Ostatnio: 09.12.2017

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Strzały nad Ussuri

W niedzielę 2 marca 1969 r. do strażnicy sowieckich wojsk ochrony pogranicza w Niżne Michajłowce dotarła informacja o wtargnięciu żołnierzy chińskich na sporną wysepkę Damanskij (chiń. Zhenbao) na rzece Ussuri. Na miejsce zdarzenia udał się zaraz osobiście dowódca strażnicy, starszy lejtnant Iwan Strelnikow, na czele plutonu żołnierzy.

Pogranicznicy pobrali karabinki automatyczne Kałasznikowa oraz pistolety sygnałowe, dowódca przypomniał jednak obowiązujący, wydany przez najwyższe czynniki państwowe, zakaz używania broni. W ostatnich latach przypadki naruszenia granicy sowiecko-chińskiej zdarzały się niemal codziennie. Na ogół incydenty sprowadzały się do demonstracji siły, rozrzucenia materiałów propagandowych, niekiedy dochodziło do bójek i przepychanek. Sporadycznie padały strzały. Na przestrzeni dekady odnotowano paru zabitych, wydawało się jednak, iż mimo potoków jadu w wojnie propagandowej, obie strony pilnują, by nie doszło do nadmiernej eskalacji działań.

Po dotarciu do Damanskij, niezamieszkałej wysepki długości ok. 1700 i szerokości 500-700 metrów, Rosjanie ujrzeli grupę ok. 30 Chińczyków. Wyglądało to na zwykły pokaz „prężenia muskułów”; nic nadzwyczajnego w rzeczywistości pogranicza. Strelnikow oraz sześciu żołnierzy ruszyli po zamarzniętej rzece w stronę intruzów, by zakomunikować im fakt naruszenia granicy ZSRS. Reszta sowieckiego oddziału czekała w odwodzie, pod dowództwem sierżantów W. Rabowicza i J. Babańskiego. Nic nie zapowiadało dramatu.



Niespodziewanie rozpętało się piekło. W ciągu następnych paru sekund siódemka Strelnikowa została skoszona ogniem z broni maszynowej. Gromada intruzów na wyspie okazała się być jedynie przynętą. Na Rosjan oczekiwał ukryty w zasadzce cały batalion armii chińskiej (300 żołnierzy) z lekką bronią automatyczną. Kolejnych 200-300 nieprzyjaciół czaiło się na chińskim brzegu, wśród doskonale zamaskowanych stanowisk moździerzy i ciężkich karabinów maszynowych. Ludzie Strelnikowa nie mieli żadnych szans.

Następne salwy zmiotły grupę sierżanta Rabowicza. W końcu pod ostrzałem znaleźli się żołnierze Babańskiego. Rozproszyli się zaraz i zalegli, szukając osłony.

Jak już wspomniałem, rosyjskich pograniczników obowiązywał kategoryczny zakaz używania broni. Gdzieś, w wygodnych moskiewskich gabinetach, politycy zadecydowali, że wojsko nie może ulegać chińskim prowokacjom. Ale czasem bywa tak, że historię piszą prości żołnierze, nie politycy. Młodszy sierżant Jurij Babański, dwudziestoletni Sybirak, odbezpieczył swego kałasznikowa, rzucił krótki rozkaz: „- Ogoń!”, i pierwszy otworzył ogień.



Walka przeciągała się. Po 35 minutach gwałtownej strzelaniny Rosjanom zaczęło brakować amunicji. Fala chińskiej piechoty jęła zalewać ich pozycje. Rozległy się krzyki dobijanych rannych... Wtem z rykiem silnika wtargnął na pole bitwy transporter opancerzony BTR-60. Maszyna wysadziła desant żołnierzy, po czym runęła na Chińczyków, plując ogniem. To dowódca strażnicy w Kulebiakinie, starszy lejtnant Witalij Bubienin, zaalarmowany kanonadą oraz racami sygnałowymi, przyprowadził odsiecz.

Chińczycy zaczęli się wycofywać. Transporter Bubienina atakował ich niezmordowanie, prażąc z wielkokalibrowego karabinu maszynowego, choć w końcu stanął w płomieniach, trafiony pociskiem z granatnika przeciwpancernego. Rosyjski dowódca, dwukrotnie ranny, zdołał opuścić swój pojazd, i dalej ostrzeliwał wroga.



