Ostatnio: 11.01.2015

Darmowe galerie dla serwisów aukcyjnych

Kim był Generał Wojciech Jaruzelski?

y4hkS5S

http://i.imgur.com/w5hhhgR.jpg

Część pierwsza:

http://pokazywarka.pl/jaruzelski

http://pokazywarka.pl/jaruzelski

http://pokazywarka.pl/jaruzelski



Stanisław Sojczyński walczył w okolicach Hrubieszowa kilka lat później w tych samych okolicach walczył Jaruzelski...

z6058828x 1

Wojna się skończyła, zwiadowcy 5. Pułku Piechoty wracają z Berlina. Sfotografowali się w Cottbus. Pierwszy od lewej podporucznik Wojciech Jaruzelski

ARCHIWUM RODZINNE WOJCIECHA JARUZELSKIEGO


Żeby pojąć, jak szlachecki syn Wojtek Jaruzelski mógł zacząć karierę w komunistycznej armii, trzeba go zobaczyć na tle towarzyszy broni, którzy pili, klęli, bili się na noże, kopali podwładnych, poniżali Żydów i rabowali Niemców. A on ślicznie kolorował mapki i zaczynał listy od słów "Kochana babciu..."

Ani pierwszy, ani w Kołobrzegu

15 marca 1945 r. Wojciech Jaruzelski pisze do siostry i matki na Syberii:

"Kochane moje!

Już blisko trzy miesiące jak śpię po 2 godziny na dobę, nie rozbierając się, na chłodzie i ciągle będąc w ogniu walki, jaką toczymy o Pomorze. Wczoraj dotarliśmy do morza i miałem szczęście być pierwszym Polakiem, który napoił swojego konia w morzu, o czym pisały nawet dwie gazety”.

Półtora miesiąca później, 4 maja 1945, 5. Pułk Piechoty 2. Dywizji Wojska Polskiego, w którym służy przyszły generał, dostaje - rozkazem naczelnego dowódcy Armii Czerwonej - zaszczytne miano "Kołobrzeski".

W 1994 r. Peter Raina, dziś publicysta Radia Maryja, wtedy autor hagiograficznych biografii generała, publikuje w książce "Jaruzelski. Młode lata" taką historię:

"15 marca punktualnie o godzinie 12. odbyła się uroczystość głęboko w tradycji polskiej zakorzeniona: zaślubiny z morzem (...)

5 pułk piechoty 2 dywizji powtórzył tę ceremonię - tym razem blisko 400 kilometrów na zachód od miejsca, w którym odbyła się ona w roku 1920.

Polska szerokim frontem wyszła nad Bałtyk”.

Zaślubiny Polski Ludowej z Bałtykiem zdarzyły się, jak wiadomo z encyklopedii, 18 marca w Kołobrzegu.

Czyli wszystko jasne: młody oficer Jaruzelski i jego Pułk Kołobrzeski powtarzają sukces generała Hallera.

Tylko że to nieprawda.

Jaruzelski nie jest pierwszym Polakiem, co konia w morzu poił, jego pułk zaś nigdy nie walczył o Kołobrzeg - w ogóle go tam nie było.

Pierwszymi żołnierzami berlingowskiego Wojska Polskiego, którzy dotarli nad Bałtyk, byli zwiadowcy 6. Pomorskiej Dywizji Piechoty pod dowództwem kaprala Leona Piworowicza. Mocząc długie zimowe płaszcze, położyli na zimnych wodach polską flagę w pochmurny poranek 8 marca 1945. Pułk Jaruzelskiego był w tym czasie w okolicach Gryfic.

Gdy tydzień później walczono o Kołobrzeg, Jaruzelski z towarzyszami dochodził do wioski Kalkberg koło obecnego Dziwnówka, a więc ponad 50 kilometrów dalej na zachód.

Dzisiaj Kalkberg nie istnieje - w miejscu niemieckich gospodarstw i spichrzów rosną wysokie buki i gęste krzewy, z których sterczą jeszcze fundamenty. Mieszkańców tych domów wysiedlał właśnie pułk Jaruzelskiego. Jakiś armijny biurokrata pomylił Kalkberg z Kolbergiem, czyli późniejszym Kołobrzegiem, i tak 5. Pułkowi mylnie przypisano udział w heroicznych zmaganiach o to miasto. Gdy kwit dotarł do Moskwy i został włączony do rozkazu podpisanego przez samego Stalina, nie było już sposobu, by sprostować pomyłkę. PRL-owscy historycy na różne sposoby starali się potem wybrnąć z kłopotliwej sytuacji i dumali: jak tu "przykleić" generała do słynnej batalii kołobrzeskiej?

Sam Jaruzelski tak określa swój wkład w zdobycie Festung Kolberg:

- Walczyliśmy nad Bałtykiem, blokując wyjście Niemców z Kołobrzegu na zachód.

Podporucznik wysyła kolegę na śmierć

Jaruzelski od początku służy w 5. Pułku jako zwiadowca.



Jego towarzyszem broni (jak twierdzi po wojnie sam generał - także przyjacielem) jest ppor. Ryszard Kulesza - świetny jeździec, odważny żołnierz, któremu pułkowy zwiad zawdzięcza pierwsze zwycięstwo na Wale Pomorskim - ujęcie sześciu jeńców, w tym trzech oficerów niemieckich, we wsi nazwanej później Dębołęka.

Przyszły generał nie może się równać z Kuleszą: akcje zwiadowcze Jaruzelskiego przechodzą w pułku bez echa, w odróżnieniu od Kuleszy jego nazwisko nie gości w kronice pułkowej.

Podporucznik Jaruzelski ma inną zaletę: ładnie pisze i rysuje. Jego meldunki i raporty pisane są na dobrym, czystym papierze, poprawnym stylem, opatrzone nagłówkami, kolorowymi podkreśleniami. "Dokumentacja prezentowała się, jakby nic innego nie miał na tej wojnie do roboty, tylko to" - napisze potem w książce "Genarał ze skazą" inny, bardziej krytyczny, biograf Jaruzelskiego - Lech Kowalski.

Podporucznik Kulesza - specjalista od brawurowych akcji wypadowych - po powrocie do sztabu kreśli swoje sprawozdania na odwrocie znalezionych po drodze niemieckich faktur, na porwanych brudnych świstkach. Często trudno te meldunki odczytać. Może dlatego - mimo popularności wśród podwładnych i słynnej odwagi - nie awansuje.

Głównym oficerem rozpoznawczym zostaje Jaruzelski. Od wiosny 1945 to on wysyła na akcje swego przyjaciela.

18 kwietnia 5. Pułk atakuje niemieckie pozycje wzdłuż nadodrzańskiego wału przeciwpowodziowego pod Alt Reetz w dolnym biegu rzeki. Do Berlina jeszcze 40 kilometrów. Ale wał jest wysoki, a Niemcy dobrze okopani, świetnie uzbrojeni, zdeterminowani. Obowiązuje rozkaz Hitlera - ani kroku w tył.

Przed wałem teren grząski, odkryty, trudno po nim szybko przebiec, nie sposób się skutecznie okopać. Polska piechota kilka razy atakuje i kilka razy cofa się, ściągając z ukwieconych łąk rannych i poległych. Po każdym odwrocie zwiadowcy sprawdzają zmiany sytuacji.

Jaruzelski sam nie bierze udziału w rajdach. Posyła swego najlepszego człowieka - kilka razy z rzędu.

Kulesza musi podchodzić pod niemieckie pozycje i umykać pod ostrzałem. Rusza na kolejne misje po południu, po zmroku, nocą i nad ranem. Jest coraz bardziej strudzony, w środku kolejnego dnia nieprzerwanej służby dosłownie zasypia na stojąco, gdy Jaruzelski po raz kolejny potrząsa nim, by zlecić następny wypad.

- Był strasznie zmęczony, padał z braku snu. Wykrzyczałem mu treść zadania i on, półprzytomny, poszedł, by je wykonać - opowie potem generałowi Jakubowi Kopciowi, autorowi mocno polukrowanego "Dossier generała".

Kulesza ze zwiadu nie wraca. Po śmierci dostanie Krzyż Walecznych.

Jaruzelski pisze do jego ojca list:

"Szanowny Panie

Z wielkim bólem zawiadamiam, że syn Sz. Pana Ryszard w dniu 17 kwietnia o godz. 17 minut 5 zginął bohaterską śmiercią około wsi Alt Reetz 40 km na północny wschód od Berlina. Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda. Jeszcze od oficerskiej szkoły w Riazaniu aż do ostatniej chwili łączyła nas szczera przyjaźń, dzięki czemu staraliśmy się być zawsze razem, i znosić wspólnie trudy, niewygody i niebezpieczeństwa życia frontowego. Ryszard odznaczał się zawsze tym, że nie upadał nigdy na duchu, a tylko służył dla innych w odwadze i męstwie, które zawsze na polu walki wykazywał. Jego śmierć była dla kolegów oraz dla żołnierzy, jego podwładnych, bolesnym ciosem, którego nigdy nie jest się w stanie zapomnieć.

Szanowny Panie, pisząc ten list jestem jeszcze głęboko wzruszony, lecz proszę mi wierzyć, że Ryszard był mym jedynym i najlepszym przyjacielem, którego strata zraniła mnie boleśnie i zadała okropną pustkę, której nikt nie jest w stanie zapełnić”.

Generał do dziś odwiedza grób przyjaciela na potężnym cmentarzu wojskowym w Siekierkach nad Odrą. W 2005 roku powiedział tygodnikowi "Przegląd": "Ryszarda Kuleszę faktycznie posłałem na śmierć. Postawiłem mu zadanie rozpoznawcze i na moich oczach zginął".

Porucznik w Kancelarii Rzeszy

Dla podporucznika Jaruzelskiego i jego towarzyszy prawdziwa wojna się kończy.

W pierwszych dniach maja, gdy pada Berlin, żołnierze czyszczą broń, piorą mundury, rekwirują konie we wsiach, wybierają kwatery dla dowództwa Armii.

Zwiadowcy Jaruzelskiego wyszukują dobre pastwiska i paszę po stodołach, budują baraki, trzymają warty. Podporucznik dostaje wolne i jedzie zwiedzić zniszczony Berlin. 6 czerwca pod wpływem tego, co zobaczył, pisze do pozostawionej w ZSRR rodziny:

"Ciągle jeszcze piszę z Niemiec, oczekując na upragniony wyjazd, który wciąż odwleka się i odkłada.

Podnosi nas na duchu poczucie spełnienia obowiązku względem Ojczyzny, której krew, rany i zgliszcza zostały stokrotnie pomszczone.

Za spalone i zburzone mury Warszawy widziałem gruzy setek wsi i miast niemieckich na czele z Berlinem.

Stolica Niemiec leży w gruzach i trzeba długich lat mozolnej pracy, żeby doprowadzić to miasto do przedwojennego stanu.

Zwiedzałem Reichstag, muzeum niemieckie, kancelarię Rzeszy, wchodziłem na kolumnę zwycięstwa nad Francją, i ujrzałem jak straszliwie spustoszone jest miasto, skąd przez tyle lat kierowana była olbrzymia machina wojenna, która zdruzgotała nasz kraj i wiele innych".

7 maja 1945 pułk Jaruzelskiego zaczyna odwrót do Polski.

Zapytaliśmy go, czy w ogóle strzelał do Niemców w czasie tej wojny. Jaruzelski nie odpowiedział.

Koledzy piją i biją, Jaruzelski pisze: „Kochana babciu”

Latem 1945 podległy przyszłemu generałowi zwiad pułkowy składa się z niego samego, 15 podoficerów i 18 szeregowych. Zadań bojowych nikt przed tą grupką nie stawia, praktycznie są żołnierzami na posyłki. Pułk jako całość niewiele ma do roboty. Chyba rodzi się frustracja, skoro oficer informacji porucznik Kuklianow melduje pułkownikowi Szabelskiemu, jakie widzi problemy:

"1. Systematyczne pijaństwo całego korpusu oficerskiego

2. Przejmowanie tzw. trofiei na własny użytek

3. Antysemityzm

4. Używanie siły fizycznej wobec młodszych [stopniem], bójki oficerów, bicie żołnierzy".

„Przy takim chamstwie dobrze ułożony oficer, jakim był Jaruzelski, jeszcze bardziej błyszczał - pisze Lech Kowalski. - Pierwszy etap powojennej kariery miał bardzo ułatwiony, gdyż wynosiła go ponad pozostałych bylejakość korpusu oficerskiego, jego niewyszukane maniery, oraz niski poziom intelektualny”.

