Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Ostatnio: 03.07.2013

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Rodzina Ulmów

Miłość silniejsza niż strach

Cała rodzina zginęła, ponieważ ratowali Żydów

Józef Ulm urodził się w 1900 r. Był znanym w okolicy utalentowanym sadownikiem, hodował pszczoły i jedwabniki. Był także społecznikiem, bibliotekarzem i działaczem katolickim. Jego wielką pasją było fotografowanie.

O 12 lat młodsza żona Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi – w ciągu siedmiu lat małżeństwa urodziła ich sześcioro, a w momencie śmierci była w zaawansowanej ciąży.

Od lipca 1942 r. rozpoczęły się w Polsce niemieckie "polowania na Żydów"; każdy, kogo Niemcy złapali poza gettem, był rozstrzeliwany.

Nie ominęło to Markowej. Wieś zamieszkiwało kilka rodzin żydowskich. Latem 1942 r. niemiecka żandarmeria zaczęła je zabierać do aresztu i wiadomo było, że w następnych dniach tych ludzi czeka śmierć.

Od kiedy Józef Ulm i jego żona Wiktoria przygarnęli pod swój dach dwie rodziny żydowskie: Szallów i Goldmanów, razem 8 osób – nie wiadomo. Wszyscy oni mieszkali przypuszczalnie na strychu przez 2 lata. Gospodarze nie brali od nich wynagrodzenia; wszystkie kosztowności pozostały przy ukrywających się. Żydzi pomagali Ulmom w pracach, ale tylko tych, które mogły być wykonywane w ukryciu, więc na przykład w garbowaniu skór, czym Józef dorabiał na potrzeby domu.

Ulm liczył trochę na oddalenie swego domu od innych zagród Markowej oraz na solidarność sąsiadów, nie mogących nie zauważyć pewnych symptomów, po których można było przypuszczać, że Ulmowie nie są w domu sami.

Nie wiadomo do dziś, pomimo zebrania obszernej dokumentacji dotyczącej losów wojennych Markowej, kto i w jakich okolicznościach zadenuncjował Ulmów.

24 marca 1944 r., bardzo wczesnym rankiem, rozegrał się dramat.

Niemcy wpadli do uśpionego jeszcze domu. Zastrzelili ukrywających się i gospodarzy (Wiktoria oczekiwała za kilka dni narodzin siódmego dziecka), na końcu ich dzieci. "Ja pamiętam tamtą noc" – mówi mieszkanka Markowej. "Nie widziałam, ale słyszałam. Najbardziej było przerażające to, jak zastrzelili rodziców. Na całą wieś słychać pewnie było to, co ja słyszę do dzisiejszych dni – wołanie i płacz dzieci. Coraz cichsze. Tak, za każdym razem, kiedy rozlegał się strzał, wołania były cichsze, bo ich już ubywało. Aż wreszcie umilkły".

„Przed chałupę wyprowadzono też Józefa i Wiktorię i tam zastrzelono. Wśród krzyków i płaczu żandarmi zastanawiali się, co zrobić z szóstką dzieci. Po krótkiej naradzie Dieken zdecydował, że je także należy rozstrzelać. Trójkę lub czwórkę dzieci własnoręcznie zamordował Kokott. Krzyczał przy tym: patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów. Od kul zginęły wszystkie dzieci Ulmów: Stasia, Basia, Władziu, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie matki, która właśnie zaczęła je rodzić.”

Dodam, że po odkopaniu grobu rodziny Ulmów, znaleziono tam ciała siedmiorga dzieci. Siódme dziecko urodziło się po zastrzeleniu matki.

Mimo tej tragedii, w Markowej wojnę przeżyli: rodzina Barów, rodzina Riesenbachów, rodzina Weltzów, rodzina Lorbenfeldów, rodzina Cwynarów i Jakub Eihom – razem 17 osób.

Podczas II wojny światowej Polska była jedynym krajem, w którym za pomoc Żydom groziła kara śmierci, mimo to, to właśnie Polaków jest najwięcej pośród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Według szacunków historyków z IPN w ratowaniu Żydów w czasie hitlerowskiej okupacji brało udział ok. 1 miliona Polaków. Kilkanaście tysięcy Polaków zostało zamordowanych przez oddziały SS za ukrywanie osób żydowskiej narodowości. Głównym motywem takiej heroicznej postawy było ewangeliczne wezwanie do miłości bliźniego.



Rodzina Ulmów

Miłość silniejsza niż strach

W czasie hitlerowskiej okupacji 12 X 1939 r. gubernator Hans Frank wydal rozporządzenie grożące Polakom karą śmierci za jakąkolwiek pomoc udzielaną Żydom.