Bitwa o Damanskij trwała dwie godziny. Ogółem spośród 56 sowieckich pograniczników uczestniczących w „incydencie” zginęło aż 31, a 14 odniosło rany. Jak wykazały oględziny zwłok, tylko12 Rosjan poległo od chińskich kul. 19 rannych żołnierzy zostało dobitych bagnetami, nożami, kolbami. Władze Chińskiej Republiki Ludowej potępiły Moskwę za „rażącą prowokację”, w wyniku której zginęło lub odniosło rany „wielu” Chińczyków...

Schizma

Rozłam między Związkiem Sowieckim i Chinami Ludowymi to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej. Wydawało się tak nieprawdopodobne, iż wiele osobistości na Zachodzie podejrzewało tu mistyfikację, perfidny podstęp Czerwonych! Wyrazicielem takich poglądów były nietuzinkowe osobistości, jak choćby James Jesus Angleton, wybitny choć ogarnięty paranoją szef kontrwywiadu CIA.

Czyż bowiem komuniści chińscy nie zawdzięczali zdobycia władzy sojuszowi z sowieckimi starszymi braćmi? Czyż owo braterstwo nie zostało scementowane krwią, choćby w 1949 r., kiedy lotnicy sowieccy potykali się z pilotami Kuomintangu, bądź w latach 1950-1953, w Korei? Przecież jeszcze w 1958 r., kiedy USA ostro zareagowały na zbrojne ataki maoistów przeciw wyspom Cinmen i Matsu, Kreml postawił w stan gotowości bojowej swą armię i groził Amerykanom użyciem „całej siły oręża”! Zachodni „eksperci” przypominali, że czerwone Chiny długo nie zgłaszały wobec Sowietów żadnych pretensji terytorialnych. Kwestie graniczne uregulowały, jak się zdawało, porozumienia z 1951 i 1956 r. ...



Faktycznie jednak pod powierzchnią komunistycznego monolitu jęły powstawać coraz głębsze pęknięcia. Chiny miały pretensje do Moskwy o „zdradę ideałów marksizmu i leninizmu”, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Odejście od masowego terroru w ZSRS przywódcy chińscy uznali za zgniły defetyzm; sami wszak szykowali swemu narodowi szaleństwa Wielkiego Skoku i Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej. Nikita Chruszczow nie poparł przy tym maoistów żądających aneksji Makau i Hongkongu, skrytykował też ChRL za agresję przeciw Indiom. Moskwa i Pekin rywalizowały o rząd dusz środowisk rewolucyjnych na Zachodzie i w Trzecim Świecie, ale coraz częściej Sowieci, mimo bojowej retoryki, zaczynali postępować zdumiewająco pragmatycznie (vide pokojowe rozwiązanie kubańskiego kryzysu rakietowego, czy potępienie awanturnictwa Che Guevary). Na dodatek (w latach 1962-1963) Ojczyzna Światowego Proletariatu udzieliła schronienia 130 tysiącom uchodźców z chińskiego Xinjiangu (Ujgurom i Kazachom), którzy mieli już dość maoistowskiego raju. Najważniejszy był wszakże spór o przywództwo w obozie komunistycznym.

