Ostatnio: 31.10.2019

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych



- Czuje Pan dumę z bycia Polakiem?

- Nie mam kompleksów. Uważam, że Polacy nic złego w historii nie zrobili, nie mamy za sobą żadnego epizodu totalitarnego, nie dokonywaliśmy większych podbojów, nie było tu haniebnych ideologii. Jako człowiek należący do narodu polskiego nie mam więc poczucia winy wobec innych. A czy jestem dumny? Polacy w historii narobili mnóstwo różnych głupstw, ale nigdy nic podłego.

- Co do tego, że generalnie zawsze dostawaliśmy wciry, pełna zgoda. Nawet nazewnictwo jest u nas czytelne - weźmy Ministerstwo Obrony Narodowej. W II RP było to chociaż Ministerstwo Spraw Wojskowych, a potem już sygnał dla wroga był jasny: czekamy, aż nas najedziecie. Co do podłości: paliło się stodoły z Żydami, poniewierało Ukraińców, zajęło Zaolzie…

- Gdy porównamy Polskę z innymi narodami, to nie mamy się czego wstydzić. Brytyjczycy i Francuzi z ich kolonializmem, Rosjanie z imperializmem i ludobójstwem, Niemcy z kartą nazistowską…

- Gdyby los inaczej się ułożył, to kim chciałby Pan być, jeśli nie Polakiem? Narodowcem kazachskim, eskimoskim, indiańskim?

- Darzę sentymentem ludy, których istnienie w Polsce w ogóle nie jest zauważane, a które ulegają eksterminacji, np. w Birmie, Tybecie czy Sudanie Południowym.

- Przecież w Sudanie żyją Murzyni, dla narodowców gorszy gatunek człowieka!

- To stereotypowe myślenie. Tam mieszkają czarni chrześcijanie, atakowani przez Arabów dokonujących rasistowskich czystek.

- Zawsze broni Pan słabszych?

- Mam duże poczucie sprawiedliwości i solidaryzuję się z ciemiężonymi. Nie popieram ludzi, którzy wobec innych mają nieuzasadnione poczucie wyższości. Nigdy też nie kierowałem się w działalności publicznej egoizmem czy chęcią poprawy własnej sytuacji finansowej. Dlatego nie zostałem czynnym politykiem, bo - delikatnie mówiąc - nie z każdym było mi po drodze.

- Mieszkał Pan kiedyś poza Polską?

- Nigdy.

- To gdyby - jak Syryjczyk - musiał Pan uciekać z kraju, to dokąd by Pan uciekł?

- Do Kanady pewnie albo Stanów Zjednoczonych. Tam, gdzie byłoby mi po drodze kulturowo, mentalnościowo, klimatycznie, krajobrazowo.

- Wielu narodowców twierdzi, że są dumni z bycia Polakami. Noszą to na bluzach, wykrzykują podczas manifestacji. Tymczasem nie da się ukryć, że to genetyczny przypadek, iż urodziliśmy się w tym miejscu na globie. Trudno z tego powodu odczuwać dumę.

- Nikt sobie nie wybiera miejsca urodzenia. To ani nasza wina, ani zasługa. W pewnym momencie niektórzy z nas się odnajdują w tej sytuacji, atmosferze politycznej, kulturowej. Inni nie potrafią się dopasować.

- Czy Polska to Pana zdaniem najlepszy kraj na świecie?

- Skąd! Zależy, kto nami rządzi. Nasze położenie geograficzne dla jednych jest przekleństwem, a dla innych błogosławieństwem. Gdybyśmy dobrze się rządzili, to z tego skrzyżowania dróg czerpalibyśmy wiele korzyści. Tylko dureń narzeka, że mu budują szosę pod oknem i nie będzie mógł spokojnie spać. Człowiek przedsiębiorczy zaraz postawi tam zajazd albo stację benzynową. Polska to miejsce z potencjałem, inaczej nie byłoby tych wszystkich perypetii historycznych. Ani Niemcy, ani Rosjanie nie są głupi, ani Turcy nie byli, ani Szwedzi - każdy chciał tutaj ten węzeł komunikacyjny nam odebrać i nim gospodarować. Czego świadectwem choćby losy Rosji i Prus - gdy wzbogaciły się o polskie terytorium, natychmiast stały się potęgami.