Według szacunków historyków z IPN w ratowaniu Żydów w czasie hitlerowskiej okupacji uczestniczyło ok. 1 miliona Polaków. Kilkanaście tysięcy Polaków zostało w bestialski sposób zamordowanych przez oddziały SS za ukrywanie osób żydowskiej narodowości. Głównym motywem takiej heroicznej postawy było ewangeliczne wezwanie do miłości bliźniego, które podjęła także rodzina Ulmów.

Wieś, jakich wiele w Polsce

Józef Ulm urodził się i spędził całe swe 44-letnie życie w Markowej w powiecie przeworskim - w pięknej, bogatej w tradycje ziemi przemyskiej. Zdjęcie pokazuje wyraziste rysy przystojnego mężczyzny, z których można wyczytać lata ciężkiej, codziennej pracy i niecodziennego chleba. Józef, pochodzący z biednego 3-hektaro-wego gospodarstwa wiejskiego, musiał sam się dobijać lepszego losu. Ukończył 4-klasową szkołę powszechną, a potem -z wynikiem bardzo dobrym - szkołę rolniczą. Był inteligentny, pomysłowy i rzutki. W swoim gospodarstwie zastosował różne innowacje. Zajął się szkółkarstwem oraz hodowlą jedwabników. Zbierał nagrody na wystawach rolniczych, nie stronił od pracy społecznej i udziału w młodzieżowych organizacjach religijnych. Każdemu chętnie służył pomocą.

Dopiero mając 35 lat, ożenił się z Wiktorią Niemczak; stworzyli razem ogromnie kochającą się rodzinę. Józef, złota rączka, zbudował sam aparat fotograficzny, dzięki któremu mamy dziś kolekcję zdjęć jego żony oraz sześciorga dzieci: najstarszej Stasi, Basi, Władzia, Franusia, Antosia i Marysi. Widać na nich zdrowe, okrągłe buzie zadbanych i otoczonych miłością dzieci. Dzięki gospodarności i pracowitości rodziców zamożność Ulmów wzrosła na tyle, że Józef, licząc się z rosnącymi potrzebami rodziny, mógł sobie pozwolić na zakup większego, 5-hekta-rowego gospodarstwa w Wojsławicach, w żyznej ziemi sokalskiej. Rodzina szykowała się do przeprowadzki, gdy wybuchła II wojna światowa. Okupacja niemiecka na ziemi przeworskiej nie różniła się od tej w innych częściach Generalnej Guberni. Na wsi była to udręka obowiązkowych, bardzo wygórowanych kontyngentów, ciągła kontrola oraz rewizje gospodarstw, zakaz handlu produktami rolnymi, wywożenie młodzieży na roboty przymusowe do Niemiec, pobór mężczyzn do prac budowlanych (tzw. baudienst) lub do prac związanych z obsługą frontu wschodniego (czyli do tzw. prac za San), łapanki, terror, kara śmierci za byle co. Na terenie gminy Markowa działały struktury podziemne Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich.

"Żydzi na śniadanie, Polacy na obiad"

Wcześnie też zaczęły się przygotowania okupantów do eksterminacji ludności żydowskiej. Na początku kazano Żydom nosić opaskę z gwiazdą Dawida, a potem zmuszano ich do różnych robót - głównie fizycznych - bez wynagrodzenia. Od 1941 r. zabroniono im opuszczania miejsca zamieszkania i zaczęto tworzyć dzielnice żydowskie po miastach i miasteczkach, zwane gettami. Wtedy to, czując zagrożenie, wiele rodzin żydowskich zaczęło opuszczać miasta w nadziei na znalezienie schronienia po wsiach. Od lipca 1942 r. rozpoczęły się niemieckie "polowania na Żydów"; każdy, kogo Niemcy złapali poza gettem, był rozstrzeliwany.

Nie ominęło to Markowej. Wieś zamieszkiwało kilka rodzin żydowskich. Latem 1942 r. niemiecka żandarmeria zaczęła je zabierać do aresztu i wiadomo było, że w następnych dniach tych ludzi czeka śmierć.

Kto mógł, uciekał. Jedna Żydówka, żegnając się z polskimi sąsiadami i przeczuwając wspólnotę losu wobec niemieckich apetytów eksterminacyjnych, rzekła: "My na śniadanie, Polacy na obiad".