Już w 1960 r. – roku Wielkiej Schizmy – na sowiecko-chińskim pograniczu odnotowano 400 różnego rodzaju incydentów. Na ogół miały niegroźny przebieg, choć w Pamirze doszło do wymiany ognia. W następnych latach liczba tego rodzaju zdarzeń rosła lawinowo. Minister spraw zagranicznych Państwa Środka Chen Yi zgłosił pretensje do – bagatela! – 1,5 mln km kw. sowieckiego terytorium! Granicę masowo przekraczały grupy chińskich cywilów, niekiedy pod ochroną żołnierzy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, przeprowadzając rozmaite demonstracje - pasterze wypasali owce i bydło po stronie sowieckiej, rybacy dokonywali połowów ryb, rolnicy orali ziemię. Miało to podkreślić „prawo” Chin do tych terenów. W jednym tylko 1963 r. zorganizowano 4000 takich akcji, z udziałem 100.000 obywateli ChRL. Interwencje sowieckich pograniczników kończyły się coraz częściej bijatykami. Trudno ocenić, kto przelał pierwszą krew. W latach 1962-1963 parokrotnie padły strzały na granicy z Xinjiangiem oraz na wyspach Amuru i Ussuri. W lutym 1966 r. na Ussuri zabity został chiński rybak W grudniu 1967 r. w rejonie Kulebiakiny mrowie ok. 1000 (!) Chińczyków uzbrojonych w łopaty, pałki, łomy i haki starło się z 300 sowieckimi pogranicznikami. Rosjanie przerwali w końcu ów gigantyczny „kułaćnyj boj”, rozpędzając tłum szarżą transporterów opancerzonych (pod kołami wozów bojowych zginęło pięciu bojówkarzy).

Damanskij – odsłona druga

Po krwawej bitwie o Damanskij w marcu 1969 r. w rejonie trwały intensywne ruchy chińskich i sowieckich patroli. Obie strony oskarżały się nawzajem o naruszanie granicy.

15 marca o godzinie 10 rano chińska artyleria obłożyła ogniem Damanskij, następnie setki piechurów ruszyły z wrzaskiem do szturmu. Wyspy broniło 60 bojców podpułkownika Jewgienija Janszyna. Za przeciwnika mieli był doborowy 24. pułk piechoty Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, liczący ok. 5000 żołnierzy.

Tym razem Rosjanie byli lepiej przygotowani. Na odsiecz wyspie ruszył zaraz pułkownik Dymitr W. Leonow na czele 3000 pograniczników. Pułkownik Leonow zwrócił się też natychmiast o udzielenie mu pomocy, w tym wsparcia artyleryjskiego, przez regularne siły zbrojne. Te jednak zwlekały, oczekując na decyzję... Biura Politycznego!

htz16



Na Damanskij żołnierze Janszyna twardo dzierżyli swe pozycje. Większość wkrótce poległa lub odniosła rany, z czterech transporterów opancerzonych, jakimi dysponowali, zostały tylko dwa. Wciąż jednak odpierali ataki Chińczyków.

Wreszcie nadciągnęły posiłki. Pułkownik Leonow, prowadząc rajd trzema czołgami T-62, przedarł się na tyły wroga. Zaraz jednak jego wóz został trafiony pociskiem z RPG, sam oficer poległ. Dowództwo objęli podpułkownicy Konstantinow i Smirnow. O godz. 17 nastąpiło wydarzenie, które przeszło do legendy. Pozycje chińskie zostały poddane intensywnemu ostrzałowi rakietowemu. Zadebiutowały wtedy samobieżne wyrzutnie BM-21 „Grad”. Dziesięciominutowa nawała ogniowa wywołała nieopisaną panikę w szeregach maoistów (w następnych latach po całym świecie będą krążyły plotki o „całych dywizjach” chińskich, zniszczonych jakoby przez Rosjan przy użyciu broni... laserowej!). Decyzję o zastosowaniu najnowszych wyrzutni rakiet podjęło na własną rękę i własne ryzyko, nie mogąc doczekać się decyzji Moskwy, dowództwo Dalekowschodniego Okręgu Wojskowego.

Chińczycy zostali powstrzymani. W drugiej bitwie o wyspę Damanskij poległo 27 bojców, a 80 odniosło rany. Straty nieprzyjaciela poniesione w dniach od 2 do 15 marca Sowieci szacowali na od 300 do 3000 zabitych (najczęściej wymieniano liczbę 800 poległych). Za męstwo w boju nagrodzono tytułami Bohaterów Związku Sowieckiego: płk D. W. Leonowa (pośmiertnie), st. lejtn. I. Strelnikowa (pośmiertnie), st. lejtn. W. Bubienina (w przyszłości generała, pierwszego dowódcę antyterrorystycznej jednostki „Alfa”) oraz mł. sierż. J. Babańskiego (który z czasem również dosłuży się generalskiej szarży).