- Czy z perspektywy tego, że Polskę odbieramy jako kraj z potencjałem, nie łatwiej jest nam zrozumieć imigrantów, którzy na te ziemie przybywają, szukając szansy na lepsze życie?

- Rozumiem tych, którzy na przestrzeni pokoleń osiedlali się w Polsce na naszych warunkach i nie sprawiali kłopotów. Czym innym jest próba wepchnięcia nam tzw. uchodźców np. z Niemiec. Ani oni tu nie uciekają, ani my ich nie chcemy.

- Mniejsza o kontyngenty uchodźców syryjskich, które muszą być gdzieś rozlokowane w Europie, nad Wisłę przyjeżdżają tysiące imigrantów innych narodowości: Wietnamczyków, Ukraińców, Hindusów, Białorusinów…

- Jeżeli ktoś uważa, że Polska, nasza kultura, styl życia, prawo są dla niego dobre i u nas się odnajduje, to nie mam nic przeciwko temu. Obawiam się tylko ludzi, którzy zostaną wepchnięci tu na siłę, w dużej liczbie, i stwierdzą, że im się tu nie podoba. To jest niebezpieczeństwo.

- Czyli mogę napisać „Marian Kowalski popiera dobrowolną imigrację do Polski”?

- To zależy, w jakiej liczbie by ci ludzie byli… Sam byłem leczony przez lekarza Palestyńczyka, tu w Lublinie. Nie mam nic przeciwko temu. Korzystałem z usług weterynarza pochodzącego z Afryki - i też byłem zadowolony. Ludzie, którzy w naszej cywilizacji dobrze się czują, robią kariery, zakładają rodziny, uważają to miejsce za dobre dla nich - to jest korzyść dla wszystkich. Najgorsze, gdy sprowadzimy tu osoby, którym nie zaspokoimy potrzeb socjalnych i ich rozczarujemy. Zostaniemy znienawidzonym domem niewoli, choć będziemy Bogu ducha winni.

- Czy Polska samodzielnie jako 40-milionowy kraik może dać sobie radę na arenie międzynarodowej pośród takich potęg jak Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny?

- Nie, ale w tej sprawie nie możemy liczyć też na Unię Europejską. Stawiam tylko na porozumienie wyszehradzkie, asekurowane przez Amerykanów. To jedyna realna szansa.

- Kiedy ostatnio jadł Pan kebab?

- Wczoraj, tu na dole.

- Są jakieś problemy z tego powodu?

- Takie, że jest tam duża rotacja pracowników i w związku z tym nigdy nie wiemy, co dostaniemy na talerzu. W Lublinie jest wiele kebabów, przez wiele lat jadałem u prawdziwego Araba przy ul. Kunickiego, tylko jak on się dowiedział o tej fali uchodźców, to był przerażony, bo nie po to stamtąd uciekał, żeby tu go dopadli.

- W chińskich knajpkach też Pan jada?

- Bardzo często. Jestem wielkim smakoszem różnych kuchni i uważam, że na polu kulinarnym nie można mieć uprzedzeń. Jemy barszcz ukraiński, pierogi ruskie, placki po węgiersku, kołduny litewskie, a uważamy, że to najbardziej polskie potrawy. A najwięcej się jada kartofli, które są z Ameryki.

- Jak Pan zareagował na wydarzenia w Ełku? Miejscowe łobuzy kontra wyjątkowo krewki pracownik i nieszczęście gotowe…

- Tam było, z tego co wiem, środowisko bardzo trudne. Kara była jednak niewspółmierna do winy: trzech trzymało chłopaka, a jeden mu zadał dwa śmiertelne ciosy: w nerkę i w serce. Fachowiec. Jeśli chodzi o różne zatargi w sklepach nocnych czy w restauracjach, to kwestia etniczna nie jest najważniejsza. To było w Sylwestra, alkohol, gorące głowy. Sam pracowałem przez wiele lat jako ochroniarz w klubach muzycznych i wiem, że tam, gdzie jest rozrywka, są i incydenty. Tu jednak była egzekucja i to budzi moje potępienie.

