku. Znalazłam je w internecie i bardzo mnie zainspirowały. Doszłam do wniosku, że mam dość czasu, żeby właśnie na szydełku zrobić wszystkie dekoracje ścienne. Przeceniłam swoje siły. Nawał pracy zawodowej i ciągłe wyjazdy

do Pruszkowa przeplatałam spaniem w każdej wolniejszej chwili. Na robótki brakowało czasu. Wybrałam prostsze rozwiązanie. Kupiłam sztuczne kwiaty. Zresztą nie tylko je, bo również inne materiały dekoracyjne, których w końcu nie zdążyłam wykorzystać.

W prawym górnym rogu składanki umieściłam dużą ramę nawiązującą do Małego Księcia.

Jest Róża i Lisek na planetce. Z początku na ramie przysiadł baranek, ale moja rodzina nie zaakceptowała tej

wersji.





Dlaczego na ramie z Różą i Liskiem chciałam umieścić baranka? Ma on podwójną symbolikę. Mały Książę chciał mieć na swojej planetce baranka, który wyjadałby młode pędy baobabów. W książce prosił Pilota o narysowanie mu właśnie tego zwierzątka. Czytelnicy Małego Księcia bez trudu zrozumieliby połączenie tych trzech elementów w jednej ramie. Historia Złotowłosego Chłopca jest już nieodłącznie związana z naszą rodziną. Młodzi umieścili rysunek Małego Księcia z Różą na swoim zaproszeniu ślubnym. Ja kilka lat temu napisałam książkę o dalszych losach Liska i Pilota. Wszyscy posługujemy się skojarzeniami z książki Antoine’a de Saint-Exupéry'ego.

Lisek to nauczyciel przyjaźni, oswajania, tworzenia więzi. Róża zaś to ta JEDYNA, ukochana na zawsze,

ta wybrana z tysiąca innych róż. Piękna, choć kapryśna istota bez której chłopiec nie może już żyć. To o nią dbał, to nią się opiekował. To dla niego układała co rano swoje płatki. To właśnie oni spędzali ze sobą każdy dzień.

A baranek? Wspomniałam, że jego symbolika w tym wypadku jest podwójna. Panna Młoda obchodzi imieniny 21-go stycznia. Jej patronką jest Święta Agnieszka Rzymska. W ikonografii przedstawiana jest z barankiem.

Jej imię to właśnie łacińskie agnus – baranek. Dlatego od pewnego czasu używamy baranka jako symbolu NASZEJ Agnieszki.

Poniżej więc widzicie dwie ramy. Jedną, nawiązującą do Małego Księcia i wartości, które promował.

Drugą, symbolizującą szczęśliwą dziewczynkę. Zauważyliście jemiołę na tej fikuśnej ramce?





Teraz niezbyt udane zdjęcie ściany z ramami. Nie wszystkie są puste. Celowo wymieszałam je ze starymi portretami ślubnymi przodków, żeby nawiązać do wartości rodziny, przypomnieć ciągłość pokoleń i znaczenie tradycji. Nie zabrakło również świętych obrazów z naszego domu. Od wieków Patronem naszej rodziny jest Święty Józef. Przywieźliśmy dwa obrazy Świętej Rodziny. Na jednym Dzieciątko Jezus bawi się z barankiem. Zaś Święty Józef z drugiego obrazu i ojciec Pana Młodego są do siebie niesamowicie, zaskakująco podobni.

Z tego powodu to mój ulubiony obraz. Czy można znaleźć wspanialszą wskazówkę jaki powinien być mąż

i ojciec w rodzinie? Cichy, pracowity, opiekuńczy, rozmodlony, kochający, potrafiący słuchać, witany z radością, obdarzony zaufaniem, dający poczucie bezpieczeństwa. Długo można wymieniać cechy męża, które pokazuje ten konkretny obraz. Jest co medytować. Musiałam go na tej sali weselnej powiesić.





Opuśćmy teraz główną salę. Korytarz zastawiliśmy wiejskim stołem.

Miały być dwie ławki, jednak nawiozłam tak wiele dekoracji, że dostawialiśmy ciągle kolejne.

Wyroby przywiozła rodzina panny Młodej z okolic Kalisza.

Na pierwszym zdjęciu mamy wygląd ogólny tego stołu.





Teraz kilka zbliżeń. Co bym wskazała jako ciekawe?

Choćby łowickie motywy na obrusie. Ostatnio ktoś wpadł na genialny pomysł folkowego wzoru i coraz częściej można spotkać takie obrusy, pościel, torby, wstawki na odzieży.