Rzeczywiście - wystarczy poczytać kolejne listy porucznika do babci, mamy i siostry, by zrozumieć, jak bardzo musiał się różnić od kolegów, którzy używali w pijackich sprzeczkach argumentu noża.

"21 czerwiec 1945

Kochana Babciu

( ) W związku z końcem wojny i przejściem do życia pokojowego wynikło wszędzie wiele rozmaitych zagadnień i problemów, szczególnie jaskrawy odblask mających w wojsku. Każdy patrzy na nie z innego punktu widzenia, przeważnie ze strony korzyści osobistej, lecz ja, Babciu Kochana, pozostałem wierny swym dawnym poglądom wiedząc, że obecna moja służba i praca złączona jest trwale z wysiłkiem milionów Polaków, którzy chociaż różnymi drogami, lecz dążą do jednego celu jakim jest wolność, wielkość i niepodległość naszej Ojczyzny".

Tego samego dnia Jaruzelski wysyła jeszcze jeden list. Wie, że wszystko, co pisze, może być przeczytane przez wojskową cenzurę, więc adresuje swe uwagi na temat aktualnej sytuacji geopolitycznej trochę do rodziny, a trochę do przełożonych:

"Kochane moje.Znajdujemy się już nie w lesie, a w koszarach niedaleko od rzeki Nissy [późniejszej Nysy], gdzie pełnimy służbę garnizonową i przygraniczną. Jak długo trwać to będzie nikt z nas nie wie, lecz przypuszczamy, że pomimo wszystko w prędkim czasie powinniśmy wrócić do kraju.

( ) Wy Kochane Moje chociaż znajdujecie się tak daleko, na pewno zdajecie sobie sprawę, że teraz po skończeniu wojny wynikło bardzo wiele zagadnień i problemów trudnych do rozwiązania. I chociaż każdy przedstawia je w innym świetle, to ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaka ona by nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała".

List kończy słowami:

"...nie martwcie się, Kochane Moje, tymi sprawami, gdyż wszystko zakończy się dobrze i tylko Bogu należy dziękować, że tak kierował naszymi losami, iż czeka nas radosna chwila spotkania i powrotu do kraju".

Porucznik proponuje czystki etniczne

Pierwsze powojenne zadania bojowe 5. Pułk otrzymuje po powrocie do kraju - zwycięzcy spod Berlina mają teraz likwidować AK-owskie podziemie w okolicach Częstochowy. Jaruzelski uczestniczy w opracowaniu "szczegółowego planu zabezpieczenia rejonu". Wielu jego kompanom nie uśmiecha się bratobójcza walka. Mnożą się dezercje, coraz więcej żołnierzy prosi o zwolnienie ze względu na stan zdrowia. Dowództwo nie trzyma nikogo na siłę. Mimo to przyszły generał zostaje w armii. Razem z funkcjonariuszami częstochowskiej milicji i UB organizuje milicyjno-wojskowe patrole i pododdziały alarmowe, które mają czekać w gotowości na wypadek ataku "band". Gdy prace organizacyjne dobiegają końca, w Dzień Zaduszny, pułk przenosi się do Hrubieszowa pod Zamościem, gdzie przebiegać ma teraz nowa polsko-sowiecka granica.

Miasteczko przecina rzeka Huczwa, do której mieszkańcy okolicznych krzywych drewnianych domków zrzucają śmieci. Nieliczne murowane budynki na południowym brzegu zajęte są przez partię i bezpiekę; powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, powiatową komendę MO, jednostkę NKWD (150 Sowietów pod bronią) i powiatowy komitet PPR. Za drewnianym mostem, na brzegu północnym: komenda WOP i koszary, które zająć ma teraz 5. Pułk. Czekiści, milicjanci i żołnierze będą wspólnie prowadzić akcje wysiedlania ukraińskich wsi.

Ukraińcy - w większości przedwojenni obywatele Rzeczpospolitej - nie chcą się wynosić ani do ZSRR, ani na tzw. Ziemie Odzyskane. Ukrywają się w lasach, organizują zbrojny opór. Partyzanci UPA napadają na siedziby komisji przesiedleńczych, niszczą spisy ludzi przewidzianych do wywózki na wschód, tną telefoniczne druty, wysadzają nawet most na Bugu, przez który NKWD pędzi ludzi do ZSRR. Na rozbrajanie patroli i zabójstwa Sowietów politruków nowa władza odpowiada terrorem.

"W tym czasie porucznik Jaruzelski już w pełni identyfikuje się z władzą ludu zbrojne podziemie traktując jako wroga - pisze autor "Generała ze skazą". - Wraz z szefem sztabu [pułku] majorem [Aleksandrem] Fominem stanowi swego rodzaju mózg wszelkich operacji (...) wymierzonych w ukraińskie i polskie podziemie zbrojne".

Na razie operacje nie przynoszą sukcesów.

Hrubieszowscy czekiści i ubecy katują w piwnicach zatrzymanych i podejrzanych, ale w terenie rządzą UPA i WiN. 2 grudnia pułkowy partol zostaje zaatakowany i rozbrojony w granicznej miejscowości Waręż. UPA czuje się na tyle pewnie, że puszcza żołnierzy wolno. Na drogę daje im jeszcze ulotki, z których wynika, że nowe wojsko polskie to sowiecka agentura, w dodatku zażydzona.

Dwa tygodnie później w okolicy wsi Hołub ośmiu żołnierzy z innego pułkowego patrolu nie ma już tyle szczęścia. Sześciu ginie.

W sylwestra UPA rozpędza 35-osobowy oddział wojskowych eskortujących transport zboża.

"[Nie możemy pokonać band], ponieważ ludność w 100 procentach je popiera" - pisze porucznik Jaruzelski w raporcie do dowództwa. Proponuje rozpocząć masowe czystki w terenie. Zwierzchność jest najwyraźniej tego samego zdania.

W kwietniu zaczyna się systematyczna pacyfikacja - całe wioski (Kosmów, Ślipcze, Cichebórz) wypędzane są do ZSRR. Milicjanci, WOP-iści, czekiści, ubecy i żołnierze wspólnymi siłami równają z ziemią to, co po nich zostało.

Agent „Wolski” donosi - ale co?

W marcu 1946 Jaruzelski zostaje tajnym agentem Informacji Wojskowej i przyjmuje pseudonim "Wolski".

Główny Zarząd Informacji Ludowego Wojska Polskiego zajmuje się tropieniem w wojsku AK-owców, członków przedwojennych partii politycznych i wszelkich "wrogów systemu". Formalnie podlega Naczelnemu Dowództwu WP, faktycznie - pułkownikowi Iwanowi Sierowowi, zastępcy ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR. Do 1957 roku Informacja aresztuje ok. 17 tysięcy wojskowych i cywilów, w tym generała Stanisława Tatara - skazanego później na dożywocie w sfingowanym procesie.

Trudno orzec, na kogo donosił Jaruzelski i na ile jego donosy zaszkodziły ludziom. Teczka "Wolskiego" najprawdopodobniej znajduje się w Moskwie.

Historyk IPN Piotr Gontarczyk spekuluje: - Nie ulega wątpliwości, że przedmiotem jego raportów nie były sprawy związane z UPA, polskim podziemiem czy nastrojami ludności - te informacje Jaruzelski pisał do swoich przełożonych i organów Informacji zupełnie oficjalnie. Tą samą drogą wędrowały jego raporty dotyczące nastrojów wśród podległych mu żołnierzy. Można więc postawić tezę, że informacje "Wolskiego", jeśli miały być "wartościowe", mogły dotyczyć tylko jednej materii: kadry oficerskiej macierzystej jednostki wojskowej [w Hrubieszowie]. W późniejszym okresie zaś oficerów z Dowództwa Wojsk Lądowych i szeroko pojętego pionu szkolenia ludowego WP.

OOd wiosny 1946 kariera Jaruzelskiego toczy się szybko: w kwietniu jest już porucznikiem i formalnym II zastępcą szefa sztabu 5. Pułku, w tym samym miesiącu zostaje przewodniczącym pułkowej Wewnętrznej Komisji Kontroli. To dowód wielkiego zaufania dowództwa. Młody porucznik najwyraźniej chce na to zaufanie zasłużyć, bo odrzuca proponowane skierowanie na kurs oficerski w Rembertowie. Deklaruje chęć pozostania na pierwszej linii frontu walki z reakcją.

Wiktoria hrubieszowska

Na oficjalnej stronie generała (www.wojciech-jaruzelski.pl) znajduje się jego "diariusz". Czytamy:

"Od jesieni 1945 r. do początków 1946 r. bierze udział w walkach z bandami zbrojnego podziemia i nacjonalistami ukraińskimi w obronie polskości Ziemi Hrubieszowskiej".

Kto by przypuszczał, jak interesująca historia kryje się za tym lakonicznym - i chronologicznie fałszywym - wpisem...

Fałszywym, bo w Hrubieszowie Jaruzelski "bierze udział w walkach" nie do początków 1946, ale aż do połowy roku. Największe wydarzenie przypada właśnie na koniec maja.

W nocy z 28 na 29 maja połączone 450-osobowe siły UPA i WiN atakują Hrubieszów. Atak przygotowany jest na wzór słynnej wiktorii iwienieckiej sprzed trzech lat. Wtedy to - w samym środku wojny, w centrum okupowanego przez Niemców wschodu - akowcy z Nowogródczyzny zdobyli (i utrzymali przez dwa dni!) garnizonowe miasto Iwieniec.

Teraz zamiast garnizonu SS i Luftwaffe (jak w Iwieńcu) atak trafi w koszary NKWD i komendę bezpieki. Zamiast do kolaborujących z Niemcami "czarnych" policjantów partyzanci strzelać będą do wysługujących się Sowietom funkcjonariuszy MO.

Ale taktyka jest identyczna jak trzy lata temu. Najpierw grupki członków WiN wchodzą po kryjomu do miasteczka i zajmują miejsca pod kluczowymi gmachami. Jednocześnie kilku konspiratorów przecina wychodzące z Hrubieszowa druty telefoniczne, co uniemożliwi wezwanie pomocy.

Kilka oddziałów ubezpiecza drogi dojazdowe i mosty w promieniu 15 kilometrów.

Tuż po północy partyzanci zaczynają ostrzał.

Na pierwszy ogień idą oczywiście koszary NKWD, leśni szybko zdobywają także budynek UB. Uwalniają 24 więźniów. Demolują siedzibę PPR. Najokrutniejszym ubekom i zajadłym komunistom odczytują - i wykonują na miejscu - wyroki śmierci w imieniu Rzeczypospolitej.

Około pierwszej w nocy WiN-owcy atakują komisariat MO. Dali szeregowym milicjantom czas na ucieczkę. Otoczeni funkcjonariusze, którzy zostali, bronią się rozpaczliwie - nie ulegają nawet wtedy, gdy leśni wyłamują drzwi i zajmują parter. Strzelanina trwa na schodach, odcięta na piętrze milicja rzuca granaty. Partyzanci odstępują, potem wracają, by ponowić szturm. I tak trzy razy.

W tym samym czasie Ukraińcy atakują ufortyfikowaną siedzibę komisji przesiedleńczej. Detonują przed wejściem przeszło 100-kilogramową bombę, ale nawet i to nie pomaga im wejść do środka. Bezpieczniacy w budynku są przygotowani na atak. Bronią się do upadłego.

Stacjonujący na drugim brzegu żołnierze 5. Pułku nie włączają się od razu do walk.

W aktach Wojskowego Instytutu Historycznego zachowała się notatka, wedle której dowódcy WiN zawarli tajny układ o nieagresji z komendanturą hrubieszowskiego garnizonu.

Ewhen Shtendera, były oficer UPA, teraz pracujący w Kanadzie historyk, pisze w artykule „Badania nad dziejami UPA w PRL”, że wojskowi z Hrubieszowa byli „kontrolowani przez WiN”: „W Hrubieszowie w maju 1946 r. zsowietyzowane były tylko PUBP i miejska MO. Urzędy powiatowe oraz garnizon Wojska Polskiego były pod wpływami polskiego podziemia zbrojnego. Kiedy my [UPA] planowaliśmy z oficerami WiN-u wspólne uderzenie na Hrubieszów, mieliśmy zniszczyć przede wszystkim załogę NKWD i UBP. Przedstawiciele WiN-u oświadczyli, ze garnizon [czyli 5. Pułk] nie pójdzie na pomoc NKWD. Tak też się stało. Pod naciskiem NKWD Wojsko Polskie wzięło udział dopiero w »pościgu « za [naszymi] oddziałami”.

To prawda: aby nie narazić się na zarzut braku pomocy zagrożonym Sowietom, nad ranem z koszar wysłany zostaje pluton elewów, któremu towarzyszy Jaruzelski.