- Egzekucja za dwie cole?

- To są właśnie różnice kulturowe. Byłem świadkiem wielu bójek wśród Polaków i tylko raz zdarzyło się, że ktoś wyjął ostre narzędzie. Arabom przychodzi to dużo łatwiej.

- Mój znajomy Hindus, który mieszka w Polsce od trzydziestu lat, uczciwie tu pracuje i płaci podatki, coraz częściej słyszy w centrum Warszawy „brudas”, „uchodźca”.

- Od początku powtarzałem, że największymi ofiarami błędów zachodnich polityków będą niewinni. Zła polityka pani Merkel, nawoływanie papieża Franciszka do wpuszczania uchodźców… Ludzie oglądają telewizję, widzą, co się działo w ubiegłą noc sylwestrową w Niemczech, widzą zamachy – to chcąc nie chcąc powoduje opory przed obcymi.

- Stanąłby Pan w obronie kogoś atakowanego na tle rasowym?

- W latach 80. chuligani napadli Cygankę i jej ubliżali, to ich rozgoniłem. Gdy wiele lat później pracowałem w klubie muzycznym, wezwałem karetkę do Murzynki, która zemdlała i nikt palcem nie kiwnął. Raz, że była to kwestia zawodowa, a dwa, że nigdy nie będę patrzeć, jak ktoś poniewiera kobietę, niezależnie od tego, czy będzie to Polka, czy Indianka. To niezgodne z naszym kodem kulturowym, zasadami rycerskości.

- Stereotyp narodowca mówi, że gdy widzi na ulicy Murzyna albo Azjatę, to wywala mu lut na ryj, a przynajmniej spluwa na jego widok.

- Uprawiam kulturystykę całe życie (rekord w wyciskaniu na klatę 190 kg – przyp. M.M.) i wielokrotnie, czy jako osoba prywatna, czy instruktor, miałem na siłowniach do czynienia z osobami wszelkich narodowości. Integrowali się i Afrykańczycy, i ludzie z Bliskiego Wschodu. Tylko z Chińczykami nigdy nie można było się zakolegować. Jak jednemu znalazłem kluczyk od szafki, to grzecznie podziękował, ale następnego dnia „cześć” już nie powiedział. Z żółtymi nie mamy żadnej takiej relacji i to jest współcześnie największe zagrożenie.

- Azjaci nowymi Murzynami?

- Problemu uchodźców arabskich praktycznie nie ma. Natomiast nikt się nie interesuje kwestią imigrantów azjatyckich. Wietnamczycy nam nie wadzą, bo nie dokonują zamachów terrorystycznych i żyją w swoich enklawach, nie awanturują się, otwierają stragany, knajpki. Nie jest to państwo ekspansywne kulturowo. Dziwi mnie natomiast całkowita ślepota części środowiska narodowego na kwestię chińską, którą uważam za zagrożenie. Oni już nas zalali swoimi towarami. Teraz kwestia, czy będą chcieli narzucić nam swój styl życia, obcy system wartości?

- Byłby Pan w stanie zakochać się w Żydówce?

- Mam kolegę, który ożenił się z Żydówką i sobie ten związek wysoko ceni. Serce nie sługa. A czy ja byłbym w stanie? To zależy, czy jej przywiązanie kulturowe rokowałoby zgodne współżycie. Z perspektywy człowieka, który ma ponad 50 lat, zdaję sobie sprawę, że pierwsze emocjonujące randki to jedno. Ale co będzie za 20 lat? Wielu moich kolegów, którzy założyli za granicą związki z kobietami kultury katolickiej, ale azjatyckiej, też poniosło porażkę.