Zupełnie po lewej widzicie coś na kształt stołeczka. To drewniana praska do odciskania sera. Starsze pokolenia mogą jeszcze pamiętać tradycyjny sposób wyrabiania sera. Zsiadłe mleko wlewało się do płóciennego woreczka. Serwatka odciekała i zostawał wspaniały, zdrowy i przesmaczny biały ser. Najczęściej miał kształt trójkątnego rożka. W niektórych regionach woreczek z mlekiem przyciskano kamieniem. Tam powstawały sery w krążkach. Miałam szczęście w dzieciństwie w Kiernozi kosztować taki ser doprawiany solą, był żółtawy i arcysmaczny. Wręcz jest to smak niezapomniany. W niektórych gospodarstwach wytwarzano ser biały z użyciem praski, które obecnie pokazuje się turystom w skansenach. Taką właśnie praskę tu postawiłam.

Na tym zdjęciu widać sześć ceramicznych rzeczy. Od lewej to współczesny chlebak z firmy BIRKO, kilkudziesięcioletnia kucharka fajansowa, ale nie z Włocławka. Zaś z tego właśnie miasta stoi duży, stary, fajansowy PĘKATEK malowany na brązowo. Ma prawie sześćdziesiąt lat. Duża biała gęś ze współczesnej oferty dekoracji ogrodowych i bardzo słabo widoczne dwie duże, brązowe formy do wypieków z Niemiec, w kształcie baby i chłopa.








Na kolejnym ujęciu wskażę przede wszystkim na brązowy wazon z porcelitu (?).

Przywiozłam go nieprzypadkowo. Otóż jest to przedstawiciel wyrobów z czasów PRL-u właśnie z Pruszkowa.

Na wiejskim stole umieściłam też kilka talerzy tego samego producenta, ale na zdjęciach ich nie widać.

Na szczycie koziołka z wędlinami przycupnęły dwa dzięcioły. Wiklinowa kaczka zaś w koszyku wysiaduje jaja

(na twardo) z leśniczówki z województwa świętokrzyskiego.








Ostatni rzut oka na wiejski stół. Ceramiczny worek na orzechy kupiłam w firmie BIRKO.

Bardzo polecam ich wyroby. Ta firma ma bardzo szeroki asortyment, Wyroby są ładnie malowane. Można składać zamówienia indywidualne co do kolorów czy napisów. Najbardziej podobają mi się ich zegary kuchenne.





Teraz przejdziemy do sali konsumpcyjnej. Pod kościołem są dwie duże sale połączone korytarzem. Jedną zastawiliśmy stołami. Dekoracje na nich to głównie małe, fajansowe wazoniki, które są "cukrem w cukrze" mojej kolekcji. Nazywam je zawadiaki vel czupurki ze względu na ich ramionka, którymi podpierają się pod boczki. Pojawiło się też kilka wazoników innych kształtów. W tych wazonikach umieściłam bukieciki z żywych kwiatów. Jednak w oczy rzucają się głównie cudowne palmy z Falbowa. Nietuzinkowe, niespotykane, całkowicie oryginalne. Stoją w średnich wazonach fajansowych. Nie ma chyba nikogo, kto by nie zwrócił na nie uwagi.

Kilka palm zostało wybłaganych przez gości i poszło w świat.

Na stołach było jedzenie nasze i wszelkich darczyńców, których było około pięćdziesięciu. Głównie to byli parafianie, ale też niektórzy przyjezdni goście podrzucili półmisek koreczków.

















Na sali z Młodymi znalazło się miejsce na torty weselne. Nie wszystkie się zmieściły.

Na zdjęciu nie widać kolejnych figurek na torty, a szkoda, bo były fajne.





Tym zdjęciem kończymy przegląd dekoracji i przechodzimy do kościoła na uroczystość zaślubin.

Nie mam żadnych zdjęć z Młodymi, więc konsekwentnie pokazuję fajans.

Obok klęczników stanęły dwie duże półmetrowej wysokości amfory z liliami.

Wszak to kwiaty Świętego Józefa!





Teraz możemy już zajrzeć na salę konsumpcyjną w trakcie przyjęcia.

Tu stanęła firma cateringowa z rosołem i bigosem. W założeniu sala konsumpcyjna miała być używana rotacyjnie. Czyli kolejne grupy gości opuszczały salę z Młodymi i przychodziły na poczęstunek. Było sześćdziesiąt miejsc siedzących i wszystko bardzo się tu dobrze rozkładało w czasie. Kiedy jedni stali w kolejce do składania życzeń, inni jedli. Jeżeli ktoś zamierzał dłużej posiedzieć i pogadać, też nie było żadnego problemu. Jedzenia nie zabrakło. Jedynie rosół skończył się zbyt szybko. To jednak moja wina, bo nie spodziewałam się,

że będą chętni i zamówiłam tylko sto porcji. Można było więc nadrabiać bigosem, bo jego było kolejnych dwieście porcji.