Strona chińska całkowicie odmiennie zinterpretowała przebieg wydarzeń, nie tylko głosząc tezę o „rażących prowokacjach Kremla”, ale i wieszcząc chwałę swego oręża. Zdaniem Pekinu, w obu bitwach na Damanskij Rosjanie stracili ogółem 250 żołnierzy oraz 17 czołgów i transporterów opancerzonych, zaś Chińczycy jedynie 100 ludzi.

Marsz ku wojnie

W następnych miesiącach padły nowe ofiary. W kwietniu zbrojne potyczki odnotowano na wyspach Kirkinskij i Bujan, na Ussuri. 2 maja wojska sowieckie wtargnęły na teren chiński w rejonie Yumin (prowincja Xinjiang); zginęła 1 osoba. 15 maja opodal wyspy Wu Palao na Amurze poległ chiński żołnierz. Kolejnego zabito 10 czerwca nad rzeka Tastą. 8 lipca rozstał się z życiem sowiecki pogranicznik na amurskiej wyspie Goldinskij...

13 sierpnia miało miejsce większe starcie. W okolicach Żałanoszkol w obwodzie semipałatyńskim w Kazachstanie, granicę przekroczyło prawie 300 żołnierzy chińskich. Działania przeciw nim podjęła grupa podpułkownika J. Nikitienki. Po ponad godzinnej bitwie Chińczycy wycofali się, ponosząc ciężkie straty. Strona sowiecka przyznała się do 2 zabitych i 11 rannych.

Wcześniej, 6 czerwca 1969 r. dziennik „Renmin Ribao” napomknął o możliwości wybuchu chińsko-sowieckiej wojny atomowej! Zachodnie służby wywiadowcze donosiły z Chin o trwającej ewakuacji zakładów przemysłowych z rejonów nadgranicznych, o masowym wznoszeniu fortyfikacji oraz schronów dla ludności cywilnej. Po obu stronach granicy trwała koncentracja wojsk. Latem 814.000 żołnierzy chińskich stanęło naprzeciw 658.000 Sowietów.

69 skirmish



Wojna nie wybuchła. We wrześniu 1969 r. doszło do spotkania premierów Alieksieja Kosygina i Zhou Enlaia. W następnym miesiącu rozpoczęły się rokowania z udziałem wiceministrów spraw zagranicznych obu państw. Niemal z dnia na dzień na pograniczu zrobiło się spokojniej.

Czy maoistowskie Chiny rzeczywiście dążyły do wojny? Trudno uwierzyć, aby władcy Pekinu zdecydowali się na otwartą konfrontację, która wobec ogromnej przewagi technicznej Rosji musiałaby zakończyć się serią atomowych fajerwerków. Jak się wydaje, zaostrzenie sporu z Moskwą miało na celu przede wszystkim konsolidację chińskiego społeczeństwa, zmęczonego chaosem Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej. Jednak sytuacja, gdy decyzje o użyciu broni zaczęli podejmować porucznicy i sierżanci, łatwo mogła wymknąć się spod kontroli. Moskwa miała prawo wziąć na serio wojowniczą retorykę Pekinu i zainicjować działania, będące w jej własnym odczuciu atakiem wyprzedzającym nieuchronną agresję wroga. Rozgrzany kocioł namiętności należało szybko ostudzić w interesie obu stron.

Realpolitik

Zaniechanie bezpośredniej konfrontacji nie oznaczało pokoju miedzy obiema stolicami światowego komunizmu. W lutym 1972 r. prezydent USA Richard Nixon złożył wizytę w Chinach. Stanowiło to zapowiedź zaskakującego aliansu, którego ostrze wymierzone będzie w Związek Sowiecki. Paradoksalnie, Chiny Ludowe decydując się na strategiczny sojusz z „zachodnim imperializmem” wykonały krok, o który przedtem wielokrotnie oskarżały Moskwę.

Na rezultaty nie trzeba będzie długo czekać. W Angoli antysowiecką partyzantkę FNLA i UNITA wesprze egzotyczny sojusz agencji wywiadowczych: amerykańskiej CIA, francuskiej SDECE i... chińskiej Tewu, również Marokańczyków, Saudyjczyków i Zairczyków. Równie dziwaczna koalicja – „imperialistycznych” Amerykanów, Francuzów i Brytyjczyków, komunistycznych Chińczyków, muzułmańskich Saudyjczyków, Egipcjan i (wściekle antyzachodnich!) Irańczyków - pospieszy z odsieczą afgańskim mudżahedinom (choć szereg państw zaangażowanych w tę pomoc zbierze potem bolesne cięgi od muzułmańskiego fundamentalizmu, wyhodowanego niejako na własnym łonie w dobie afgańskiej epopei...).