- Czyli mogę napisać: „Marian Kowalski nie miałby przeszkód przed stworzeniem związku z Żydówką albo Murzynką, pod warunkiem że nie byłaby mu odległa kulturowo”?

- Jestem żonaty, tak że nie róbmy z tego oferty matrymonialnej. Oczywiście, można znaleźć dziewczynę z tej samej ulicy i też się z nią nie dogadać. Ale na różnice kulturowe trzeba być wyczulonym.

- Zderzył się Pan kiedyś z antysemityzmem na polskiej prawicy?

- Nie, a obracam się w niej wiele lat. Najczęściej na jakichś spotkaniach otwartych z publicystami ktoś starszy, wychowany w tradycji moczarowskiej, wstanie i coś o Żydach palnie, ale żeby poruszać tzw. kwestię żydowską, to tego nigdy nie było.

- Wygląda na to, że zaraz się Pan zapisze do „Krytyki Politycznej”. A może Pan mi mówi to, co chcę usłyszeć?

- 25 lat działam społecznie w przestrzeni publicznej; moje słowa i czyny to nie są zagrywki na poziomie kampanii wyborczej. Wszystko jest do zweryfikowania.

- W 2015 r. startował Pan jako kandydat z Ruchu Narodowego na urząd Prezydenta RP. Zajął Pan 9. miejsce spośród 11 kandydatów z poparciem 0,52 proc. głosów. To był sukces czy porażka?

- Klęska. Liczyłem na 3 proc. Wiedziałem, że na prezydenta nie będę wybrany, ale mieliśmy taki plan – startujemy w kolejnych kampaniach i prezentujemy poglądy, ludzie mogą przyjść i nas zobaczyć. Celem były oczywiście wybory parlamentarne.

- Skończyło się tym, że Robert Winnicki odwołał Pana z funkcji wiceprezesa Ruchu Narodowego, po czym odszedł Pan z partii. Później został Pan liderem Narodowców RP, z których też Pana pogoniono. Coś Pana narodowcy nie lubią.

- Wszystko zaczęło się od zwąchania z Pawłem Kukizem, którego nie uważam za człowieka o ugruntowanych poglądach. Marsz Niepodległości opuścił po pierwszych słowach krytyki ze strony „Gazety Wyborczej”, a potem chciał być liderem naszego interesu. Na to trzeba zasłużyć. Poza tym uważam, że był człowiekiem prowadzonym za rękę i promowanym sztucznie przez prywatne stacje telewizyjne, różne Kuby Wojewódzkie… Winnicki postawił na Kukiza i został przez niego wyrolowany. A Narodowców RP sam rzuciłem w cholerę.

- Ma Pan żal do posła Winnickiego?

- Nie darzę go niechęcią, natomiast nie zgadzam się z jego decyzjami politycznymi. Ze mną postąpił źle, ponieważ mógł mnie dalej trzymać jako wiceprezesa. Trzeba mieć wewnętrzną opozycję. Jak się noga powinie, to ktoś musi ciągnąć wóz dalej. On tego nie rozumiał. Uważam, że Winnicki jest człowiekiem, który nie potrafi pracować zespołowo i chce wszystko meblować po swojemu. Czas fanklubów się skończył. Trzeba umieć budować solidną ekipę.

- Niech Pan się nie martwi, wśród kanap lewicowych bałagan jeszcze większy.

- Paradoksalnie to nas łączy, że środowiska ideowe nie chcą rezygnować z pryncypiów. A żeby zbudować większą jakość, trzeba się uśmiechać do szerszego, luźniejszego elektoratu. Nigdy nie czułem pędu do zostania posłem. Moim celem jest, aby Polacy wreszcie zostali społeczeństwem republikańskim, obywatelskim i wierzącym we własne siły. I żeby nie czuli się gorsi, bo ludzie, którzy tak się czują, nie chcą się angażować politycznie, tylko wolą kupić samochód z Niemiec i pojechać na grilla.