Jak poradziliśmy sobie z brakiem stałych miejsc przy stole? Po prostu kolejne dania goście nakładali sobie

na eleganckie talerzyki papierowe. Po zjedzeniu wyrzucali je i stół był cały czas nakryty wyłącznie potrawami

do jedzenia. W założeniu bowiem całe przyjęcie miało przypominać szwedzki stół. Goście mogli swobodnie chodzić i korzystać z tych dań, które im pasowały. Ja sama skosztowałam chyba z dziesięć sałatek z kilku stołów.

Tak samo było z napojami. Za każdym razem goście brali sobie nowe szklaneczki.

Ktoś zrobił ciekawe spostrzeżenie, że jest to pierwsze przyjęcie weselne, na którym w centrum uwagi

nie są goście, a Para Młoda. To rzeczywiście bardziej przypominało luźny festyn niż typowe wesele.

Główną atrakcją byli Młodzi i spotkania towarzyskie uczestników.








Wiejski stół zupełnie był bez krzeseł, ale to przecież normalna praktyka, że tu nikt nie zasiada :-)





Zamówiona była fotobudka i tu niestety nie do końca dobrze wyszło, bo część gości w tłoku nie zauważyła,

że należy ten kącik odwiedzić. Tak więc w księdze gości zabrakło wielu pamiątkowych fotografii.

Nie pojawił się magik z występem dla dzieci, ale nie wiem czy ktokolwiek jego nieobecność szczególnie odczuł.

Na fotkach pokazuję Wam mnie z moim Ojcem, który ma już dziewięćdziesiąty czwarty rok życia. Jest bardzo sprawnym człowiekiem, który codziennie znosi (i wnosi!) z pierwszego piętra rower. Dla zdrowia przejeżdża sobie kilkanaście kilometrów. Obsługuje telefon dotykowy, czyta bez okularów, ma ogromną wiedzę i można

z nim rozmawiać na wszystkie tematy. Oczywiście nadal prowadzi samochód po Warszawie i nawet

na dłuższych trasach, co wielu dziwi w Polsce, ale nikogo nie zaskakuje w innych krajach, gdzie ludzie starsi są inaczej postrzegani w społeczeństwie.

Dzielę się też z Wami jedynym zdjęciem Młodych. Mam nadzieję, że nie zastrzegą tego zdjęcia. Ostatnio wiele osób nie życzy sobie zamieszczania ich wizerunku w internecie. To robi się coraz bardziej kłopotliwe dla blogerki mojego pokroju.








No i po przyjęciu kolejne dni na sprzątanie. Tu dwa zdjęcia z sali konsumpcyjnej.








Nie odmówię sobie ogromnej przyjemności pokazania Wam prezentu, który otrzymała Matka Weselna,

czyli ja, szalona Falbanka. Jestem kolekcjonerką fajansu włocławskiego. Był produkowany przez półtora wieku,

ale ja lubię wzornictwo od lat 60-tych do czasu zamknięcia fabryki w 1991 roku. W mieście Koło nie udało się ocalić tradycji produkcji i malowania fajansu. We Włocławku kilka osób próbowało wykorzystać doświadczenie pracowników, malarek i nadal produkować fajans. Kolejne firmy powstawały i upadały. Obecnie istnieje FABRYKA FAJANSU na ulicy FALBANKA. Swego czasu zostałam w niej gościnnie przyjęta i mogliście relację

o tej wycieczce przeczytać w blogu. Cały czas mam zamiar zamówić kiedyś w nowej fabryce kilka wyrobów, których brakuje mi w kolekcji. Do tej pory miałam zaledwie trzy drobiazgi tej współczesnej produkcji.

Po tym długim wstępie wróćmy do prezentu. Otóż na wesele zaprosiłam Króla z Włocławka. Wraz z Żoną zamówili w Fabryce Fajansu kilka przedmiotów, na których malarka umieściła wizerunki Młodych.

Może nie do końca Młodzi są do siebie podobni, ale weźcie pod uwagę, że Pani Jolanta Leszczyńska dysponowała tylko konturowaną miniaturką z zaproszenia ślubnego.

Prezentem dla mnie jestem zachwycona z wielu powodów. Choćby z tego, że dostałam właśnie deskę ceramiczną na ścianę, a jestem prawdopodobnie największym kolekcjonerem desek w Polsce.

Jest to więc wisienka na torcie mojej kolekcji.





Na tym kończę relację wesela od kuchni. Nie mam w tej chwili jeszcze żadnych zdjęć. Dlatego dzielę się z Wami tym co mam. Jeszcze dodam, że szczerze Wam polecam Fabrykę Fajansu we Włocławku. Kontynuują bardzo starą tradycję zamawiania okolicznościowych pamiątek. Malują na zamówienie logo firm, albo umieszczają napisy. Teraz okazało się, że zamówienie portretu też jest możliwe. Polacy znają od lat koszulki z napisami

i kubeczki, ale ja polecam fajans :-)

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst mgf5pzzum4:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.