25-osobowy oddział z bezpiecznej odległości obserwuje płonący budynek UB i toczące się walki. Gromadka młodzieńców i jeden oficer niczego nie może zrobić - o to chyba chodzi.

Prawdziwy pościg za partyzantami rusza dopiero rano, gdy żołnierze WiN i UPA mogą się już bezpiecznie wycofać.

Bilans strat po obu stronach jest dla władzy ludowej kompromitujący: UPA straciła w walce pięciu ludzi, WiN - żadnego. Po stronie komunistów - jeśli wierzyć sprawozdaniom z tamtego czasu - zginęło dziewięciu funkcjonariuszy NKWD, pięciu WOP-istów, dwóch ubeków i dwóch aktywistów PPR. Ci ostatni to prawdopodobnie ofiary szybkiego sądu.

Kapitan kończy studia w rok

Po hrubieszowskim rajdzie podziemia 5. Pułk zostaje odwołany do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam czeka już na przyszłego generała Srebrny Krzyż Zasługi za "walki z ukraińskimi bandami" oraz awans na kapitana - odczytany 22 lipca 1946.

Zadaniem, jakie Jaruzelski teraz ma do wypełnienia, jest ochrona komisji przeprowadzających referendum ludowe.

To słynne głosowanie ("3 razy TAK"), którego wyniki komuniści sfałszują. Jaruzelski ma teraz nie pozwolić, by "reakcyjne bandy", tym razem już nie ukraińskie, ale polskie, zakłóciły przebieg plebiscytu.

Meldunki, jakie świeży kapitan składa w tym czasie przełożonym, oraz (jawne) doniesienia do Informacji Wojskowej pokazują, że opanował już komunistyczną nowomowę:

"Zadaniem bojówek terrorystycznych [jest na naszym terenie] bezkompromisowa walka z obecnym ustrojem demokratycznym i zabójstwa działaczy partii demokratycznych oraz UB i MO, rabowanie pieniędzy w instytucjach państwowych i spółdzielczych, rabowanie broni oraz prowadzenie wszelkimi możliwymi środkami walki i propagandy przeciw demokratycznej Państwowości Polskiej z jej przedstawicielami".

Zachował też zamiłowanie do ładnej grafiki. Raporty opatruje - już tradycyjnie - kolorowymi wykresami ilustrującymi liczebność, położenie i organizacyjne podporządkowanie poszczególnych "band".

Opisywani przez niego "terroryści" to głównie byli akowcy: "Prawdzic", "Wilk", "Woda", "Rawicz", "Upiór" i "As". Szczególnie dwaj pierwsi mogą się poszczycić sukcesami w zwalczaniu nowej władzy. Dlatego taki entuzjazm wyziera z kolejnego raportu kapitana, gdy - w styczniu 1947 - raportuje o wielkim sukcesie grupy wypadowej pod wodzą samego Kazimierza Sikorskiego - od lutego szefa 5. Pułku.

Grupa osaczyła we wsi Przedbórz dziesięcioosobowy oddział z "Wilkiem" na czele. Obrzucony granatami "bandyta" zmarł wskutek odniesionych ran. Ujęto przy nim 16-letniego łącznika. Dokonano aresztowań wśród ludności cywilnej "za sprzyjanie i ukrywanie ludzi".

Dwa miesiące po tym sukcesie kapitan Jaruzelski dostaje ponownie skierowanie do Rembertowa - tym razem jedzie.

Niespełna roczną naukę w Centrum Wyszkolenia Piechoty - szkole oficerskiej - kończy z wyróżnieniem. Epizod odnotuje potem w swoim diariuszu jako "ukończenie studiów".


http://wyborcza.pl/1,96406,6058555,Jaruzelski__dluga_lekcja_nowomowy.html?as=6&startsz=x






ggggggggggggggggamany general 2337854




















mieszkańcy rodzinnej miejscowości Jaruzelskiego żądają badań DNA ponieważ nadal żyją jego koledzy z gimnazjum i twierdzą że to inna osoba (znalezione gdzieś na blogu który już nie istnieje):

"A mi się przypomina staruszek z którym kiedyś gadałem w pociągu. Był z Ciechanowca. Ukończył to samo gimnazjum które przed wojną kończył generał. Znał rodzinę Jaruzelskich typową szlachtę z Podlasia, porządnych patriotów, katolików. Wojciecha nie znał osobiście nie jego rocznik, ale znał ludzi którzy chodzili z nim do klasy.

Opowiadał że grupa mieszkańców zbiera podpisy by zarejestrować stowarzyszenie. Gdy tego dokonają zamierzają wystąpić do sądu o przymusowe testy DNA. Są bowiem przekonani że człowiek który przez dekadę rządził naszym krajem to podstawiony agent NKWD"

Wojna z Rosją, nawet tylko informacyjna może pomóc ujawnić nam wyjątkowych szubrawców. Żebyśmy tylko zechcieli ich zauważyć.

By zrozumieć sedno problemu, który poruszam i zdefiniować właściwie to zagadnienie musimy się cofnąć aż do 1944 roku. Do powstania tzw. Rządu Lubelskiego. 22 lipca tegoż roku Manifestem PKWN zostało powołane quazi państwo, zwane później Polską Rzeczpospolitą Ludową. Państwo tylko formalnie, po złamaniu wszelkich zasad, będące podmiotem prawa międzynarodowego. W rzeczywistości nie była to jednak Polska, ale XVIII republika sowiecka, twór okupacyjny o bardzo ograniczonej autonomii. Nie była to Rzeczpospolita, ale zwykła prowincja caratu, ze Stalinem jako carem. Przymiotnik „ludowa” też był nadużyciem, bardziej pasował przydomek „więzienna’.

Niektórzy myślą, że tą nadwiślańską Sowiecką Prowincją Więzienną zarządzali jednak Polacy, którym Stalin zaufał i powierzył administrowanie. Nic bardziej błędnego. Stalin z definicji nie ufał Polakom, ufał tylko (a i to też było zaufanie ograniczone) swojemu aparatowi terroru, Rosjanom, enkawudzistom lub funkcjonaruszom GRU oraz ich wychowankom z mózgami wypranymi przez komunistów, którzy z pewnością nie poczuwali się Polakami. Rajem nad Wisłą nie rządził więc nigdy żaden Polak, ale banda żołnierzy sowieckich z różnych formacji oraz tzw. „matrioszek” udających Polaków a będących w rzeczywistości całkiem oddanymi Stalinowi sobowtórami ludzi zamordowanych i oficerami tajnej sowieckiej policji politycznej. To na matrioszkach ciążył szczególny obowiązek nadzoru nad sowieckimi interesami tam, gdzie z przyczyn propagandowych lub psychologicznych nie mogli tej roli spełniać zwykli Rosjanie lub mniej lub bardziej jawni polskojęzyczni oficerowie NKWD albo GRU. Była to służba wewnątrz służb. Osoby podwójnie zakonspirowane, będące wtyczkami o uprawnieniach szczególnych i często posiadające bezpośredni dostęp do najbliższego otoczenia Stalina.

Te „matrioszki” używające publicznie takich nazwisk jak Bierut, Światło, Berman, Jóźwiak czy Skulbaszewski - Szef Informacji Wojskowej, otaczały się armią kilkudziesięciu tysięcy siepaczy, wzajemnie się kontrolujących i mogących w każdej chwili, przy pomocy stacjonującej Armii Czerwonej zmasakrować ten kraj.

Oczywiście, rzeczone „matrioszki” wprowadzane były na każdym poziomie terroru. Od najwyższych władz państwowych, aż po te z pierwszej linii służby, nawet na poziomach oficerów młodszych, by się kształciły, zdobywały doświadczenie, penetrowały swoje środowiska i przygotowywały się do pokoleniowej zmiany warty przy sterach władzy namiestnikowskiej. „Matrioszka” to był taki Hans Kloss zainstalowany wśród polaków i przygotowywany przez wybrane osoby ze służb sowieckich. Bardzo często po prostu przez starsze „matrioszki”. Odbywało się to tak: wybierano osobę bardzo podobną do jakiegoś Polaka z dobrej rodziny lub odpowiednim życiorysem (najlepiej arystokraty, oficera z przedwojennej polskiej armii, uczonego bądź opozycjonisty rządu sanacyjnego, albo wywodzącego się z rodzin tych ludzi) przetrzymywanego i katowanego na Łubiance, lub innym sowieckim więzieniu. Delikwenta rozpracowywano i eliminowano wszystkich jego bliskich oraz znajomych, których udało się wyłapać i którzy mogliby powziąć jakieś wątpliwości. Następnie podstawiony enkawudzista uczył się historii życia tej osoby, jego zachowań, odruchów, sposobu mówienia, pisania i charakterystycznych gestów.

Gdy był już odpowiednio przygotowywany „matrioszkę” w ramach egzaminu podstawiano zamiast oryginału do więzienia lub np. Armii Wojska Polskiego by go sprawdzić oraz uwiarygodnić. Ryzyko „wpadki” ograniczał przy tym fakt, że w skutek przeżyć, lat rozłąki ludzie się często bardzo zmieniali. Gdy środowisko zaakceptowało „matrioszkę” „oryginał” był bezwzględnie mordowany a ślady manipulacji zacierano, czasem nawet eliminując nauczycieli „matrioszki”. Odpowiednio wyszkolony agent tak mocno wchodził w nową osobowość, że nawet w przypadku odnalezienia się po latach najbliższej rodziny lub przyjaciół rzadko kiedy był demaskowany. A gdy już został to demaskatora się pozbywano, zastraszano albo przekupywano. W zależności od sytuacji i osoby.

Tak się na przykład ustawił Zenon Komender, który milczenie na temat Wojciecha Jaruzelskiego swojego przyjaciela z dzieciństwa, z którym chodził do jednej klasy w Gimnazjum Księży Marianów na Bielanach w Warszawie, a za którego podstawiono „matrioszkę” sprzedał za karierę w PAX i w Inco-Veritas.

Prawdopodobnie także Bolesław Piasecki drogo sprzedawał swoją wiedzę. Tak drogo, że być może zapłacił za nią śmiercią swojego syna.

Zazwyczaj jednak, nawet rodziny się nie orientowały w „podmianie”. Trudno nawet było wpaść na taki pomysł. Czasem tylko niepokoiła najbliższych zadziwiająca zmiana światopoglądowa, jaka nastąpiła o człowieka podczas jego pobytu w opisywanych więzieniach sowieckich, w łagrach lub na zsyłce. Wychowany w tradycji patriotycznej chrześniak, przyjaciel lub kolega stawał się nagle wielkim zwolennikiem komunistów lub, co najmniej orędownikiem współpracy z nimi. Taka osoba, ku zdziwieniu przedwojennego otoczenia lub ludzi znających jej niepodległościowy życiorys zaczynała się zachowywać jakby zaprzedała duszę reżimowi. I się nie mylili. Dusza tego człowieka i wszelkie jego myśli były absolutnie oddane okupantowi Polski, tyle, że to nie był ich chrześniak, przyjaciel lub kolega, ale jego doskonały sobowtór – sowiecka „Matrioszka”.

Projekt szatański i niewiarygodny, ale gdy stawką jest zniewolenie średniej wielkości narodu to szatana na wiele stać.

Dlaczego o tym piszę w tej chwili?

Otóż „matrioszki” okresu stalinowskiego dalej są wśród nas. Te starsze matrioszki zostały skutecznie zastąpione młodszymi. Młodsi mieli przejąć władzę później i przejeli. W okolicy kształcenia młodych „matrioszek” i pieczy nad ich karierą równolegle organizowano dla nich zaplecze rekrutowane z grupy wiernopoddańczych kanalii. Tyle, że te kanalie były tylko kanaliami i zdrajcami, oficerowie KGB oficerami wojsk okupacyjnych a „matrioszki” elitą elit, sukcesorami władzy sowieckiej na terenie Polski, grupą o statusie niewiele niższym od członków KC KPZR, błyskawicznie awansującą, wspierającą się nawzajem i stanowiącą niezawodną, tajną broń Moskwy. Nie oszukujmy się, Ci pełnomocnicy naszych wrogów nie mieliby żadnych skrupułów by polskie miasta zamienić w atomowe cmentarzysko. Zresztą, nie potrzebnie użyłem czasu przeszłego. Oni wciąż ich nie mają, wciąż tworzą agenturę, wciąż szkodzą i wciąż demoralizują swoje otoczenie oraz manipulują opinią publiczną.

Wskazuje na to spiskowa praktyka dziejów.