- To może czas połączyć kanapy: niech narodowcy wystąpią razem z lewakami o legalizację małżeństw homoseksualnych!

- Dla mnie sposób zaspokajania tych potrzeb to nie jest program polityczny. Państwo w ogóle nie powinno się do tego mieszać. Poza tym mniejszością seksualną, która ma najbardziej przechlapane, są impotenci, a nikt do nich ręki nie wyciąga…

- Czyli nie będzie z Waszej strony słynnego zakazu pedałowania?

- Tego nie sposób wyegzekwować! Nie wolno promować, ale i nie wolno prześladować. To jest sprawa prywatna.

- Krzywi się Pan na widok gejów tu, w Lublinie?

- Nie jestem specjalnie zachwycony takim widokiem, ale wiem, kto jest homoseksualistą w moim kręgu. Podobnie zresztą nie przepadam za tym, gdy chłopak z dziewczyną ostentacyjnie się na moich oczach miętoszą w miejscu publicznym.

- Widział Pan słynne zdjęcie 3-letniego syryjskiego topielca na tureckiej plaży? Co Pan wtedy poczuł?

- Że to dziecko zostało zamordowane przez nieroztropnych zachodnich polityków, zachęcających do masowego napływu w niebezpiecznych warunkach.

- Czy w dzisiejszym zglobalizowanym świecie nacjonalizm ma sens? Ma Pan na sobie bluzę angielskiej firmy uszytą zapewne w Bangladeszu, spodnie wyprodukowane w Turcji przez szwedzką firmę z uzbeckiej bawełny, korzysta Pan z koreańskiego telefonu złożonego na Tajwanie itd. Czy nie czuje Pan anachronizmu swoich idei?

- Tu nie chodzi o to, że w ramach buntu mam skończyć z piciem coca-coli. Polacy muszą przestać być ofiarami rozwoju gospodarczego innych państw. Musimy bronić własnych interesów, prowadzić patriotyzm gospodarczy. Możemy czuć się ubrani i najedzeni, ale bez perspektyw, będąc rynkiem zbytu i zapleczem taniej siły roboczej z zerowym stanem konta emerytalnego. A co z kolejnymi pokoleniami? To jest idea narodowa - prowadzenie takiej polityki zagranicznej, która skończy z traktowaniem nas z buta.

- „Być obywatelem swojego kraju, nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju”. Podpisałby się Pan pod tymi słowami?

- Tak, ludzie muszą mieć poczucie, że są wartościowi.

- Autorem tych słów jest Adolf Hitler.

- O, no to ktoś bliższy pana środowisku, bo wegetarianin.

- Co sądzi Pan o wywodzącej się z tradycji I Rzeczypospolitej tolerancji dla odmienności religijnej, etnicznej i kulturowej?

- Polacy zawsze byli tolerancyjni, mieszkały tu różne grupy, ale to były czasy monarchii. Demokracja liberalna sprzyja jednak antagonizmom. Sam mam w swoich żyłach krew tatarską, o czym dowiedziałem się przez przypadek podczas rodzinnej Wigilii. Babcia ze strony mamy podawała takie małe pierożki z suszoną śliwką w środku, polane gorącym słodkim sosem. Takich pierożków nie widziałem w żadnym innym domu; zapytałem mamę, o co w tym chodzi. Na co ona, że przecież babcia była z pochodzenia Tatarką. Że jak?! Dla wszystkich było to tak oczywiste, że w ogóle nie powiedzieli o tym dzieciom. Później wygrzebałem stare fotografie, malunki - tam jakiś drewniany meczecik, mężczyźni służący w pułkach ułańskich. Czułem się tym bardzo podniesiony na duchu.

- Genetycznie rzecz biorąc…

- Genetycznie rzecz biorąc najczystsza jest rasa czarna. My w Europie jesteśmy bardzo wymieszani.

- Ma Pan jakichś kolegów neonazistów?