Uciekano głównie do lasu, w zarośla i w jary, zwane w tych okolicach "potokami". Józef Ulm w takim właśnie "potoku" kopał ziemiankę - schron dla ukrywającej się znajomej rodziny "Ryfków", jak ich nazywano we wsi. Niektóre rodziny żydowskie znalazły schronienie w polskich domach i gospodarstwach. Wiadomo na pewno, Ś że wyzwolenia doczekało w Markowej 17 Żydów, ale to przypuszczalnie niepełna ich liczba. Od kiedy Józef Ulm i jego żona Wiktoria przygarnęli pod swój dach dwie rodziny żydowskie: Szallów i Goldmanów, razem 8 osób - nie wiadomo. Wszyscy oni mieszkali przypuszczalnie na strychu. Gospodarze nie brali od nich wynagrodzenia; wszystkie kosztowności pozostały przy ukrywających się. Żydzi pomagali Ulmom w pracach, ale tylko tych, które mogły być wykonywane w ukryciu, więc na przykład w garbowaniu skór, czym Józef dorabiał na potrzeby domu. 3-hektarowe gospodarstwo musiało wyżywić 16 osób. Wymagało to nie lada wysiłku, ale Ulmowie byli "(...) katolikami nie tylko z metryki, ale przede wszystkim z uczynków. Całym życiem świadczyli o przynależności do Chrystusa. Mimo ogromnych trudności materialnych wychowali sześcioro dzieci, nikomu nie proponowali, że któreś z nich dadzą na wychowanie. Pomimo ubóstwa dzieci były zadbane i nie były głodne... Potrafili zdobyć się na heroizm, poświęcając życie całej rodziny dla ratowania drugiego człowieka, czym dali dowód miłości bliźniego, a zarazem swojego chrześcijaństwa"'- wspomina bratanek Wiktorii Stanisław Niemczak.

Józef Ulm nie był egzaltowany, myślał trzeźwo, więc wiedział, na co naraża siebie i całą swoją rodzinę, gdyż w Generalnej Guberni jakakolwiek forma pomocy Żydom ze strony Polaków była karana śmiercią, a wyroki wykonywano bezlitośnie - dla odstraszenia innych.

Ulm liczył trochę na oddalenie swego domu od innych zagród Markowej oraz na solidarność sąsiadów, nie mogących nie zauważyć pewnych symptomów, po których można było przypuszczać, że Ulmowie nie są w domu sami.

24 marca 1944 roku

Nie wiadomo do dziś, pomimo zebrania obszernej dokumentacji dotyczącej losów wojennych Markowej, kto i w jakich okolicznościach zadenuncjował Ulmów.

Pewną przesłanką może tu być historia jednej z ukrywanych rodzin^ spisana przez Mateusza Szpytmę: "Szallowie zamieszkiwali przed i na początku wojny w Łańcucie. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", rozpoczęli poszukiwania schronienia. Obiecał im je Aleksander Leś, posterunkowy w Łańcucie, z pochodzenia Ukrainiec. Za pomoc mieli mu oddać dom i pole, które posiadali. Gdy to uczynili, wkrótce wyrzucił ich z ukrycia. Udali się wtedy do Markowej i przechowywali się u Ulmów. Gdy nieuchronnie zbliżał się koniec niemieckiego panowania, Leś zdał sobie sprawę, iż zagrabiony majątek może stracić. Postanowił więc, że musi doprowadzić do ich zagłady. Uzyskanie informacji, gdzie przebywali, nie było zbyt trudne. Podobno Leś, kiedy się dowiedział, że Szallowie przechowują się prawdopodobnie u Ulma, przyjechał do Markowej i pod pozorem zrobienia zdjęcia udał się do ich domu, by ocenić, czy informacja może być prawdziwa" . Był zaledwie początek wiosny. Miało się już ku końcowi okupacji, bo front wschodni się zbliżał. Represje niemieckie wobec ludności polskiej nasilały się. W dowództwie żandarmerii w Łańcucie zapadła decyzja o zlikwidowaniu kryjówki Żydów w domu Ulmów w Markowej. Akcją dowodził Eilert Dieken.

24 marca 1944 r., bardzo wczesnym rankiem, rozegrał się dramat. Na rozkaz niemieckiej żandarmerii towarzyszyły jej cztery furmanki polskich gospodarzy, przeznaczone na wywóz żydowskiego dobra z kryjówki. Już podczas akcji wezwano też sołtysa z kilkoma ludźmi do kopania grobu.

Niemcy wpadli do uśpionego jeszcze domu. Zastrzelili ukrywających się i gospodarzy (Wiktoria oczekiwała za kilka dni narodzin siódmego dziecka), na końcu ich dzieci. "Ja pamiętam tamtą noc" - mówi mieszkanka Markowej. "Nie widziałam, ale słyszałam. Najbardziej było przerażające to, jak zastrzelili rodziców. Na całą wieś słychać pewnie było to, co ja słyszę do dzisiejszych dni - wołanie i płacz dzieci. Coraz cichsze. Tak, za każdym razem, kiedy rozlegał się strzał, wołania były cichsze, bo ich już ubywało. Aż wreszcie umilkły".