Takimi „matrioszkami” na nowe czasy, kształconymi, szkolonymi i przygotowywanymi tylko do trzymania Polaków pod butem do czasu zmienienia ich na mięso armatnie jest wspomniany już wcześniej Jaruzelski, ale być może także Kiszczak czy Urban (prawda, że kanalie?). Każdy na innym odcinku. Każdy potężny, oddany i niszczycielski. Żaden nigdy nie uznał i nie uzna się za Polaka, a każdy chętnie wykona rozkazy zmierzające do dalszego pognębienia lub zniszczenia narodu polskiego.

Tych matrioszek jest dużo więcej. Niektórzy z nich do dzisiaj są niemal absolutnie zakonspirowani i pozostawali w uśpieniu. Niemal - bo nie możemy wykluczyć istnienia innej wąskiej grupy, która nabyła o nich wiedzę i ich kontroluje. I oto mamy pion dowódczy wielkiej armii rosyjskiej na ziemiach polskich, która wprawdzie nie chodzi w ruskim mundurze, ale za to jest wszechobecna, trzyma kontrolę nad układem nerwowym tego kraju i jest niesłychanie karna oraz skuteczna. Wszystko, więc wskazuje na to, że wciąż, w naszym domu gościmy agresora zewnętrznego, brygadę komandosów, zabójców, dywersantów i sabotażystów gotowych umrzeć dla swojej moskiewskiej ojczyzny. To nie jest jakaś tam agentura. Jakieś tam niejasne powiązania z GRU czy FSB. Ale najlepsi z najlepszych oficerowie rosyjscy, często posiadający wysokie moskiewskie stopnie i odznaczenia za zasługi. To są liniowe wojska wywiadowców, które toczą walkę o podległość Polski. Identycznie zadaniowani jak niegdyś Putin w RFN – choć Putin jednak miał status niższy, bo nie był matrioszką.

Ktoś powie, że to nadużycie, że nie wiemy na pewno. Owszem, nie ma 100% pewności co do niektórych nazwisk, ale doniesienia Olega Pieńkowskiego, przecieki do prasy inspirowane niegdyś przez Jamesa Angletona (CIA), cuda archiwum Mitrochina i okoliczności pewnych wydarzeń wraz z zaprzęgniętą logiką i zdrowym rozsądkiem pozwalają na wypowiadanie się z wielką dozą prawdopodobieństwa.

Szczęściem dla badaczy, historyków i wywiadów, te sowieckie kanalie były nieufne nie tylko w stosunku do narodu polskiego. Przede wszystkim, nie ufały sobie i panicznie bały się siebie nawzajem. I nie ma, co się dziwić, na hamulce moralne swoich rywali o wpływy nie mogli raczej liczyć. Zazwyczaj, więc okopywali się i zbierali haki na siebie. To miało dawać zabezpieczenie. Znacie to przecież: Berman miał teczkę na Bieruta, Bierut na Światłę a Światło na Bermana. To typowe. Jednak niektórzy, bardziej kreatywni, wychodzili poza ten schemat. Zaczynali prowadzić mini-badania historyczne nad życiorysami swoich partyjnych rywali. Z czasem te działania zmieniały się w swoiste hobby, a hobby w obsesję. Angażowali coraz więcej swojego prywatnego czasu, coraz więcej środków, kontaktów i wykorzystywali wszelkie możliwości by dotrzeć do najściślej strzeżonych tajemnic. Najlepsi mieli prawdopodobnie obszerne prywatne archiwa i armię funkcjonariuszy-dedektywów. To już nie była dbałość o gwarancje bezpieczeństwa, ale taniec na linie, walka na śmierć i życie.

Przykład: Jaroszewicz!

Jeden z najbardziej dociekliwych badaczy życiorysów „kolegów” i ubecki politruk w jednym. Sam, będąc „tylko” i „aż” protegowanym Wandy Wasilewskiej wytrwale tropił „matrioszki”.

I pewnie, dlatego zginął.

Paradoksalnie to, co miało go chronić stało się jednym z powodów jego zguby. Nie mamy, bowiem wciąż pewności czy wyłącznym. Pozostałe motywy zabójstwa Jaroszewiczów mogą być jeszcze związane ze śląskimi skarbami - ale to inna para kaloszy. Wydawać się może, że gromadzone przez niego dokumenty, które ukradli mordercy na zawsze zostały utracone. Ja jednak jestem pewien, że znów stanowią czyjąś polisę ubezpieczeniową. A poza tym, żołnierz broni nie niszczy tylko zakopuje. A to naprawdę jest bomba masowego rażenia.

Gdy dodamy do tego międzypaństwowe rozgrywki rosyjskie i dzisiejszą bitwę o historię to mamy prawo wierzyć, że kiedyś, część tej prawdy odkryjemy.

I jeśli nie ma, co się cieszyć z wrednej propagandy historycznej Putina, to moim zdaniem należy się temu trendowi bardzo przyglądać i wykorzystywać antypolskie zapędy po to, żeby odkodować własną historię i rozpoznać siatkę wewnętrznych wrogów. Mamy dziś Internet - namawiam, więc blogerów do buszowania w jego meandrach i do białego wywiadu.

W Polsce historia to nie pamięć tylko, to klucz do naszej przyszłości.

http://niepoprawni.pl/blog/164/rosyjskie-matrioszki-wciaz-sa-polskim-problemem




Jaruzelski przez pół wieku nie odwiedził grobu ojca.











ggggggus wojciech jaruzelski



gggggggggarnosc 81 jaru 793384a





Gen. W. Jaruzelski, matrioszki

Opublikowany w ■ historia przez Maciejewski Kazimierz w dniu 1 Luty 2010

W końskim łajnie siedzą dwa żuczki. Jeden pyta drugiego: “Tatko! popatrz, obok woda czysta, trawa zielona,

a w górze niebo takie niebieskie, a my wciąż grzebiemy się w gównie. Dlaczego?”, Drugi na to: “Bo widzisz synu,

to wciąż jest nasza ojczyzna”.

Tajna historia Polski

Wybaczcie, tyle spraw ciekawych kręci się koło nas, a ja wciąż o polityce, wciąż grzebię się w … Do przypomnienia sprawy “matrioszek” skłoniły mnie nie tylko monity internautów, ale także toczący się proces generała W. Jaruzelskiego et consortes, dzięki któremu znowu odżyły niegdysiejsze mity. Przypominana relacja jest zbyt obszerna, by ogłaszać ją w jednej kupie. Będzie więc kup kilka. Zapraszam do dyskusji.

“Matrioszka” – baba w babie, a w tej babie jeszcze jedna baba z babą w środku. Baby są drewniane (przeważnie bukowe lub brzozowe), barwne, można je kupić prawie na każdym większym bazarze. “Matrioszki” wywiadów są nieco inne. Zbudowane z krwi i kości oraz żywego mięska. Mają żelazne zdrowie, nienaganne maniery, przyjemną aparycję i nerwy ze stali. Działają jak roboty – tylko na sygnał centrali. Chociaż mózgi mają nieprzeciętnie wielkie, gdyż inaczej by nie przetrwały ani minuty wyłowieni przez wrogie kontrwywiady, to ich faktycznym mózgiem jest areopag służb specjalnych.

Teoria służb specjalnych zna ta sprawy od wieków. Zarówno wywiady, jak i kontrwywiady stosowały ją jednak w incydentalnych wypadkach. Dopiero sowieckie służby specjalne wykorzystały ją na znacznie szerszą skalę. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tym sposobem posłużyły się również służby specjalne Peerel, głównie kontrwywiad, kierowany w latach siedemdziesiątych przez gen. Pożogę, a później cała Służba Wywiadu i Kontrwywiadu, kierowana przez tego samego generała. Metoda ta pomogła W. Pożodze umieścić na Zachodzie kilkuset agentów, z których niektórzy nigdy nie zaczęli swojej pracy.

Sposób jest prosty. Wywiad lub kontrwywiad, planując umieszczenie liczącego się agenta w wybranym państwie, przygotowują odpowiedniego kandydata, czasami z wieloletnim wyprzedzeniem, czasami zaczynając szkolić adepta od dziecka. Upatrzony kandydat w odpowiednio wybranym momencie zastępuję inną osobę, wcielając się w jej postać. Oczywiście zastąpiony zostaje zlikwidowany.

Jest to żmudna, czasochłonna i bardzo kosztowna metoda. Jednak sowieckie służby specjalne udowadniały niejednokrotnie, że gdy chodzi o interesy Imperium potrafią pracować z wyprzedzeniem idącym w dziesiątki lat, nie licząc się z kosztami, ofiarami ani niczym innym. Tak było z “matrioszkami” wywiadów.


Opowieści goryla [wersja I].

W czasie pisania książki Byłem gorylem Jaruzelskiego, opartej m.in. o relacje płk. A. Gotówki, były szef goryli generała wielokrotnie wspominał o zasłyszanej teorii podmian osób celem “wyhodowania” agenta wpływu. Chodziło o gen. W. Jaruzelskiego. Nie traktowałem tych relacji poważnie (podobnie jak i nie czynię tego obecnie), nie umieściłem o nich wzmianki w książce. Gdy jednak z innych źródeł usłyszałem podobne “rewelacje”, czuję się w obowiązku zasygnalizować problem. Sięgam po notatki (nie autoryzowane).

- Wiesz – przekonywał mnie goryl – od dawna w środowisku dotyczącym Jaruzela słyszę głosy, że Jaruzelski, to nie Jaruzelski.

- Tylko kto?

- Facet podstawiony przez NKWD.

- Bzdury.

- Zobacz: dobra szlachecka, herbowa rodzina. Świetne gimnazjum. Syberia. Tajga. Berlingowcy. Nagła kariera.

Najmłodszy generał w LWP. Najmłodszy wiceminister. Najmłodszy minister. Członek Biura Politycznego. Pierwszy sekretarz partii. Wreszcie prezydent, już na pół wolnej Polski, ale jeszcze z sowieckimi wojskami w środku. Przecież jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych do Moskwy szły z Warszawy sprawozdania o ruchach kadrowych w naszej armii, podpisywane niekoniecznie przez polityków dawnego reżimu. Tego nie można osiągnąć bez pomocy potężnych służb specjalnych Imperium.

- Twoja opowieść jest najlepszym przykładem na spiskową teorię dziejów.

- Niedawno odwiedziłem w Warszawie pewnego krawca. Szyje generalskie mundury. Pochodzi z rodzinnej miejscowości Jaruzela. I on również twierdzi, że Jaruzelski z Kurowa, to nie Jaruzelski z Belwederu.

- Też mi dowód…

- A moje spostrzeżenia się nie liczą? Wiele się napatrzyłem na nietypowe spotkania Jaruzela z rodziną (siostra, matka). Oschłe, zimne, wyrachowane, dziwne, jakby nieludzkie, jakby się spotykał robot dawno zaprogramowany.

Mam dziwne przeczucie, że Jaruzel Belwederski jest wytworem radzieckich służb specjalnych.

Mało wiadomo o planowaniu z wieloletnim wyprzedzeniem. Ale ono było. Wizja wasalnej Polski. Miał ją Stalin na długo przed zakończeniem wojny. Byłoby dziwne gdyby nie postawił służbom specjalnym, które doceniał, odpowiednich zadań. Przygotowywanie kadr zgodnie z dyrektywami generalissimusa. Różnymi sposobami. Jawnymi i tajnymi. O jawnych wiemy dużo, o tajnych prawie nic. Rola NKWD. Ci faceci uwielbiali takie trudne zabawy. Wytypowanie własnych kandydatów. Wybranie odpowiednich ofiar spośród łagierników, z dobrymi życiorysami. Podmiana. Likwidacja niepotrzebnej ofiary. Trudna adaptacja, pod kontrolą. Potem puszczenie kandydata na głębokie wody, ale pilotowanie. Czas wojny sprzyjał takim grom.

***

Opowiedziałem tę historyjkę generałowi W. Jaruzelskiemu. Usłyszałem:

Bzdury!



.

W. Jaruzelski, matrioszki [cz. II], mecenas

Jeżeli misja wyjdzie na jaw jeszcze przed rozpoczęciem, trzeba zabić szpiega i wszystkich, którym udzielił on informacji.

Sun Tzu

Ciekaw jestem, co w kontekście zacytowanych słów Sun Tzu myślicie o gen. Piotrze Jaroszewiczu? Wydaje mi się, że to bardzo zagadkowa historia, której nie chciano wyjaśnić. Podobnie, jak chyba nie chciano wyjaśnić sprawy morderstwa gen. M. Papały. No i to wleczenie sprawy wypadku prof. Geremka. Mam wątpliwości co do użytego określenia. Nie jestem pewien czy to wypadek czy przypadek. Katastrof samochodowych, dużych i małych VIP-ów, ci u nas dostatek. Rozstrzygnięć: wypadek albo przypadek? – mało. Wypadki chodzą po ludziach. Przypadki po służbach specjalnych. Czyż to nie zastanawiające? Przypominam – jestem zdecydowanym przeciwnikiem spiskowej teorii dziejów i gorącym zwolennikiem spisków polityków. Ale do brzegu!