W końcu lat 70. Chiny poprą również monarchistyczną partyzantkę w Laosie, zwalczającą prosowiecki reżim Pathet Lao posiłkowany przez Wietnamczyków. Pekinowi nie przeszkadza wcale, że jeszcze kilka lat wcześniej chiński personel militarny współdziałał ściśle z laotańskimi marksistami, sam będąc obiektem ataków ze strony lokalnych antykomunistów... W Wietnamie tajne służby Państwa Środka przejmą protekcję nad góralami Meo, dzielnymi wojownikami osieroconymi przez CIA...

Sojusz z Pekinem stanowił jednak twardy orzech do zgryzienia dla amerykańskich ideowych antymarksistów. O ówczesnym Związku Sowieckim można powiedzieć nieskończenie wiele złych rzeczy, ale mimo wszystko, trudno porównywać autokratyczno-mafijne rządy klanu Breżniewa z krwawym, maoistowskim potworem, mającym na sumieniu dziesiątki milionów ofiar.

83



ZSRS prowadził wprawdzie politykę imperialną, podsycał ruchy rewolucyjne na Zachodzie i w krajach Trzeciego Świata, ale na jeszcze większą skalę (choć nie tak umiejętnie) robiły to Chiny. Aż do czasu inwazji na Afganistan (1979) Breżniew oszczędnie szafował życiem swych żołnierzy. Liczebność sowieckiego kontyngentu wojskowego zaangażowanego w wojnę wietnamską była ułamkiem wielkości oddelegowanych tam sił... chińskich.

Antysowiecki alians z czerwonymi Chinami wymagał od Zachodu szeregu moralnych kompromisów, a nawet rozbratu ze zwykłą przyzwoitością. Oto USA wstrzymały nagle pomoc dla antychińskiej partyzantki w Tybecie. Nieoznakowane samoloty CIA zaprzestały zrzutów broni dla niepodległościowej guerilli; jej bazy wypadowe w Nepalu rychło zostały spacyfikowane przez tamtejszą armię królewską (1974). Nepalski monarcha od dawna dążył bowiem do unormowania stosunków z Pekinem, a na przeszkodzie stała dotąd protekcja Amerykanów nad tybetańskimi antykomunistami...

W Indiach oficerowie kontrwywiadu RAW odkryli z osłupieniem (1974), że separatystyczne ruchy partyzanckie plemion Naga, Karen i Mizos w północno-wschodniej części kraju wspierają ręka w rękę chińska Tewu i… amerykańska CIA. Na światowej szachownicy demokratyczne Indie Indiry Gandhi zacieśniały przecież więź z Moskwą; reakcją Amerykanów był kontrsojusz z maoistami...

W Kambodży Stany Zjednoczone poniechały wsparcia dla republikańskiego rządu Lon Nola, zmagającego się z podsycaną przez Pekin rebelią Czerwonych Khmerów. W rezultacie, w 1975 r. tamtejsi jakobini z Angka Loeu przejęli władzę. Dla Kambodży, odtąd Kampuczy, rozpoczął się Rok Zerowy...