- Skąd. To przecież idiotyzm, żeby popierać ideologię, która zakładała wyniszczenie narodu polskiego. Więcej na ten temat było sensacyjnej gadaniny w mediach, szczególnie na początku lat 90., niż realnego problemu. I w ogóle patrzy się na narodowców szkodliwie, stereotypowo. Tak jakby mówić, że każdy lewicowiec ma kolegów samych pedałów, a dziadka z UB.

- Czy zakazałby Pan Polakom wyjazdów zarobkowych do Wielkiej Brytanii? Czy na miejscu Brytyjczyków zakazałby Pan wpuszczania Polaków do ich kraju?

- Nigdy nie miałem niechętnego stosunku do Polaków, którzy zaczęli szukać chleba za granicą. Bo co mieli robić? Tym różniłem się od innych osób z naszego środowiska, że gdy wchodziliśmy do Unii, nie uważałem emigrujących za zdrajców. Mówiłem: spokojnie, pojadą do w miarę normalnego kraju, zobaczą, jak tam jest, czegoś się nauczą i wrócą tu bogatsi, mądrzejsi, bardziej doświadczeni. Ale po dziesięciu latach masz dzieci i - tak mówią wszyscy Polacy, których tam znam - nie chcesz ich wysłać do tamtejszej szkoły. I wracasz nad Wisłę. Brytyjska gospodarka skorzystała z pracy Polaków – nie jechali tam po socjal.

- Podobają się Panu rządy PiS-u?

- Jak widzę, jaka jest alternatywa, to nie mam wyboru. Podoba mi się, że rząd integruje grupę wyszehradzką i nie wpuścił uchodźców. Ale ma bardzo słabe zaplecze polityczne. Niedopuszczanie ludzi z otwartą głową było przez wiele lat celowym działaniem szefostwa terenowego PiS. Każdy miał dwóch, trzech kolesi i ich słuchał. Nie budowali środowiska obywatelskiego i to się mści. Dwa razy składałem deklarację przystąpienia do PiS. 16 lat temu na ręce mojego kolegi, który dziś jest w PO. A potem składałem po Smoleńsku. I znów nie zostałem przyjęty, bo okazało się, że jestem zbyt antyklerykalny.

- Antyklerykalny? W 2012 r. prowadził wielotysięczny lubelski marsz w obronie Telewizji Trwam!

- Prowadziłem marsz w obronie wolnych mediów. Zaproponował mi to Marian Król, szef lubelskiej „Solidarności”. A że miałem doświadczenie wiecowe, a PiS kłóciło się z Solidarną Polską o palmę pierwszeństwa, to wziąłem to na siebie. Wielu Polaków żyje mitem, że obecny Kościół katolicki jest ostoją polskości. Tak było 100 lat temu, ale nie dziś. W trakcie mojej działalności na prawicy, od UPR po ONR, nigdy nie mieliśmy żadnej przychylności ze strony hierarchów. Dziś górę bierze ideologia pojednania, czego emanacją jest papież Franciszek. Widać ewidentny brak odwagi u biskupów, aby trwać przy tradycyjnych wartościach. Nie ekskomunikowali żadnego polityka, ale poniewierają ONR-owców. Tak będzie, dopóki ci nie będą mieli pieniędzy, tak jak np. PSL

- Postanowiłem zrobić z Panem wywiad, gdy usłyszałem w radiu, jak jedna z działaczek lewicowych oznajmiła, że z Marianem Kowalskim pod żadnym pozorem rozmawiać nie wolno.

- I widzi Pan, jak się myliła? Nie gryzę i herbatę zrobiłem. Kiedyś nawet czytywałem tygodnik „NIE”, ale nasze drogi się rozeszły. Durne stereotypy i zabobony porozrzucane są po całej scenie politycznej.

Rozmawiał MICHAŁ MARSZAŁ

http://www.facebook.com/NieDziennikCotygodniowy

http://www.nie.com.pl

4,90 zł w każdym kiosku!

baner czytaj nie 4 3

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Prywatność. Copyright – 1999-2018 INTERIA.PL, wszystkie prawa zastrzeżone.