Kontynuując poprzedni wątek dziś “Matrioszki” Bohdana Rolińskiego.

Relacje reportera oparte są na rozmowach z generałem Piotrem Jaroszewiczem. Roliński komponuje opowieść z relacji z relacji, poszerza o sprawy związane ze śmiercią Karola Świerczewskiego, by dojść na koniec do wniosku i uzasadniać go, że sowieckie służby specjalne miały w Polsce co najmniej kilka “matrioszek”.

Roliński pisze, że P. Jaroszewicz opowiadał, że Karol Świerczewski: …się zorientował, że chodziło o operację wywiadu polegającą na podmianie ludzi. Słyszał kiedyś w Hiszpanii o stosowaniu tej metody. Zapoczątkowano ją podobno jeszcze w latach dwudziestych w walce z białą emigracją rosyjską. Teraz okazało się, że Żukow przygotowywał podmianę na polski teren. Karol zrozumiał, że dla przygotowanych w normalnym trybie, i pewnie od lat, agentów na Polskę, Żukow wynalazł sobowtórów, czy choćby bardzo podobnych, wśród setek tysięcy Polaków, których wojna rzuciła do Sojuza. Miał już kandydatów do podmiany. Jeśli operacje będzie realizowana, autentyczni znikną, jak mała matrioszka w dużej… Operacja ryzykowna, ale w razie powodzenia daje rezultaty nadzwyczajne.

Wedle P. Jaroszewicza, o całej operacji przygotowywania “matrioszek” na Polskę miał decydować sam J. Stalin. Generalissimus planował ponoć “zainstalować” w Wojsku Polskim cztery do sześciu “matrioszek”. Opiekun z NKWD I Dywizji mjr/gen. G. Żukow musiał oczywiście przygotować więcej kandydatów. B. Roliński opowiada opowieści P. Jaroszewicza o opowieściach K. Świerczewskiego dotyczących jego kontaktów z opiekunem z NKWD: “Swoich ludzi wytypowałem trafnie spośród innych przygotowywanych do służby specjalnej” – ciągnął Żukow. “Byli doskonale wyszkoleni, wychowani jak Polacy. Nie myśl, że uczyli ich nasi, ja miałem nawet dwóch księży, prawdziwych, polskich. Moje wymagania były bardzo wysokie. Znalazłem kandydatów. Powiem ci, że oni pochodzili z rodzin kiedyś polskich, które osiadły w Rosji. Byli doskonali i nadawali się do każdej pracy w Polsce. Ale do tej musiałem im znaleźć sobowtórów”. Żukow wreszcie użył właściwego słowa, które było schowane w tej operacji, jak matrioszka w matrioszce.

Jeżeli ciekawi was, co powiedział J. Stalin, to B. Roliński zaspokoi waszą ciekawość opowieścią z czwartej ręki. Będzie tak: Stalin przekazał ważny rozkaz Żukowowi. Major zdradził go Świerczewskiemu, który był generałem i który zwierzył się Jaroszewiczowi. Ten podkablował tercet – Stalina, Żukowa i Świerczewskigo Rolińskiemu, który sypnął metody NKWD, ujawniając najskrytszą tajemnicę generalissimusa tysiącom czytelników.

A J. Stalin (mając na myśli rwące się do roboty szpiegowskiej matrioszki) powiedział tak: Dajcie ich do polskiej armii. Mają siedzieć, jak ryba w lodzie, ani drgnąć dopóki nie zgłosimy się do nich. Wszystkie zwykłe prace wykonujcie przez agenturę. Oni niech czekają. Tylko ja mogę wam dać znać, kiedy i jak ich uruchomić.

Oczywiście, K. Świerczewski nie ustawał w molestowaniu mjr./gen. Żukowa aby mu zdradził rozmieszczenie “matrioszek”. NKWD-ysta wzdraga się długo, ale w końcu, rozmiękczony alkoholem zdradza: Czterech andersowców jest tam, u nich. Bardzo dobrze. Dwóch z drugiego rzutu było w pierwszej dywizji. Jeden o mało nie zginął pod Lenino. Dwóch było w drugiej (dywizji – przyp. H.P.). Dwóch poleciało do Polski, do partyzantów. I jest jeszcze jeden, poszedł drogą cywilną […]. Wszyscy przeżyli wojnę. Są tu, żyją między ludźmi. Lepsi to Polacy niż wy, w tych mundurach. To nie są jacyś zwykli agenci. Oni nie zajmują się sprawami, które załatwia wywiad czy kontrwywiad. Oni po prostu tu żyją, pracują, działają. Już wrośli w otoczenie. Taki to, widzisz, genialny jest nasz wynalazek. Oni są dziś Polakami, moje “Matrioszki”…

I na koniec sypnę J. Stalina, Żukowa, K. Świerczewskiego, P. Jaroszewicza i B. Rolińskiego. Reporter mi to zapewne wybaczy. “Matrioszki” Żukowa w Polsce, to – B. Bierut, J. Światło i (ale bez wskazania po nazwisku) W. Jaruzelski.

Tę historyjkę również opowiedziałem generałowi W. Jaruzelskiemu. Usłyszałem:

- Bzdury!

Trudno jest pisać o najtajniejszych sprawach wywiadów nie mając dostępu do pełnych materiałów archiwalnych. Ale nawet, gdy się ma dostęp do wybranych dokumentów, nigdy nie wiadomo, co jest prawdziwe a co fałszywe, co jest zapisem działań operacyjnych, co dezinformacją, co planami, co sprawozdaniem przygotowanym wyłącznie na użytek polityków, aby wydusić z decydentów dodatkowe środki, a co zestawieniem przygotowanym do dyscyplinowania podwładnych, co analizą… Jeszcze trudniej jest opierać zapisy na relacjach osób wierzących, że wszystko wiedzą o służbach specjalnych. Czasami wygląda to tak:

Opowieści pewnego mecenasa:

- W. Jaruzelski nie jast W. Jaruzelskim.

- Kim jest W. Jaruzelski?

- To inny człowiek.

- Ale nazywa się W. Jaruzelski?

- Tak, nazywa się W. Jaruzelski, ale nie jest W. Jaruzelskim.

- W. Jaruzelski jest W. Jaruzelskim, ale nie jest W. Jaruzelskim?

- Tak właśnie.

- Uf!

- Takie są służby specjalne.

- Takie są sowieckie służby specjalne?

- Tak właśnie. Takie są sowieckie służby specjalne.

- A dowody?

- W służbach specjalnych nie ma dowodów. Zwłaszcza w sowieckich służbach specjalnych.

- Skoro nie ma dowodów. Nie ma i nie było sprawy.

Tej historyjki nie opowiadałem generałowi W. Jaruzelskiemu. Domyślałem się odpowiedzi. Mecenasa znałem od zawsze. Był wychowankiem mojego przyjaciela ze Służby Wywiadu i Kontrwywiadu. Mecenas śpi spokojnie, bo wie, że ma w IPN czyste konto. Papirusy dotyczące jego mozolnego trudu z lat 70/80, w 1989 r. zmieniły mp. Dlatego mecenas je z ręki tym, którzy dysponują zasobem dotyczącym jego dorobku. W tym miejscu dodam, że nie są to ludzie, którym warto zaryzykować i dać się ogolić brzytwą. Przekonałem się o tym osobiście. Moi przyjaciele, na szczęście, zamiast brzytwy, umiejętnie posłużyli się organami [45 lat praktyki do czegoś zobowiązuje]. Przez naiwnych zwanymi organami sprawiedliwości [za Levinasem: sprawiedliwość to przede wszystkim prawo głosu].


.

W. Jaruzelski – proces, L. Wałęsa, Grudzień ‘70, matrioszki [cz. III]

…Stanowczo za daleko poszliśmy w uprzejmości względem zabobonnych mędrków. Wypada raz wreszcie z tym skończyć, odróżnić hipotezę naukową od widzimisię demagoga, naukę od fantazji, uczciwy wysiłek filozoficzny od pustej gadaniny. A to tym bardziej, że owa gadanina miewa, niestety, tragiczne skutki…

Jan Maria Bocheński

W oczekiwaniu na igrzyska olimpijskie poobserwowałem igrzyska sądowe. Bronił się W. Jaruzelski et consortes. Generał bronił się milcząc. Nacierała prokuratura. Arbitrem był Lech Wałęsa. Sprawa szła o Grudzień ‘70. Słuchając zadziwiająco nieprecyzyjnej paplaniny zastanawiałem się, czy tak poważne grono osób nie potrafi dostrzec paradoksu w tym, co robi? Z całym szacunkiem dla chęci oraz późniejszych dokonań, kiedy to L.W. stał się, obok Jana Pawła II, drugim rozpoznawalnym Polakiem w świecie, ale słuchanie fantazjowania niegdysiejszego elektryka na temat tego, co się w grudniu 1970 r. działo w Białym Domu, kto i o czym decydował itp., itd. zakrawa na kpinę.

Czyż tak trudno pojąć, że aby powiedzieć coś rozsądnego o faktycznym przebiegu tragedii na Wybrzeżu, nie wystarczy chcieć. Trzeba jeszcze przeczytać jakieś 50-100 metrów akt, przestudiować z 50 książek, przesłuchać 3-5 km taśmy magnetofonowej z nagraniami oraz przede wszystkim, zebrawszy świadków z obu stron barykady, przeprowadzić coś na kształt wizji lokalnej, albo przynajmniej podróży historycznej, ustalając krok po kroku przebieg wydarzeń, rejestrując co kto mówił, co robił, a nawet gdzie stał etc… Uczestnikiem takiej wizji, jako jeden z relantów, mógłby być i powinien być Lech Wałęsa. Mógłby i powinien być uczestnikiem takiego przedsięwzięcia nie dlatego, że L.W. był w latach 80. przywódcą potężnej ”Solidarności”, która wstrząsnęła światem dwubiegunowym, i nawet nie dla tego, że następnie piastował urząd prezydenta RP, a dlatego, że w grudniu roku 70. L.W. był aktywnym uczestnikiem wydarzeń w Trójmieście. Ale, dodajmy od razu, uczestnikiem, który nie mógł wiedzieć co się działo nie tylko w najważniejszych gmachach Peerelu, ale nawet co się działo w gabinetach lokalnych kacyków Gdańska, Gdyni, Sopotu…

Czego się wówczas dowiemy? Ano chociażby tego, że w Trójmieście na długo przed wybuchem konfliktu prowadzono działania operacyjne, m.in. z udziałem ówczesnego wiceministra MSW gen. F. Szlachcica; że w pierwszej, kilkusetosobowej grupie stoczniowców, która opuściła stocznię wychodząc na miasto, znalazło się ok. 50 kadrowych pracowników służb specjalnych, a każdy z nich miał nielichą grupkę agentów i informatorów, którzy dobrze wiedzieli, co mają krzyczeć i robić; że w czasie wydarzeń funkcjonowało 7 [słownie: siedem] sztabów decyzyjnych, których nikt nie koordynował; że o wszystkim na bieżąco informowany był E. Gierek – ówczesny sekretarz KW PZPR w Katowicach [informatorem był Szlachcic, a łączność telefoniczną, z pominięciem środków MSW, zapewniał generałowi ówczesny zastępca komendanta wojewódzkiego MO ds bezpieczeństwa płk W. Pożoga]; że działy się dziwne sprawy związane z kluczowym dla masakry w Gdyni, uruchomieniem kolejki; że dziwnym trafem zaginęły notatki do meldunków 6-cio godzinnych o sytuacji w Trójmieście, opracowywanych przez specjalny zespół KW MO, a podpisywanych przez płk. Kolczyńskiego i Pożogę… Że wreszcie w Warszawie zawiązany był nieco egzotyczny sojusz personalny w składzie: S. Kania, E. Babiuch, W. Jaruzelski i F. Szlachcic. Sojusz, który promując E. Gierka, równocześnie odstrzelił od fotela I sekretarza KC PZPR W. Gomułkę. Czyż nie był to swoisty zamach stanu, który następnie, 12 grudnia 1981 r., powtórzono w nieco zmodyfikowanej formie [ale także z decydującym udziałem W. Jaruzelskiego wspartym przez F. Siwickiego, Cz. Kisczaka i M.F. Rakowskiego]? Uf!!!, długo by o tym pisać. Jedno jest pewne – o tym wszystkim L. Wałęsa nie miał, bo nie mógł wówczas mieć najmniejszego pojęcia. Na jakiej podstawie i dlaczego więc dziś wystawia laurki gen. W. Jaruzelskiemu?