Oprawcom bardzo zależało na tym, by sporo ludzi widziało zbrodnię. Jeden z żandarmów powiedział do furmanów: "Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów". Kiedy po chwili przybył wezwany przez Niemców sołtys z ludźmi do grzebania ofiar, zapytał dowódcę, dlaczego zamordował dzieci. Ten odpowiedział cynicznie: "Aby gmina nie miała z nimi kłopotu".

Zaczął się rabunek najpierw mienia zamordowanych Żydów. Jeden z oprawców znalazł przy zwłokach Gołdy Goldman pudełko z kosztownościami i schował je do kieszeni, mówiąc: "Tego mi było potrzeba". Zabrano też co się dało z dobytku Ulmów. Tymczasem kopano groby dla Ulmów i tych, którym chcieli zaoszczędzić takiego losu. Po zbrodni i rabunku nastąpiła pijatyka...

"Nie ma większej miłości..."

Na co się zdała ofiara rodziny Ulmów, skoro i tak nie uratowali tych, którym udzielili schronienia, a wydali na zagładę siebie i swoje dzieci? W oczach ludzkich "(...) zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie (...)", jak mówi Księga Mądrości (3,2-3); "Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę" (Mdr 3, 6).

Ileż poświęcenia i miłości wymagały od wszystkich - gospodarzy i ukrywających się - te miesiące czy lata wspólnego życia w takich warunkach, w ciągłym strachu - ale także w nieustannym zawierzeniu Bogu. Bez oparcia w modlitwie i ufności nie sposób sobie tego wyobrazić. Jak dojrzewały charaktery, ile wzajemnej dobroci, cierpliwości, wyrozumiałości było trzeba, aby znosić to wspólne życie. Ile czujności i odpowiedzialności musiał każdego dnia wykazywać Józef, ileż ciężkiej pracy, troski i ufności wymagało od ciężarnej Wiktorii karmienie 16-osobowej gromady ludzkiej z zasobów ubogiego gospodarstwa. W tej atmosferze dzieci dojrzewały ponad swój wiek.

Chyba wszyscy dojrzewali. Świadectwo i przykład rodziców i gospodarzy musiały udzielać się pozostałym. Skoro Bóg zechciał, aby połączyło ich nie tylko wspólne życie, ale i wspólna śmierć wszystkich, nie wyłączając nikogo, nawet najmłodszych - to mamy prawo widzieć w tym znak jakiejś mistycznej solidarności losu, wspólnie zaniesionej przed Boży tron i przyjętej ofiary, skoro Bóg zechciał ich wszystkich razem, w jednej godzinie, przytulić do swego ojcowskiego łona. "(...) oni trwają w pokoju" - mówi Księga Mądrości (Mdr 3, 3).

Na ziemi też o nich nie zapomniano. W 1995 r. izraelski instytut pamięci ofiar Holocaustu Yad Vashem przyznał pośmiertnie Józefowi i Wiktorii Ulmom medal "Sprawiedliwi wśród Narodów Świata". W 2003 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny całej rodziny Ulmów. 24 marca 2004 r., w sześćdziesięciolecie ich śmierci, w Markowej został odsłonięty pomnik ku ich czci.

Świadectwo rodziny Ulmów to nie tylko chwalebna karta z dziejów Markowej, ziemi przemyskiej, Polski - to świadectwo jest żywe i mówi do nas. Swoją ofiarą niesie przebaczenie i temu judaszowi, który ich wydał, i oprawcom, którzy wykazali tyle okrucieństwa i cynizmu - ale przede wszystkim uczy nas heroicznego otwarcia się na potrzeby drugiego człowieka. Przede wszystkim na każde poczęte nowe życie, potem na zagrożonego złem sąsiada, a w końcu też na tego obcego człowieka, który w potrzebie zapuka do naszych drzwi.

Na co dzień tej miary ofiar Bóg od nas nie żąda, ale nigdy nie wiemy, co nas czeka a tymczasem trzeba zaprawiać się w małym, bo heroizm z powietrza się nie bierze. Trzeba dojrzewać do niego przez młodość gotową do poświęceń, przez twardą odpowiedzialność za swój wiek dorosły, przez całe życie w przyjaźni z" Bogiem i w zawierzeniu Mu.



Teresa Tyszkiewicza


Źródła: M. Szpytma: Żydzi i ofiara

rodziny Ulmów z Markowej podczas

okupacji niemieckiej, w: W gminie

Markowa, t. 2, Markowa 2004, s. 35; M.

Szpytma, J. Szarek: Sprawiedliwi wśród

narodów świata, Kraków 2007.

http://adonai.pl/ludzie/?id=168

Komentarze

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst j754sp9dtk:

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2012 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.