Sprawa Kambodży długo jeszcze będzie rzucała cień. Ludobójstwo w wykonaniu protegowanych Pekinu należy do najpotworniejszych w dziejach, w ciągu trzech lat wymordowano od jednej czwartej do jednej trzeciej ludności kraju (2-2,5 mln ludzi). Ale oprócz zabijania własnych poddanych, Czerwoni Khmerzy rozpoczną również pustoszenie pogranicza prosowieckiego Wietnamu. W szeregu makabrycznych operacji wybiją tam trzydzieści tysięcy ludzi. W końcu Wietnam dokona inwazji na Kambodżę (grudzień 1978), obali rządy Czerwonych Khmerów, podda kraj brutalnej okupacji (choć nie tak srogiej, jak ludobójcza dyktatura wyznawców Pol Pota) i... na dobre ugrzęźnie w kambodżańskiej dżungli. Do walki z korpusem ekspedycyjnym z Hanoi wystąpi osobliwa koalicja trzech ugrupowań partyzanckich: dozbrajanych przez USA nacjonalistów i monarchistów oraz... wspieranych wciąż przez Chiny polpotowców... Po 10 latach Wietnamczycy wycofają się pokonani, pozostawiając kości kolejnych 26.000 żołnierzy. Dalszych kilkadziesiąt tysięcy ludzi zginie na pograniczu wietnamsko-chińskim, gdy Pekin postanowi upomnieć się zbrojnie o swych kambodżańskich sojuszników. Gołym okiem widać, że wojna kambodżańsko-wietnamsko-chińska to przedłużenie konfliktu chińsko-sowieckiego.

Pożegnanie z Damanskij

W latach 70. i 80. Moskwa zmuszona była utrzymywać w pobliżu granicy z Chinami ogromne siły, w tym 43 dywizje pierwszoliniowe (7 pancernych, 34 zmechanizowane, powietrznodesantową i piechoty morskiej) oraz cztery armie lotnicze. Naprzeciw nich stało 70 dywizji chińskich (w tym 12 pancernych). Jednak po walkach z 1969 r., mimo utrzymującej się koncentracji wielkiej liczby wojska (a może właśnie dzięki niej!) sytuacja na pograniczu była stosunkowo spokojna. Sporadycznie zdarzały się jeszcze incydenty, jak we wrześniu 1980 r., kiedy czterech żołnierzy sowieckich usiłowało uprowadzić, a następnie zamordowało chińskiego wieśniaka (przybyła na miejsce zdarzenia straż graniczna ChRL zastrzeliła jednego z napastników, pozostałych zmusiła do ucieczki). Prawdopodobnie ostatnią ofiarą konfliktu był chiński żołnierz, zabity podczas potyczki w lipcu 1986 r.

W literaturze przedmiotu można spotkać się z informacją o ogółem 71 żołnierzach sowieckich, poległych na przestrzeni lat na całej granicy z Chinami. Straty chińskie szacuje się rozmaicie, choć pojawiające się niekiedy wzmianki o kilku tysiącach zabitych są zapewne przesadzone.

Zakończenie Zimnej Wojny umożliwiło zamknięcie tego burzliwego rozdziału historii. W 1991 r. oba państwa zawarły tajne porozumienie, na mocy którego 1500 ha obszarów przygranicznych przekazano stronie chińskiej. Wśród oddanych pod jurysdykcję Pekinu terenów była i wyspa Damanskij, ongiś zlana krwią setek żołnierzy. Dziś trudno uwierzyć, że ów kilometr kwadratowy bezludnej łachy mógł stać się bezpośrednim zarzewiem wojny nuklearnej między dwoma mocarstwami.


„Myśl Polska” z 20 maja 2007 r.

Copyright by Andrzej Solak

www.krzyzowiec.prv.pl

Komentarze

  • Dziadek Dziadek (*.toya.net.pl)

    Wkurza mnie to "ZSRS". To polski piękne słowo Radziecki jest w pogardzie. Czyżby sekowanie go było dowodem obiektywizmu historycznego i niezależności politycznej?! Takie podejście Autora wywołuje podejrzenie braku uczciwości.

  • Hegemon Hegemon (*.38.105.12.internetia.net.pl)

    Sam pamiętam te ploty o laserach i tysiącach ofiar po stronie Chińskiej! Ale tak to się rodzą niesamowite opowieści, gdy wszystko jest: tajne/poufne.

  • sg sg (*.web.vodafone.de)

    prawie jak u franka dolasa. ;)
    ciekawy artykul

Dodaj komentarz

Autor zablokował możliwość dodawania anonimowych komentarzy. Zaloguj się.

Autor wpisu zablokował możliwość dodawania anonimowych komentarzy. Aktywuj publiczny profil, aby móc komentować ten wpis.

Wykop

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright – 1999-2017 INTERIA.PL , wszystkie prawa zastrzeżone.