Dlaczego o tym wspominam? Bo jeszcze potrafię się dziwić. Poza tym pamiętam słowa Edwarda. Krasińskiego, przekonującego:

Ja nie mam koncepcji

Ja nie mam pomysłów

To wszystko co robię

To są moje widzimisię.

I do tego widzimisię dorzucam, zgodnie z obietnicą, ostatni odcinek o matrioszkach. Tak niegdyś zanotowałem słowa gen. W. Pożogi dotyczące tego tematu. Szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu tłumaczył mi:

Wykorzystywaliśmy nową falę emigracji do zagęszczenia naszej agentury w Niemczech. Wykombinowaliśmy prosty sposób, aby podrzucać BND naszych kadrowych pracowników. Wyszukaliśmy odpowiednich kandydatów dorabiając im wiarygodną legendę, aby mogli się zaadaptować jako członkowie rodzin wybranych mieszkańców Niemiec. W tym celu nasi pracownicy wyszukiwali zmarłe osoby [przypomnę, że za zmarłe można także uznać osoby wyprowadzone z tego świata metodami dobrze znanymi gangsterom oraz służbom specjalnym - HP], które miały rodziny w RNF. Pod taką rodzinę podszywał się nasz pracownik. Zbierał materiały dotyczące zmarłego, zapoznawał się z jego życiem, warunkami pracy, zamiłowaniami etc. Rosjanie nazywają taką metodę “na matrioszkę”.

W tej fazie przygotowań liczyły się najdrobniejsze elementy. Im więcej szczegółów dało się zgromadzić, tym lepiej. Była to żmudna, trwająca nieraz latami praca dla wielu setek ludzi. Trud się opłacił. Nasi agenci szybko się adaptowali do zmienionych warunków, błyskawicznie awansując. Niektórzy zostali adoptowani przez z góry upatrzone przez nas rodziny. Kontakty z niemiecką rodziną nawiązywano przeważnie poprzez Czerwony Krzyż lub ogłoszenia prasowe.

Z kilkunastu naszych w ten sposób wysłanych pracowników kontrwywiad niemiecki rozszyfrował tylko jednego. Stało się tak w wyniku głupoty agenta, który poczuł się zbyt pewnie w Niemczech, nie zniszczył otrzymanych od nas materiałów i w końcu wpadł. Wyrwaliśmy go jednak z niemieckiego więzienia. Przypomnieliśmy Niemcom, że są nam winni rewanż za Wenzla. Pamiętali. Zachowali się jak dżentelmeni. Oddali naszego agenta za darmo.

Gen. Pożoga ograniczył swoją relację do terenu Niemiec. Skądinąd jednak wiem, że np. płk Marceli Wieczorek prowadził w Chicago dwie matrioszki, inny oficer zajmował się podobną sprawą w Kanadzie, jeszcze inny we Francji…

Co by jednak nie powiedzieć, to te przedsięwzięcia peerelowskich służb specjalnych były parodią klasycznej idei matrioszek. Parodia parodią, jednak dzięki tej metodzie sporo łupów do Kraju Pieroga i Zalewajki przywieziono. Zupełnie inną sprawą jest, ile z tych łupów było przydatne w kraju, a ile przekazano do Wielkiego Nadzorcy. Będzie jednak okazja szerzej o tym wspomnieć przy okazji wpisu poświęconego pewnemu dżentelmenowi z serialu TVN “Szpieg”.

Cóż, dżentelmeni służb specjalnych dżentelmenami, a matrioszki matrioszkami. Interesującym byłoby rozejrzenie się ile matrioszek pozostawił w Kraju Pieroga i Zalewajki mój niezastąpiony przyjaciel gen dyw. Witalij Pawłow. Można domniemywać, że…

Ale zostawmy to dziennikarzom śledczym, bo nasze służby specjalne są wstanie przestraszyć się nawet myszy w piwnicy dyr. Bączka. A poza tym, domniemywania nie są moją najmocniejszą stroną, to nie jest uczciwy wysiłek filozoficzny.

.


Henryk Piecuch • piecuch.pl • 2008.07/08

Wikipedia o Henryku Piecuchu:

W 1959 r. Henryk Piecuch rozpoczął 3-letnie studia w Oficerskiej Szkole Wojsk Ochrony Pogranicza. Na trzecim roku tych studiów wstąpił do PZPR. Był członkiem tej partii do jej rozwiązania. W latach 60. bez zezwolenia swoich przełożonych, zaczął publikować pod pseudonimami artykuły w takich czasopismach jak np. Taternik, Gazeta Robotnicza czy Nowiny Jeleniogórskie. Z powodu obowiązków służbowych w WOP-ie oraz pracy dziennikarza, miał kontakty z funkcjonariuszami różnych służb specjalnych, m.in. polskich, sowieckich, NRD, RFN, angielskich, amerykańskich, francuskich, czechosłowackich, węgierskich, izraelskich, szwedzkich. W trakcie pracy zawodowej kilkakrotnie bezskutecznie próbowano go zwerbować, jako agenta różnych służb, zarówno polskich jak i radzieckich. Zamach na Jana Pawła II spowodował, iż szerzej zainteresował się działalnością służb specjalnych, zwłaszcza metodami ich pracy. Zaczął robić analizy korzystając z posiadanej wiedzy i dostępnych materiałów. Kolejnym impulsem była deklaracja ówczesnego wiceministra w MSW, szefa służb wywiadu i kontrwywiadu, gen. brygady Władysława Pożogi (później gen. dywizji), o większym otwarciu w udostępnianiu informacji, wygłoszona na konferencji prasowej wiosną 1981. Dzięki temu po 3 latach zrobił z nim serię wywiadów oraz uzyskał dostęp do wielu odtajnionych materiałów. Wykorzystał je m.in. w książce „Siedem rozmów z generałem dywizji Władysławem Pożogą” (1987) i jej poszerzonych wydaniach (1993, 1996). W latach 80. pozyskał z archiwum MSW, kilkadziesiąt metrów bieżących akt, które do dziś wykorzystuje w swoich publikacjach.

http://wzzw.wordpress.com/2010/02/01/gen-w-jaruzelski-matrioszki/







jaruzelski 1983 1



KONSPIRACYJNE WOJSKO POLSKIE

1945 – 1955

Cz. 2


ŻOŁNIERZE WYKLĘCI

Zbrodniczy proces

Opanowanie Radomska 20 kwietnia 1946 r. przez żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego zmusiło komunistyczny aparat terroru do wzmożenia działań zmierzających do likwidacji KWP.

Po akcji na Radomsko, w okresie od 20 kwietnia 1946 r. i w ciągu następnych dni, dokonano bezprawnego zatrzymania i aresztowania 17 żołnierzy KWP. Zatrzymań dokonano dzięki uaktywnieniu osób, które zgodziły się zostać tajnymi współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa.

Akt oskarżenia

W oparciu o materiał dowodowy uzyskany w wyniku stosowania wobec oskarżonych tortur, w dniu 30 kwietnia 1946 r. sporządzony został akt oskarżenia, który dotyczył:

Jana Rogulki, Józefa Kapczyńskiego, Józefa Koniarskiego, Ryszarda Nurkowskiego, Benedykta Ratajskiego, Czesława Turlejskiego, Karola Wielocha, Stanisława Wersala, Ryszarda Chmielewskiego, Leopolda Słomczyńskiego, Tadeusza Schabowskiego, Piotra Proszewskiego, Stanisława Śliwińskiego, Adama Lasonia, Józefa Zięby, Kazimierza Matuszczyka, Tadeusza Gali.

Autorem aktu oskarżenia, jak również zastosowania aresztu tymczasowego w stosunku do 17 żołnierzy KWP, był ówczesny podprokurator Wojskowej Prokuratury KBW – Tadeusz Garlicki, delegowany do Sądu Okręgowego w Piotrkowie Tryb. i Częstochowie.

Akt oskarżenia zarzucał wymienionym osobom udział w zbrojnej akcji na Radomsko, jak również zawierał szereg czynów, o które zostali oskarżeni, a w których to zdarzeniach w ogóle nie brali udziału. Przy czym prokurator Garlicki w konstrukcji aktu oskarżenia przyjął niemającą precedensu w polskim prawie karnym zasadę zbiorowej odpowiedzialności oskarżonych w odniesieniu do zdarzeń dotyczących zupełnie innej grupy żołnierzy KWP. W rezultacie tak skonstruowany akt oskarżenia prokurator Garlicki popierał na rozprawie przed Sądem Okręgowym w Częstochowie, Wydział ds. Doraźnych, na sesji wyjazdowej w Radomsku w dniu 7 maja 1946 r. Na rozprawie prowadzonej bez zachowania podstawowych zasad postępowania dowodowego i możliwości obrony oskarżonych, prokurator Garlicki zgłosił w stosunku do wszystkich 17 oskarżonych żołnierzy KWP zbrodnicze żądanie wymierzenia wszystkim oskarżonym kary śmierci.

Jak wynika z zeznań Józefa Zięby (jednego z uczestników procesu), a także spisanej 7 marca 1990 r. przez dr Zofię Gzik z Radomska jego relacji, 6 maja 1946 r., wszystkich 17 aresztowanych przetransportowano z aresztu PUBP w Piotrkowie Tryb. do aresztu PUBP w Radomsku, przy ul. Kościuszki 6. Po przyjeździe przez cały dzień, a następnie noc aresztowani nie otrzymywali żadnego posiłku, jak również nic do picia. Następnego dnia rano, tj. 7 maja 1946 r., zostali wyprowadzeni na dziedziniec aresztu UB. Tam załadowano ich do ciężarówki, która miał ich zawieźć na proces. Kierowcą tej ciężarówki był Roman Trzeciak, który znał m.in. aresztowanego por. Jana Rogulkę. Stwierdził, że Rogulka był bardzo pobity, a ponieważ był tak słaby, że nie miał sił wejść na ciężarówkę, funkcjonariusze UB wrzucili go na skrzynię samochodu. Trzeciak widział, że wszyscy aresztowani byli pobici, widział u nich na twarzy ślady pobicia. Ciężarówka podjechała tyłem pod budynek kina Kinema, od strony bocznego wejścia – tak, że aresztowani wychodzili z ciężarówki bezpośrednio na salę kinową, gdzie mieli być sądzeni w tzw. procesie pokazowym.

Oskarżeni siedzieli w pierwszym rzędzie, a w następnym za każdym z nich stał funkcjonariusz UB z bronią maszynową. Dalej w 2–3 kolejnych rzędach siedzieli funkcjonariusze UB i NKWD. Następnie było kilka rzędów wolnych, a za nimi salę wypełniała publiczność złożona m.in. z rodzin oskarżonych i młodzieży szkół średnich. Józef Zięba, który bardzo cierpiał z powodu wcześniejszego postrzału nogi i nieopatrzonej rany, nie mógł iść i został wniesiony na salę.

Na scenie sali kinowej, twarzą do oskarżonych, siedział Sąd Wojskowy w składzie: przewodniczący podpułkownik Kazimierz Stojanowski oraz dwóch wojskowych ławników Jakub Fajtlowicz i Apolinary Trembel. Oskarżycielem był prokurator wojskowy kapitan Tadeusz Garlicki, protokolantką – Zofia Urban.

Jak zeznał Józef Zięba, nie był on w ogóle zapoznawany z aktami sprawy, nie otrzymał odpisu aktu oskarżenia, zaś jeżeli chodzi o obronę, to mimo iż wszyscy zgłosili zamiar skorzystania z obrońcy z urzędu, ten nie miał z nimi żadnego kontaktu przez cały czas trwania procesu, a nadto w toku rozprawy - w ogóle nie zabierał głosu.

Proces rozpoczął się od odczytania aktu oskarżenia, a następnie sąd spytał oskarżonych, czy przyznają się do zarzucanych im czynów. Oskarżeni, w tym Józef Zięba i Adam Lasoń, przyznali się do udziału w akcji na Radomsko, natomiast nie przyznali się do zarzucanych im czynów, w których nie brali udziału. Na koniec prosili o “łaskawy wymiar kary”. Rozprawa była krótka, bez zachowania podstawowych zasad postępowania – nie przesłuchano żadnych świadków, pogwałcono prawo oskarżonych do obrony przez uniemożliwienie im kontaktu z obrońcą z urzędu, który jak już wskazano wyżej, w ciągu całej rozprawy nie zabrał głosu.

Po krótkiej, trwającej kilka minut “naradzie” sąd w tym samym dniu, tj. 17 maja 1946 r., ogłosił wyrok, mocą którego skazał na karę śmierci:

Jana Rogulkę, Józefa Kapczyńskiego, Józefa Koniarskiego, Ryszarda Nurkowskiego, Benedykta Ratajskiego, Czesława Turlejskiego, Karola Wielocha, Stanisława Wersala, Ryszarda Chmielewskiego, Leopolda Słomczyńskiego, Tadeusza Schabowskiego, Piotra Proszewskiego.

a na 15 lat więzienia:

Stanisława Śliwińskiego, Adama Lasonia, Józefa Ziębę, Kazimierza Matuszczyka, Tadeusza Galę.

Wyrok ten w ślad za aktem oskarżenia przyjął bezprecedensową w polskim prawie karnym zasadę zbiorowej odpowiedzialności.

Przyjęcie tego rodzaju winy oskarżonych, przy pogwałceniu podstawowych zasad procesu karnego, stanowiło swoisty “mord sądowy”.

Mord w muzeum

Bezpośrednio po ogłoszeniu wyroku z dnia 7 maja 1946 r., wszystkich 17 skazanych niezwłocznie przetransportowano z sali kina, gdzie odbywała się rozprawa, do aresztu PUBP w Radomsku (obecnie budynek Muzeum Regionalnego w Radomsku), przy czym 12 skazanych na karę śmierci przebywało w oddzielnej celi niż pozostałych 5 skazanych na kary po 15 lat więzienia.

Areszt w Radomsku (dziś część pomieszczeń Muzeum Regionalnego)

7 i 8 maja 1946 r. udzielono rodzinom widzeń ze skazanymi. I tak w dniu 7 maja 1946 r. ciotka skazanego na karę śmierci Karola Wielocha – Zofia Dzwonek – była u niego na widzeniu, zaś następnego dnia druga jego ciotka – Zofia Szklarek.

Również 8 maja 1946 r. na widzeniu u Józefa Koniarskiego była Marianna Więcławek wraz z jego matką. Jak zeznała, Józef Koniarski był przeraźliwie chudy.

W trakcie widzenia Józef Koniarski oddał żonie obrączkę, mówiąc, że już mu nie będzie potrzebna, a także zdjął skarpetki i oddał żonie, twierdząc, że przydadzą się dzieciom. Wówczas Marianna Więcławek zobaczyła, że nogi ma on całe sine i w ranach.

Ostatnim, który widział skazanych żywych, był ksiądz Stanisław Piwowarski, który ich spowiadał. Do niewielkiej celi pojedynczo wchodzili skazani na karę śmierci, a ksiądz udzielał im komunii. Ostatni był ich dowódca Jan Rogulka. Wychodząc, ksiądz Piwowarski widział stojący samochód ciężarowy z plandeką, którym – jak przypuszczał – miały być wywiezione zwłoki skazanych.

Jak wynika z zeznań Czesława Kwarty, który obserwował przebieg procesu oraz był jako jeden z pierwszych na miejscu zakopania zwłok, skazani na karę śmierci zostali zamordowani w piwnicy PUBP w Radomsku w nocy z 9 na 10 maja 1946 r., a następnie zwłoki, ciężarówką przy eskorcie funkcjonariuszy UB i wojska, wywieziono do bunkra w lesie, w okolicy Bąkowej Góry, i tam zostały zakopane.

Miejsce gdzie znajdował się bunkier


Bąkowa Góra

W oparciu o zeznania mieszkańców wsi Bąkowa Góra: Michała Ślusarczyka, Mariana Skowrona i Władysława Wołczyka – można przyjąć, że w nocy z 9 na 10 maja 1946 r., przed wschodem słońca, do lasu w pobliżu Bąkowej Góry przyjechały 3 samochody z funkcjonariuszami UB, którzy przywieźli zwłoki 12 mężczyzn, które następnie zakopali w bunkrze w lesie.

Wykłute oczy, połamane ręce, obciete języki

Z zeznań Marian Skowrona, który przekazał relację nieżyjącego już mieszkańca Bąkowej Góry Stanisława Kusa wynika, iż ten widział, że na drodze do bunkra, gdzie zakopano zwłoki, było dużo krwi. Jak twierdzi Marian Skowron, jeszcze tego samego dnia wieczorem, wspólnie z Michałem Ślusarczykiem, Władysławem Wołczykiem i innymi odkopywali te ciała, których było 12.

Przykryte były siennikami i przysypane piachem. Zauważył, iż wszyscy mieli ręce powiązane z tyłu drutem kolczastym, a dwóch miało wykłute oczy.

Marian Skowron w jednym z zamordowanych mężczyzn rozpoznał Jana Rogulkę, którego znał wcześniej. Następnie odkopane zwłoki zostały przewiezione wozami na cmentarz do Bąkowej Góry, gdzie pozostawały nie pogrzebane przez cały dzień do wieczora, gdyż przyjeżdżały rodziny zamordowanych celem rozpoznania zwłok.

Z zeznań Czesława Kwarty, który przyjechał wraz z ojcem zamordowanego Leopolda Słomczyńskiego na cmentarz do Bąkowej Góry, wynika, że każdy z zamordowanych miał ślad po strzale w tył głowy.

Przy zwłokach Leopolda Słomczyńskiego jego ojciec w kieszeni marynarki znalazł odpis aktu oskarżenia.

Z zeznań siostry zamordowanego Jana Rogulki, Heleny Caban, która widziała zwłoki swojego brata również w tym samym czasie na cmentarzu w Bąkowej Górze, wynika, że zwłoki Jana Rogulki miały zmasakrowaną głowę i połamane ręce. Zwłoki Czesława Turlejskiego, które rozpoznała jego matka, były tak zmasakrowane, że poznała je tylko po koszuli.

Biorący również udział w akcji odkopywania zwłok Jan Bartnik widział, iż wszystkie zwłoki były zmasakrowane, posiadały ślady kłucia bagnetami, rany postrzałowe w głowę i klatkę piersiową, kilku miało roztłuczone czaszki, jak gdyby od uderzeń kolbą.

Z zeznań drugiej siostry Jana Rogulki, Cecylii Kruszyńskiej, wynika, iż zamordowani mieli obcięte języki i wybite oczy. Z zeznań ciotki zamordowanego Karola Wielocha, Zofii Dzwonek, wynika, iż do Bąkowej Góry pojechali jej brat Antoni oraz siostra Regina. Z relacji brata wynikało, że zwłoki Karola Wielocha były zmasakrowane, miał ucięty język, wydłubane oczy i wbite w głowę gwoździe. Fakt ten znajduje potwierdzenie w zeznaniach Zdzisława Stępnia – „w głowę tych osób były powbijane gwoździe”.

Po rozpoznaniu zwłok z cmentarza w Bąkowej Górze rodzina Jana Rogulki zabrała jego zwłoki i pochowała w grobie rodzinnym na cmentarzu w Niedośpielinie, gm. Wielgomłyny, gdzie postawiona jest tablica nagrobkowa. W chwili śmierci Jan Rogulka miał 33 lata (ur. 5 marca 1913 r. w Woli Rożkowej). Pochowany został w mundurze wojskowym.



Grób Jana Rogulki, Niedośpielin Powiat Radomsko

Natomiast rodzina Leopolda Słomczyńskiego zabrała jego zwłoki i pochowała na cmentarzu w Radomsku, gdzie postawiona jest tablica nagrobkowa. W chwili śmierci Leopold Słomczyński miał 19 lat (ur. 4 maja 1927 r.), był najmłodszym z zamordowanych.


Zwłoki pozostałych zamordowanych zostały zakopane, jednakże po tygodniu ponownie zostały odkopane i pochowane w trumnach przy udziale rodzin w jednej wspólnej mogile na cmentarzu w Bąkowej Górze, gdzie postawiona jest tablica nagrobkowa.

Pochowani tam zostali:

–Józef Kapczyński – żył lat 24 (ur. 16 marca 1922 r. w Moszczenicy)

–Józef Koniarski – żył lat 36 (ur. 23 grudnia 1909 r. w Piotrkowie)

–Benedykt Ratajski – żył lat 20 (ur. 5 lutego 1926 r. w Piotrkowie)

–Ryszard Nurkowski – żył lat 20 (ur. 26 kwietnia 1926 r. w Piotrkowie)

–Czesław Turlejski – żył lat 19 (ur. 1 kwietnia 1927 r. w Kamieńsku)

–Karol Wieloch – żył lat 19 (ur. 21 września 1926 r. w Barzkowicach)

–Stanisław Wersal – żył lat 19 (ur. 8 czerwca 1926 r. w Gomunicach)

–Ryszard Chmielewski – żył lat 22 (ur. 22 lutego 1924 r. w Radomsku)

–Piotr Proszewski – żył lat 23 (ur. 15 marca 1923 r. w Strzałkowie)

–Tadeusz Schabowski – żył lat 22 (ur. 2 stycznia 1924 r. w Radomsku)

Fotografie zamordowanych pobrano z oficjalnej strony Miasta Kamieńsk (zgodnie z pozwoleniem zawartym w stopce redakcyjnej strony)



Zbiorowa mogiła

Dla tych osób, z wyjątkiem Stanisława Wersala, nie zostały sporządzone akty zgonu. W stosunku do Stanisława Wersala, na podstawie zawiadomienia Prokuratury Powiatowej w Radomsku z dnia 8 maja 1951 r. (Nr 2/51), w dniu 5 czerwca 1951 r. w USC w Radomsku, z nr. 179, sporządzony został zupełny akt zgonu, który przyjmuje datę śmierci Stanisława Wersala na 9 maja 1946 r.

Zbrodnia funkcjonariuszy PUBP w Radomsku

Opisane wyżej okoliczności, odnoszące się do zbrodniczego i bestialskiego stracenia w nocy z 9 na 10 maja 1946 r. w piwnicach PUBP w Radomsku 12 żołnierzy KWP, jednoznacznie wskazują, iż sprawcami tych zbrodni byli funkcjonariusze tegoż urzędu. W 1946 r. w Radomsku zatrudnionych było 74 funkcjonariuszy.

Spośród żyjących 26 funkcjonariuszy UB w toku śledztwa przesłuchano 20 osób. Z ich zeznań wynika m.in., że w czasie zdarzeń nie pełnili służby w PUBP w Radomsku (Kazimierz Kluza, Stefan Nowicki – pełnił służbę od czerwca 1946 r., Eligiusz Kołaczyk – pełnił służbę od 24 maja 1946 r., Bronisław Musiał – pełnił służbę do stycznia 1946 r.), nie mają wiedzy na ten temat lub nie pamiętają, jako że byli np. wartownikami lub stanowili personel pomocniczy (Stanisław Kusiak, Stanisław Śliwakowski, Adam Kowalczyk, Jerzy Nita, Stanisław Franc, Piotr Musiał, Jan Wieczorek – wartownicy, Alfreda Chrzan, Barbara Błachowska – maszynistki, Piotr Szlęk – szyfrant, Stanisław Małek – przebywał poza urzędem, Wacława Dydoń i Zofia Sierant – zatrudnione w kuchni), słyszeli o zdarzeniu z przekazu innych osób (Stanisław Kaczorowski – dowódca warty, który w tym czasie był chory), zrezygnowali ze służby w PUBP w Radomsku i wyjechali (Marian Burant, Kazimierz Kozieł).

Natomiast były pracownik sekcji dochodzeniowej PUBP w Radomsku, Adam Knysak, zeznał, iż przy tym urzędzie miał być oddział egzekucyjny złożony z Rosjan, którym dowodził major NKWD!

Zeznaniom tym stanowczo zaprzecza były kierownik PUBP w Radomsku, Jan Guz, twierdząc, że nie istniała żadna sekcja egzekucyjna tego rodzaju. Istniała kompania KBW dla ochrony zakładów przemysłowych i gorzelni. Jan Guz pełnił funkcję szefa tegoż urzędu od 24 kwietnia 1945 r., jednakże ze względu na leczenie gruźlicy przebywał na zwolnieniach i w 1948 r. uzyskał rentę chorobową. Od 24 kwietnia 1945 r. Jana Guza w funkcji szefa PUBP zastępował Jan Sadło.

Sprawcami tych wyjątkowo okrutnych i bestialskich, opisanych wyżej, zbrodni byli funkcjonariusze PUBP w Radomsku. Jednakże w toku śledztwa prowadzonego przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Łodzi, nie zdołano zebrać dowodów pozwalających na dokładne ustalenie, którzy funkcjonariusze zatrudnieni w radomszczańskim Urzędzie Bezpieczeństwa torturowali, a następnie dokonali zabójstwa bohaterskich żołnierzy z Konspiracyjnego Wojska Polskiego. W toku śledztwa nie zdołano także ustalić aktualnych miejsc pobytu ławników biorących udział w wydaniu zbrodniczego wyroku.

Śledztwo w sprawie fizycznego i moralnego znęcania się nad zatrzymanymi 17 żołnierzami KWP oraz w sprawie zbrodniczego stracenia 12 żołnierzy KWP przez funkcjonariuszy z PUBP w Radomsku zostało umorzone, wobec niewykrycia sprawców przestępstwa.

Szymon Zyberyng

Artykuł ukazał się w 19 numerze Gazety Radomszczańskiej z 8 maja 2008 roku.

Dziękuję za współpracę Z.W.


Uroczystość odsłonięcia obelisku i tablicy 1992 r – 46 rocznica mordu

Fotoreportaż z obchodów 62 rocznicy (2008 r.)

http://podziemiezbrojne.blox.pl/html

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/04/Kpt-Stanislaw-Sojczynski-1910-8211-1947-czesc-2.html

http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/396/1059/

http://blogmedia24.pl/node/22385













komorowski kwasniewski





gggjjj




Wiesz śmieciu kiedy obraziłeś Wojsko Polskie?

Gdy przez ponad pół wieku nie odwiedziłeś grobu ojca.

Gdy poprosiłeś Gorbaczowa by uporządkował Jego mogiłę. Dobry był Pan żołnierze sowieccy uwinęli się jak trzeba. Uporządkowali. Jeszcze się tym chwalisz!

Obraziłeś Wojsko Polskie:

w 1946 - gdy ścigałeś w piotrkowskiem, radomszczańskiem żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego i w 1947 gdy ochraniałeś fałszerstwo wyborcze.

w latach '50 gdy lustrowałeś szkoły wojskowe i czyściłeś wojsko z katolików i kułaków (twoje cytaty pochodzą z protokołu Inspekcje Szkół Oficerskich (2.01.-15.06.1951 r.). CAW, sygn. IV/ 820 /136)

Kadra oddana jest sprawie budownictwa socjalizmu i przyjaźni dla potężnej twierdzy pokoju ZSRR W szkole w widoczny sposób wśród całego stanu osobowego wzrosło przywiązanie i zrozumienie roli PZPR oraz umocnienie miłości do WKP(b) i wodza postępowej ludzkości Generalissimusa Stalina.

Było pięknie lecz nie do końca bowiem donosiłeś:

Drobnomieszczańskie klerykalne otoczenie Sieradza wywiera nacisk na oficerów i podchorążych Szkoły. Wyrazem tego nacisku jest wzięcie ślubu w kościele przez członka partii ppor. Utechta o czym przez dłuższy czas nikt w szkole nie wiedział.

Do egzekutywy POP Kursu Doskonalenia Podoficerów Zawodowych - wybrano na zastępcę sekretarza kułaka Kozaka Franciszka. Okłamał Partię referując swój życiorys, zamiast podanych 14 ha ma 16.80 ha i 15 świń. Został usunięty z szeregów partyjnych

w 1956 - gdy głosowałeś za pozostaniem na stanowisku Rokossowskiego.

w 1966 - gdy z lojalności do tow. gen. Spychalskiego nie wszedłeś do kościoła, w którym na katafalku spoczywała Twoja Matka

w 1968 - gdy wjechałeś czołgami do Czechosłowacji

w 1970 - gdy kazałeś strzelać do robotników!

13 XII 1981 r.

W 1989 r - gdy pozwoliłeś się wybrać na prezydenta

obrażałeś Wojsko Polskie każdym medalem przypiętym przez Sowietów do twojego munduru!

Nie wiedziałeś jak kończyli żołnierze KWP, którzy dostali się w łapy władzy której broniłeś z karabinem w ręku? Chętnie wyjaśnię:

Pokazowy proces 17 żołnierzy KWP odbył się 7 maja 1946 r. w sali kina "Kinema" w Radomsku. Na salę przyprowadzono publiczność (w tym rodziny oskarżonych i młodzież szkolną). Sąd po kilkuminutowej naradzie skazał: 12 oskarżonych na karę śmierci a 5 pozostałych na karę 15 lat .

Wyroki wykonano w pośpiechu. Ostatnią osobą, która rozmawiała ze skazanymi przed egzekucją był ksiądz Stanisław Piwowarski, kapelan I batalionu 27 pp AK dowodzonego przez " Warszyca". Ks. Piwowarski udzielił im ostatniej posługi kapłańskiej.

W nocy z 9 na 10 maja 1946 r. prawdopodobnie w piwnicach PUBP w Radomsku w bestialski sposób zamordowano 12 żołnierzy KWP. Ich ciała zakopano w poniemieckim bunkrze koło Bąkowej Góry. W tydzień później mieszkańcy wsi przy udziale rodzin zamordowanych urządzili im pogrzeb na miejscowym cmentarzu. We wspólnej mogile spoczęło 10 żołnierzy KWP; dowódca por. Jan Rogólka został pochowany w Woli Rożkowej, natomiast najmłodszy z zabitych - Leopold Słomczyński w Radomsku.

9 maja o godz. 21.00 woła mnie ksiądz proboszcz bo oto porucznik UB przyszedł twierdząc, że skazani proszą księdza. Wziąłem 12 komunii św. I razem z tym komendantem poszedłem na ul. Kościuszki do budynku UB. Oni byli tam zamknięci w piwnicach. Był tam taki połamany stół. Położyłem na nim bursę i wtedy oni pojedynczo przychodzili - cała dwunastka. Po spowiedzi każdy chwytał mnie za szyję, żegnał się, całował bo ja ich wszystkich znałem z lasu. Był wśród nich 18 letni chłopiec - Leopold Słomczyński. Łzy mu płynęły gdy mówił: >Ja się śmierci na boję ale bardzo cierpię. Tatuś mój przyszedł z czteroletnim bratem. Kiedy widzenie się kończyło żołnierz mówi - koniec! - a wtedy brat mnie chwycił za głowę i nie chciał puścić. Dopiero żołnierz oderwał te rączki od mojej głowy. Ten widok - płaczącego brata i moich rodziców - jest moim cierpieniem przed śmiercią.< Po wyspowiadaniu ich wszystkich poszedłem na górę żeby podpisać dokument, potwierdzający wykonaniu mojej posługi. Powiedziałem do nich >nie powinniście skazywać człowieka, który ma 18 lat< a oni powiadają - >sąd wojenny, nie ma żadnej dyskusji<. Była godz. 1.00 w nocy jak opuszczałem to miejsce i widziałem, że przed budynkiem stało już auto - nie wiedziałem wówczas, że czeka by zabrać ciała. Po moim odejściu wszystkich chłopców zamordowali, wywieźli do Bąkowej Góry i tam zostawili w bunkrze.

(Relacja ks. Stanisława Piwowarskiego - spowiednika zamordowanych, nagrana 16 lipca 2001 r.)

Z wyroku rehabilitacyjnego:

Egzekucja skazanych na karę śmierci miała wszelkie cechy mordu połączonego z okrutnym okaleczeniem ciała (łamanie nóg i żeber, wydłubywanie oczu, wbijanie gwoździ w głowę, wycięcie języków, odcięcie dłoni)

Przez całe życie miałeś wyjście. Pierwsze - 4 maja 1945 roku. Wystarczyło przejść na drugą stronę Łaby. Ty wróciłeś na defiladę w Schmachtenhagen.

Przykładem prawdziwej przyjaźni między narodami jest utwór Karela Kryla. Nie minęły trzy lata od wizyty czołgów w Czechosłowacji, gdy pieśniarz zaśpiewał:


Organy w Oliwie zamarły w pół dźwięku

Jest cicho nad brzegiem, ulice we mgle

A mózg, który winien prowadzić ich rękę

Automat i czołgi kieruje na cel,

W imie socjalizmu.

Być wdzięczny tej ręce, co ochłap ci rzuca,

Gdy stół pod choinką, a nie ma co jeść,

Być niemym jak ryba i krzyk zdławić w płucach

Lub pod gąsienicą pozwolić się zgnieść

W imię socjalizmu.

W stajence na sianie znajdziesz swój dom,

Byś bliżej Boga, ubogi jak On,

Do ceny dołożą sto haseł nowych,

Do ceny dodadzą popiersie gipsowe

I twoje westchnienie i jakieś wspomnienie,

Twą radość, twój płacz

I głód

Już radość świąteczna gdzie indziej rozbrzmiewa

Organy w Oliwie żałobnie dziś łkają

Żołądek twój głodny kolędy ci śpiewa,

W refrenie nie dzwony lecz strzały zagrają

W imię socjalizmu.


***********************


Varhany v Olive pozbyly zvuku

je mlha a ticho a nevidis breh

A namisto mozku, jenz vedl by ruku

jen pistole pisi po sedivych zdech

Ve jmenu humanity!

Byt vdecny te ruce, jez zbytky ti hazi

kdyz neni co jist a je vanocni cas

Byt nemy, jak ryba, jez na stole schazi

kdyz na dlazbe pasy ti rozdrti vaz

ve jmenu Humanity

Ve staji v sene

ti vykazou byt

to abys denne

se priblizil Kristu

a prirazi k cene

i slovicko lid

a prirazi k cene

i sadrovou bystu

i slova, jez slychas

i vzduch, ktery dychas

i radost

i slzy

i hlad

Od varhan v Olive ticho se diva

Uz pastyri Jezise privitali

Koledy hladem ti zaludek zpiva

a v refrenu zahraji samopaly

Ve jmenu Humanity

Mam nadzieję, że tę pieśń ktoś ci zaśpiewa 13 grudnia pod domem.

Materiały za:

Konspiracyjne Wojsko Polskie

http://www.poema.art.pl/site/itm_24701_organy_w_oliwie.html

Teresa Torańska - Mówi generał. Rozmowa z Wojciechem Jaruzelskim

Lech Kowalski - Generał ze skazą, Warszawa 2001

Bohdan Urbankowski - Czerwona Msza czyli uśmiech Stalina, Warszawa 1998

Wywiad z Jaruzelskim o jego fascynacji rosyjską kulturą i sztuką http://www.youtube.com/watch?v=mo0A3-v6C0c&feature=related




brezniew i jaruzelski 1



gggjaa



ipn jaruzelski byl 4002349 1
ggggggghubertusstock jaruzelski besuch
ggggj



zalamany general 2338026 1
gggcaucesku
michnik kiszczak jaruzelski okraglystol 1
cdqgeoyxhr 1
ggggggggatschow jaruzelzki



jaaany general 2337768




photol02 1




jaaany general 2338424



1272795246620261326 1



jamany general 2338117



chilli zet szkola stylu moniki jaruzelskiej large 1
ba1ki9lr6jk08
zalamany general 2338010 1





9366150890fbc43ad3121c1




1 696



d06i0024



z7360356x



d06i0024




Szczecin 1970 demonstracje



komorowski jaruzelski tusk 409f4ceccdbd
glowne 23 1



http://www.youtube.com/watch?v=McyA3Il80tw


http://pokazywarka.pl/jaruzelski/



Jaruzelski, Popiełuszko:

http://www.youtube.com/watch?v=r_5RfoLefbM

http://www.youtube.com/watch?v=3I7NMBGOIFY





7efc93cf1bb23eff5c6bbf29b3ba2146 1



O motywacjach Jaruzelskiego http://www.youtube.com/watch?v=NJ4-kD9y05g

O namiestniku generale, sowieckim patriocie http://www.youtube.com/watch?v=McyA3Il80tw

Pod domem generała http://www.youtube.com/watch?v=eo0NW6KmuoM&feature=sub






komorowski kwasniewski




gggjjj



jaruzelski 1983 1



ggggggus wojciech jaruzelski



gggggggggarnosc 81 jaru 793384a



ggggggggggggggggamany general 2337854








ggghjte

Komentarze

  • TKJM TKJM (*.ten.net.pl)

    Jaruzelski miał do wyboru oddać władzę w 1989 roku , zapewnić miękkie lądowanie sobie i gwarantując swojej ekipie pierwszeństwo w uwłaszczenie się na majątku PRL lub mógł pójść na konfrontację i zawisnąć na latarni w 1990 roku.

Dodaj komentarz

Dodajesz komentarz anonimowo. Zaloguj się.

Dodajesz komentarz anonimowo. Aby komentować pod własnym pseudonimem włącz profil publiczny w ustawieniach.

Autor:
Treść:

Aby przesłać formularz, musisz mieć włączony w przeglądarce Javascript. Jeżeli nie masz, przepisz wspak tekst qmv1u4ovzr:

Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Prywatność. Copyright – 1999-2018 INTERIA.PL, wszystkie prawa zastrzeżone.